Czwartek . 19.09.2019 . 02:10
   
 
 
 
  Polskie Araby

Strona główna

 
 
facebook
polskiearaby.com
--
--
--
--
--
Kontakt
Wydawca:
Monika Luft
redakcja@polskiearaby.com
Opinie wyrażane w tekstach publikowanych w portalu polskiearaby.com są osobistymi ocenami autorów.
Dział techniczny:
webmaster@polskiearaby.com
Reklama:
reklama@polskiearaby.com
nasz cennik
--
 
 
Archiwum ‘Hanna Sztuka’ z miesiąca Lipiec 2019
Aukcja Janów nr 50. Fakty i mity

Niedawno, na fali kolejnego lamentu w mediach nad losem stadnin koni arabskich, przeczytałam komentarz Daniela Passenta (nota bene, tajnego współpracownika bezpieki o ps. „John”) o tym, jak to PiS zniszczył stadniny, których nawet komuniści za PRL-u nie zdołali zniszczyć. Skłoniło mnie to do rozważań o tym, jak funkcjonujące w przestrzeni publicznej bajki i mity przesłaniają rzeczywisty obraz hodowli koni arabskich w naszym kraju.

A oto fakty: obecne stadniny państwowe, czyli Janów Podlaski, Michałów i Białka, są w stu procentach dziedzictwem PRL-u. W roku 1946 w kraju były 54 klacze czystej krwi, ocalone z działań wojennych, czyli rewindykowane z Niemiec (w tej liczbie 14 klaczy babolniańskich zakupionych przez Zarząd Stadnin Polskich w Niemczech), z Czechosłowacji (grupa ze Starego Sioła, która powróciła z Józefem Tyszkowskim) oraz kilka klaczy, którym udało się przetrwać w okupowanej Polsce. Większość z tych klaczy stanowiła wcześniej własność prywatną i została odebrana hodowcom przez Niemców, a następnie, po powrocie do kraju, upaństwowiona, jak wówczas nazywano konfiskatę. Z upaństwowionych (w większości) koni, tuż po wojnie utworzono stadniny, których wcześniej nie było: Albigową, Nowy Dwór, Klemensów, a następnie Michałów. Z sobie tylko wiadomych powodów komuniści niechętnie widzieli powrót koni arabskich do Janowa Podlaskiego i dopiero pojawienie się na początku lat 60. możliwości eksportu tych koni za dewizy, otworzyło wrota stajni janowskich dla arabów (jednak jeszcze przez wiele lat dominowała tu hodowla koni półkrwi). Wszystkie stadniny zostały zorganizowane w taki sposób, że były w istocie PGR-ami, tyle że hodującymi konie. Wielkoobszarowe gospodarstwa rolne, których rolą było utrzymanie stadnin, zajmowały się także hodowlą innych zwierząt, w tym hodowlą bydła mlecznego, a także uprawą roślin. Ta struktura organizacyjna pozostała niezmieniona do dziś, przy czym, do czasu akcesu Polski do Unii Europejskiej, państwo dotowało hodowlę zarodową, w tym koni czystej krwi. W drugiej połowie lat 60. znacząco wzrosło zainteresowanie polskimi końmi arabskimi na Zachodzie i wtedy okazało się, że konie arabskie są dla biednego kraju kurą znoszącą złote, a właściwie zielone od dolarów jaja. Prawdopodobnie tylko dzięki temu hodowla koni arabskich przetrwała, bowiem nie oczekiwano już od Janowa czy Michałowa produkcji koni dla rolnictwa, zatem oba przedsiębiorstwa stawały się dla socjalistycznej gospodarki niepotrzebne. Pozwolono jednak hodować takie konie, jakich oczekiwał rynek zachodni. Aby uporządkować sprzedaż i zwiększyć przychody, w roku 1970 Centrala Importowo-Eksportowa “Animex” zaczęła organizować aukcje w Janowie Podlaