Saturday . 04.07.2020 . 22:23
   
 
 
 
  Polskie Araby

Main page

 
 
facebook
polskiearaby.com
--
--
--
--
--
Contact
Publisher:
redakcja@polskiearaby.com
The opinions expressed in the articles published on the polskiearaby.com website are the sole responsibility of the author.
Technical section:
webmaster@polskiearaby.com
Advertising:
reklama@polskiearaby.com
our prices
--
 
 
Archive ‘Hanna Sztuka’ for month December 2019
Gdy nie może być lepiej, zawsze może być inaczej!
Hanna Sztuka | 18.12.2019 | No comments

Moja subiektywna recenzja Zimowej Aukcji na Służewcu spotkała się z bardzo dużym zainteresowaniem czytelników i to, o dziwo, z różnych stron “arabskiej” barykady. Postanowiłam więc pogłębić analizę tego, co widziałam, a raczej tego, co usłyszałam, czyli słynnego już wystąpienia pana Ministra Rolnictwa. W jego wypowiedzi zaintrygował mnie m.in. wątek dotyczący odwiedzających go „fachowców od koni”.

Pan minister był uprzejmy powiadomić słuchaczy, że często przychodzą do niego ludzie, którzy twierdzą, iż znają się na koniach. Tu pełna zgoda – to całkiem możliwe. W drugiej części wypowiedzi dodał, że wszyscy oni twierdzą również, że inni – ci, co mówili, że się znają – to “idioci”… Gdybym nie znała od lat środowiska koniarzy, upierałabym się, że to niemożliwe. Ale środowisko znam i wiem niestety, że tak może być. W dzisiejszym świecie, który obywa się bez autorytetów, każdy, ale to dosłownie każdy, może sobie mówić i pisać (szczególnie w sieci), co tylko przyjdzie mu do głowy i liczyć, że jemu podobni będą to czytać i komentować. Minister, jako polityk i jednocześnie urzędnik państwowy, musi czasem takich ludzi wysłuchiwać lub też czytać korespondencję, którą do niego kierują. Nie ma czego zazdrościć!

Zimowa Aukcja na Służewcu spowodowała dwa takie epistolarne dzieła, które wyszły do ministra z grona osób “zajmujących” się końmi arabskimi i wprawiły w osłupienie hodowców arabów (co do reakcji pana ministra – nie mam wiedzy). Jako że obie wymienione wyżej grupy są żywo zainteresowane tematem, tak więc treść tych „upublicznionych” listów jest im zapewne znana. Ograniczę się więc do ogólnej analizy.

Alina Sobieszak, uważająca się za Araby Magazine (założycielem tytułu był PZHKA, wydawcą „Koń polski”; wreszcie p. Izabella Pawelec-Zawadzka przygotowała kilka numerów sfinansowanych przez sponsorów, głównie przez Janów i Michałów, a ostatni numer wyszedł w 2015 roku – co oczywiście pani S. nie przeszkadza, gdyż uczciwość i moralność stawia na pierwszym miejscu), w swoim liście pouczała ministra, które konie wolno mu sprzedawać, a których nie; najlepiej zaś, jakby przestał się nimi w ogóle zajmować – a odzyska ona wtedy nadzieję, że będzie tak jak było. Z kolei Robert Raznowiecki, odkąd Marek Grzybowski wspomniał o nim w jednym zdaniu obok prof. K. Chmiel, poczuł się na tyle mocny, że poszedł za ciosem i postanowił odwołać p/o prezesa Janowa, Grzegorza Czochańskiego. W żołnierskich słowach komentarza do swego listu do ministra pisze: “Nie może więc być tak, by dziś tym miejscem (czyli Janowem) miał rządzić niepodzielnie człowiek pokroju pana Czochańskiego. Persona będąca swego rodzaju “obelgą” dla jego czci i pamięci (tu nie wiem do końca, o co chodzi) (jej zaprzeczeniem). Urzędnik nie mający należnych przymiotów, ani należnych kompetencji, by kierować taką placówką. Ktoś nie znający zagadnienia, a przy tym nie szanujący i nie kochający koni arabskich. Osoba, której bodaj największym osiągnięciem był udział (w roli statysty) w teledyskach disco-polo… Tak naprawdę człowiek ów nigdy nie powinien był zostać p/o prezesa tak zasłużonej placówki. No, ale stało się – został (złóżmy to na karb takich, a nie innych czasów, nie sprzyjających hołdowaniu jakimkolwiek zasadom i wartościom)…”. Autor listu wypowiada się w sieci także na temat rzekomych zaniedbań zarządu Janowa i tutejszego hodowcy oraz o kondycji, żywieniu koni itp. Powstaje pytanie, skąd ma tak dokładne informacje? Autor tych opinii na aukcji przecież nie był, w stadninie – o ile mi wiadomo – również nie, więc skąd bierze się jego wiedza, wygłaszana z tupetem i pewnością siebie? Janów ma swoje problemy, ale puszczanie w obieg nieprawdziwych informacji jest działaniem na szkodę stadniny, do tego z “gębą” pełną frazesów na temat jej ratowania. Raznowiecki pisze o świecie zasad i wartości – ale o jakie wartości chodzi? Jaki jest ten jego świat? Bo widać jedynie frustrację pod rękę z pychą oraz bufona dosiadającego karła wiedzy.

Gdyby oboje państwo zastanowili się przez chwilę nad konsekwencjami szkalowania Janowa w mediach, być może zdaliby sobie sprawę z rozmiaru szkód, jakie wyrządzają. A może taki zmasowany atak na Janów ma swoje ukryte cele? Możliwe, że Raznowiecki poczuł wolę objęcia po Czochańskim prezesury w Janowie, Sobieszak zaś ma ambicje zostać tam hodowcą albo, lepiej, rzecznikiem prasowym, bo szczególnie lubi występować w telewizji (zwłaszcza w TVN24). Albo głównym specjalistą od marketingu (no przecież parzyła kawę jeszcze w Animexie, a potem prowadziła nawet recepcję w Polturfie!). Może to jest jakiś pomysł… Może to metoda, aby ich emocje wystygły. Może, gdy sobie powędrują codziennie po stajniach (trzeba wstać o świcie), oborach, warsztatach, gdy rozwiążą do południa nierozwiązywalne problemy z wodą, kanalizacją, cieknącym dachem, uszkodzonym wozem paszowym czy chorymi cielakami, pracownikami na zwolnieniach i w innych stanach świadomości, gdy przyjmą interesantów w biurze i jeszcze odpowiedzą (koniecznie do 12.00!) na nagłe pytania z KOWR, to pojmą, że to wszystko nie takie proste. Idąc tym tropem, proponuję, aby na głównego hodowcę do Michałowa dać Agnieszkę Bojanowską, która uważa, że pomoc w kuchni u pani Jaworowskiej w czasie przeglądów hodowlanych uczyniła ją autorytetem w dziedzinie hodowli michałowskiej. P/o prezesa w Michałowie nie trzeba nawet zmieniać, ponieważ Monika Słowik jest wystarczająco niekompetentna i pasuje jak ulał do takiej drużyny. Ciekawe jednak, że choć charakterystyka p/o. prezesa Janowa autorstwa Raznowieckiego równie dobrze pasowałaby do p/o. prezesa Michałowa, to tutaj nasz znawca głosu nie zabiera… Czyżby związane to było z powrotem do kopertowych sprzedaży – czyli łaska prezesa nieodzowną jest, aby nabyć konia – które uprawiane są ostatnio w Michałowie? Czy prywatne interesy naszego krytyka nie wchodzą czasem w paradę? Wszak już jednego konia dzięki temu, pierwszy raz w życiu, zakupił (i to się nazywa doświadczenie w hodowli!) Może coś jeszcze, z łaski p/o., uda się kupić, do tego niedrogo? Na wszelki wypadek pochwalić należało idiotyczną sprzedaż na Winter Auction najlepszego w michałowskim tatersalu konia za tzw. psie pieniądze: “Monika Słowik z Weroniką Sosnowską nie miały problemu z tym, aby rozpoczynać licytację michałowskich klaczy (…) od poziomu tysiąca czy dwóch tysięcy euro. Pokazały w ten sposób właściwą logikę i konsekwencję (…) Udowodniły tak, że znają i rozumieją uwarunkowania aktualnej rzeczywistości i należycie odczytują realia rynku (wsłuchują się w jego mowę i nastroje). (…) Brawo”. Pięknie napisane – niczym cytat z socrealistycznego poematu.

Jest takie powiedzenie, że jak nie może być lepiej, to zawsze może być inaczej. Politykom zależy, by wokół Janowa panował spokój. Udało się to osiągnąć przed tegoroczną aukcją w Janowie, zapraszając do rady przy ministrze Stojanowską i Białoboka, animatorów medialnego zamieszania wokół stadnin. Może więc teraz czas uczynić podobny gest w stosunku do Sobieszak, Bojanowskiej, Raznowieckiego i powiedzieć: sprawdzam!

Pan minister obiecuje konkursy. Obiecuje zatrudnić fachowców, a tymi przecież jesteście właśnie wy! Proszę, skoro wiecie, jak to zrobić, to do roboty!

Choć tak jakoś wyszło, że bronię Czochańskiego, to nie jest to moja intencja. W obronę biorę zasady, tzn. że pana Czochańskiego rozliczyć musi pracodawca, a jest nim KOWR. To, że tego jeszcze nie zrobił, to inna sprawa. Państwo, siedzący w swych domach, jak p. Raznowiecki (z nieznanym wykształceniem), p. Sobieszak (z niepełnym), czy p. Bojanowska (z niewłaściwym) – wszystko to poparte brakiem jakichkolwiek kompetencji i doświadczenia w hodowli (no chyba, że jest inaczej, tylko ze skromności się nie chwalą) – uzurpują sobie prawo do publicznego pouczania, mędrkowania w dziedzinie, o której, niestety, żadnej głębszej wiedzy nie posiadają, a także do opluwania ludzi, z którymi nie potrafią nawiązać intelektualnego kontaktu.

Drodzy! Czekamy zatem na efekty waszej pracy, a my zasiądziemy w ciepełku, przy komputerze, z filiżanką kawy w dłoni i będziemy was oceniać. Oczywiście będziemy w ocenach tacy jak wy: równie „sprawiedliwi”, niezwykle „kulturalni” i całkowicie „obiektywni” .

Nadszedł czas działania, minister czeka, wiem, że czujecie się państwo na siłach. Jednak dla dobra polskiej hodowli, proszę, zajmijcie się lepiej wnukami, rodziną, pożyteczną pracą społeczną lub przynajmniej skierujcie swoją frustrację w innym niż Janów kierunku. Koniec roku i nadchodzące Święta Bożego Narodzenia to czas nadziei i radości. Kierując do wszystkich hodowców i przyjaciół koni arabskich życzenia wszelkiej pomyślności, składam je również stadninom państwowym, wierząc, że przetrwają ten trudny czas i będziemy nadal dumni z naszego wspólnego dziedzictwa, czego sobie i państwu życzę!

Znaczenie słowa ekspert...

 


Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za artykuły publikowane na blogach. Opinie wyrażane w tekstach są osobistymi ocenami autorów.
Dziad o gruszce, baba o pietruszce!
Hanna Sztuka | 13.12.2019 | No comments

Czyli Winter Star Sale 2019 - recenzja subiektywna

Jak zwykle, „w koniach arabskich” się dzieje! Ostatnio emocje w środowisku „zajmującym się” końmi arabskimi wzbudziła zimowa aukcja koni arabskich na warszawskim Służewcu. Celowo nie używam określenia “w środowisku hodowców”, ponieważ na przykładzie stosunku do tego wydarzenia widać, jak bardzo rozeszły się drogi wymienionych grup. Otóż hodowcy, coraz bardziej zatroskani o spadający popyt na polskie, a więc też ich konie, przyjęli inicjatywę z zainteresowaniem, a mniej życzliwi obecnej władzy - z rezerwą. Tym bardziej, że nazwa i termin kojarzyła się z aukcjami, które, z racji ich sukcesów, wszyscy doskonale pamiętają. Chodzi o michałowskie Winter Sale 2016 i 2017 (całkowicie przemilczane przez polskie media z prawej i lewej strony), które miały znakomitą sprzedaż, organizację i, co ważne, były miłym wydarzeniem dla środowiska hodowców. Po nerwowych i upolitycznionych aukcjach w Janowie, nasze Winter Sale w Michałowie były jedynymi realnymi sprzedażami w Polsce po 2016 roku. Bez gwiazd, ale starannie przygotowane i dobrze wypromowane (szczególnie w 2017), połączone z pokazem hodowlanym ogierów, gromadziły tłumy hodowców i przyjaciół koni arabskich z kraju i zagranicy. Michałowskie Winter Sale, w autorskim wykonaniu prezesa Macieja Grzechnika, były wydarzeniem szeroko komentowanym na całym świecie i wydawało się, że to właściwa droga do tego, aby równowaga zaczęła powracać na polski rynek. Jednak już III Winter Sale, w ubiegłym roku, zrealizowana bez autora poprzednich sukcesów, zanotowała wynik sięgający niespełna 100 tys. euro, czyli aż pięciokrotnie niższy od I Winter Sale (440 tys. euro) i II Winter Sale (505 tys. euro).

Informacja o aukcji na warszawskim Służewcu była nieco zaskakująca, a lista koni rozgrzała emocje i znów sprzedaż koni arabskich trafiła do mediów. O liście koni wiele już powiedziano, nawet PZHKA został przymuszony do zajęcia stanowiska w tej sprawie, a promocję wziął na siebie sam minister rolnictwa i, o dziwo, skierował ją do… no właśnie, do kogo? Raczej nie do klientów, którzy, co było dość oczywiste (choć najwyraźniej nie dla organizatora), na służewiecką aukcję nie przyjechali. Impreza była słaba, rozlazła, bez licytacji, główne dwa konie zostały sprzedane z tzw. koperty, kilka tańszych koni nabyli nieliczni klienci, którzy zawsze łapią okazję, aby kupić korzystnie - i tyle… Przy czym nie sprzedał się ani jeden koń pełnej krwi! Zatem odpowiedź na pytanie, po co było robić tę aukcję, jest sprzeczna z oficjalnym przekazem, głoszącym, że „dla dobra polskiej hodowli”. Bo jak się ma do tego wystawienie folblutów, w większości zagranicznej hodowli? Obawiam się, że chodzi tu o zwykłą, ale niestety destrukcyjną dla hodowli koni politykę, w tym przypadku pod hasłem: „nie ma żadnego upadku”. Pewnie to i prawda. Niemniej jednak to, jak doradcy ministra (mam nadzieję, że nie on sam!) mylą handel końmi z ich hodowlą, jest dość frustrujące. Wkrótce po aukcji okazało się, że podczas jedynej energicznej licytacji doszło do niezgodności oferty z informacją o oferowanej klaczy. W zwykłym świecie nazywa się to oszukaniem klienta. Sprawa już bulwersuje środowisko hodowców i zapewne będzie miała dalszy ciąg.

Potwierdzeniem mojej tezy o owym myleniu był również gwoźdź programu, czyli 15-minutowe wystąpienie ministra adresowane do… znów nie wiem. Do kolegów z partii? Do widzów TVP-Info? Bo przecież nie do obecnych na aukcji gości. Na szczęście, goście zagraniczni niczego nie zrozumieli, a nieliczni goście z Bliskiego Wschodu są przyzwyczajeni do podobnie brzmiącego tonu swoich władców, tak więc raczej nie poczuli się urażeni. Ja wysłuchałam pana ministra uważnie, podobnie jak ponad rok temu, również na warszawskim Służewcu, kiedy to podczas Czempionatu Narodowego przepraszał Annę Stojanowską i Jerzego Białoboka (o Marku Treli nie wspomniał), kajał się i obiecywał odbudowę hodowli, którą według niego zniszczył jego poprzednik na ministerialnym fotelu. Publicznie zaprosił wymienionych do stworzonej przez siebie rady i od tej chwili wszystko miało być już dobrze. Zaproszeni państwo do rady weszli, pomogli sprzedać kilka koni na Pride of Poland (przy okazji, być może, zapewnili sobie prowizje), ale że okazali się nielojalni i przed aukcją spuścili swoje trolle ze smyczy, to pan minister się ich pozbył, rozwiązując radę - i tak sielanka się skończyła.


Słuchałam więc przemówienia pana ministra ze sporym niesmakiem, kiedy publicznie atakował swoich niedawnych sojuszników z rady i, nie owijając w bawełnę, oskarżył ich dokładnie o to, za co jego poprzednik ich pozwalniał. Czy więc pan minister potrzebował aż roku, aby zrozumieć, o co chodziło z tymi zwolnieniami? Groteskowo też zabrzmiało pytanie o to, „gdzie oni dziś są?” (czyli ci, co wcześniej szkodzili), skoro siedzieli na widowni zaledwie kilka metrów od przemawiającego ministra.


Muszę przyznać, że patrząc, jak aukcjoner przybija dzierżawę janowskiej Pingi (platynowej czempionki świata), pomyślałam, że oto pan minister i jego doradcy sprzedali honor polskiej hodowli państwowej za 40 tysięcy srebrników. Czegoś tak żenującego chyba jeszcze nie widziałam! To jest kwota, która przy deficycie Janowa ma niewielkie znaczenie, ale nasze poczucie honoru zostało zbrukane. To, że minister rolnictwa polskiego rządu akceptuje publiczną aukcję na dokonanie embriotransferu od elitarnych klaczy ze stadnin państwowych i to na dodatek z umową, która narusza polskie przepisy PASB, jest działaniem na szkodę polskiej hodowli. Poprzedni minister rolnictwa Krzysztof Jurgiel nie miał dobrej prasy, jeśli chodzi o konie arabskie, ale przynajmniej był do końca konsekwentny - to na jego polecenie nadzór wprowadził we wszystkich stadninach zakaz handlu zarodkami. Obecny minister, za sprawą członków swojej byłej już rady, powrócił do tej patologicznej procedury - przypomnę zarodek od Emandorii sprzedany na tegorocznej aukcji - i brnie w ten proceder dalej.


Może nie ma przy ministrze nikogo, kto mógłby mu klarownie wytłumaczyć, jak wielkie szkody wyrządza polskiej hodowli swoim działaniem? Minister, rozsądny obrońca polskiego rolnika, sam wpadł w sidła propagandy sprowadzającej polską hodowlę koni arabskich do magii kwot, osiąganych za konie, stąd prawdopodobnie parcie na sprzedaż za wszelką cenę, nawet za cenę końca hodowli. Muszę to powtórzyć raz jeszcze i może minister to usłyszy (ale czy zrozumie? czy przedłoży faktyczny interes hodowli nad swój interes polityczny?): sprzedaż embrionów jest szkodliwa dla hodowli polskich koni arabskich, bo skoro każdy może kupić z państwowej hodowli embriony od najlepszych, elitarnych klaczy, nie kupi już tutaj innych koni - tych właśnie, których stadniny powinny się pozbyć.


Przed rozpoczęciem aukcji przypadek sprawił, że rozmawiałam przez chwilę z prezesem PKWK Tomaszem Chalimoniukiem o samym pomyśle Winter Sale i życzyłam mu dobrego wyniku i atmosfery, przynajmniej takiej, jaką stworzył pomysłodawca Winter Sale w Michałowie, od którego nowy organizator powinien się pilnie uczyć. Obecny przy rozmowie był też minister rolnictwa, który wydał mi się zmęczony i zagubiony. Patrząc, jak z nabożnym uwielbieniem, w orszaku ministra postępowali p/o Janowa i p/o Michałowa, zrozumiałam, że w tym gronie minister niczego odkrywczego się nie dowie. Ja zaś dowiedziałam się jednego: można było zepsuć w 2018 roku czempionat na Służewcu, można też zepsuć, pomimo nazwy Winter Sale, aukcję we wspaniałym miejscu, które jest do tego stworzone. Obawiam się, że taki sam los spotka buńczucznie zapowiadane już na 2020 rok CSIO. Jak widać, nie tylko „szerokie plecy”, ale raczej to, że na koniach trzeba się znać, kochać je i rozumieć, aby cokolwiek z nimi robić, choćby to była tylko sprzedaż. Choćby to była aż sprzedaż…

Kiedy mówimy o koniach arabskich, które są wyjątkowe wśród innych koni, zawsze łączymy je z historią, kulturą i emocjami. Są dla nas, hodowców, czymś więcej niż zwierzętami. Dlatego kiedy ja piszę, że koń to kultura, a hodowla arabów w Polsce to nasze kulturowe dziedzictwo, a pan minister, w przemówieniu do hodowców i klientów aukcji, grzmi o naszej hodowli jako o „produkcji zwierzęcej”, to wychodzi jak w tytule: dziad o gruszce, baba o pietruszce!

 


Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za artykuły publikowane na blogach. Opinie wyrażane w tekstach są osobistymi ocenami autorów.
Jaka piękna katastrofa!
Hanna Sztuka | 04.12.2019 | No comments

Czyli jak pan minister zaczyna naprawę prywatnej hodowli koni arabskich

Mijający rok był dla państwowej hodowli koni arabskich wyjątkowo nieudany. „Rodowe srebra” Janowa i Michałowa rzucono na aukcję tylko po to, aby można było ogłosić sukces w mediach. Wymienić też należy dwuznaczne działania rady przy ministrze, która niby pomagała, potem niby się sprzeciwiała, załatwiła swoje interesy i odeszła w niebyt; jak również nieporadne działania zarządów stadnin, które sprowadzone zostały do administrowania bieżącą działalnością, bez wizji przyszłości, bez planu, bez odpowiednich kompetencji, aby tę przyszłość kreować.


W mediach społecznościowych pojawiły się opinie, że wynik tegorocznego występu na Salon du Cheval w Paryżu jest najgorszy w historii, a winna jest “dobra zmiana” w stadninach. Co do wyniku, nie ma wątpliwości, że jest on bardzo słaby dla państwowych stadnin. Hodowla prywatna zanotowała jednakże sukces – Eralda, hod. Falborek Arabians, zdobyła srebrny medal i tytuł wiceczempionki świata klaczy młodszych. Z jedenastu koni, które przyjechały z Janowa i Michałowa, jedynie dwie klacze z Michałowa zakwalifikowały się do finału. Tak źle rzeczywiście nigdy jeszcze nie było. Zdarzało się, owszem, że konie z Janowa i Michałowa wracały bez medalu, ale minimum 90% z nich wchodziło do finałowej dziesiątki. Tymczasem w tym roku to żenująca porażka. We wspomnianym komentarzu o ten słaby wynik jest oskarżana “dobra zmiana” w stadninach, ale czy na pewno słusznie? Wszystkie konie, które reprezentowały stadniny państwowe (oprócz dwóch klaczy, które akurat weszły do finału i urodzonych już w roku 2017) zostały wyhodowane przez odwołanych w 2016 hodowców. Czy zatem, gdyby nic się nie zmieniło, przywieźliby oni do Paryża inne konie? Czy można powiedzieć, że winą obecnych decydentów jest nieprawidłowy wybór koni na ten pokaz? Czy może konie były źle przygotowane i dlatego przegrały?


Otóż odpowiedź na te pytania jest prosta. W stadninach państwowych nie ma lepszych koni niż te, które pojechały do Paryża. A te, które pojechały, zostały nieprawidłowo wybrane, bo kilka z nich nie powinno tam jechać (nie ta jakość, nie ten czas, nie ta forma). Pustyni Kahila i Adelicie mocno zaszkodzi słaby występ w Paryżu, co do tego nie ma najmniejszych wątpliwości – podobnie stało się wcześniej z Wieżą Mocy w Aachen i Weronie. Również takie konie jak Pascuala, Poganinka i Pregoła nie powinny być pokazywane na tej rangi pokazie. Już na jesiennych przeglądach w stadninach widać było, że konie nie błyszczą formą. Pustynia Kahila na przegląd nie stawiła się wcale. Kontuzja tej znakomitej klaczy była w Michałowie tajemnicą Poliszynela, a mimo to klacz zdecydowano się zabrać do Paryża i dodatkowo odebrano jej dotychczasowego opiekuna, z którym była zgrana. W sporcie mówi się, że zwycięskiego składu się nie zmienia… Adelita z kolei, wyraźnie bez formy (co się zdarza), nie powinna być prezentowana w takim stanie na najważniejszym pokazie sezonu. W przypadku obydwu klaczy zabrakło wiedzy i doświadczenia, a także zwykłego rozsądku, aby powstrzymać się od ich wystawienia.


Michałów – i Monika Słowik w szczególności – nie wykonali pracy przez cały sezon i efekty tego w postaci bolesnej porażki przyszły nieuchronnie. Zbieranie owoców pracy poprzedników (przypomnę ubiegłoroczne złoto Equatora i platynę Emandorii) było zapewne miłe, ale należało przygotować się do następnego sezonu i wykonać podobną pracę nad promocją, tak marki stadniny, jak i planowanych do wystawienia koni. Taka praca nie została wykonana ani przez Michałów, ani tym bardziej przez Janów. Ubiegły rok był dla Michałowa szczególnie udany – przypomnę: sześć medali na Bliskim Wschodzie (Emandoria, Eqator i Galerida), w tym wygrana Emandorii w Dubaju (nagrody finansowe dla Michałowa to ok. 300 tys. €), sześć medali czempionatu Polski i tytuł Best in Show dla Galeridy, a także tytuł dla najlepszego hodowcy i trzy medale w Aachen (w tym srebro dla Eqatora), czempionat Europy dla Wildony i wiceczempionat Pustyni Kahila – a to tylko te większe sukcesy.


Konie w stadninach są, jakie są i tego nikt nie zmieni. Dlatego też należy mądrze planować ich karierę, tak hodowlaną, jak i promocyjną. W tym miejscu muszę z całą siłą podkreślić, że prawie wszystkie konie, które brały udział w tegorocznym czempionacie świata w Paryżu, urodziły się przed rokiem 2016, są więc efektem pracy hodowlanej dawnej ekipy. Nie może być tak, że jak trafi się jakiś sukces, to jest to przedstawiane jako jej wyłączna zasługa, a jak jest klęska, to koniecznie trzeba oskarżyć „dobrą zmianę”. Wiele osób, które dotąd śledziły poczynania polskich koni arabskich na światowych ringach, nie ma świadomości, że sukcesy polskiej hodowli państwowej na przestrzeni lat były efektem skumulowanej pracy hodowlanej w polskich stadninach po II wojnie światowej. Poprzednicy, szczególnie w Michałowie, zostawili schedę, która przynosiła stadninom i polskiej hodowli wiele bardzo dobrych wyników.


Ta swoista “złota era” polskiej hodowli państwowej na pokazach światowych ma jednak swoją ciemną stronę w postaci wyprzedaży embrionów od elity klaczy (96 zarodków w ciągu ośmiu lat z trzech stadnin) oraz trudnego do zrozumienia odejścia i zaniedbania polskiego programu hodowlanego. O ile można jeszcze uznać, że w Janowie główne rody męskie są przynajmniej przechowywane (bo używane i rozwijane już nie), to Jerzy Białobok nie krępował się wcale, likwidując całe bogactwo rodów, które pozostawił po sobie dyrektor Ignacy Jaworowski. Dziś nie ma już w Michałowie żadnego ogiera z rodu Kuhailana Afasa or.ar., Bairactara or.ar., Ilderima or.ar., czy Ibrahima or.ar. Ród Kuhailana Haifi or.ar. jest na wymarciu, a ród Krzyżyka reprezentowany jest przez wałachopodobnego Formana. I to właśnie jest prawdziwa katastrofa. Jeden słaby występ w Paryżu można uznać za wypadek przy pracy, ale naprawić popsutej hodowli nie da się tak łatwo.


Trela, Stojanowska i Białobok wprowadzili temat koni arabskich do bieżącej polityki i odkąd Janów i Michałów stały się jej częścią, maleją szanse na przetrwanie stadnin. Minister, który osobiście zajmuje się handlem końmi arabskimi, powinien zmienić doradców, ponieważ ci, którzy mu doradzają, prowadzą stadniny koni arabskich w stronę przepaści. Gdybym miała taką możliwość, poleciłabym panu ministrowi tekst na 100-lecie państwowej hodowli, który jasno wskazuje, czym jest nasza hodowla jako dziedzictwo kulturowe i jak ważna jest konieczność jego pielęgnowania. Wyprzedaż elity klaczy i embrionów od tych klaczy, dzierżawienie elitarnych klaczy bez potrzeby, jak również utrzymywanie w stadninach osób jedynie pełniących obowiązki zarządu (jak zapewnia pan minister, dopiero po rozstrzygniętych konkursach przyjdą fachowcy), prowadzi państwowe stadniny koni czystej krwi, krok po kroku, do nieuchronnej katastrofy. A tymczasem pan minister z niezmąconym, radosnym optymizmem ogłasza, że teraz będzie wspierał hodowlę prywatną… Uchowaj nas, Boże!

» Kresowe dziedzictwo, czyli 100 lat państwowej hodowli koni arabskich w Polsce 1919–2019

 


Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za artykuły publikowane na blogach. Opinie wyrażane w tekstach są osobistymi ocenami autorów.
 
  The publishing of articles and photos from the polskiearaby.com website on other websites must be preceded each time by written consent
from the publisher of the polskiearaby.com website.
 
 
   
  --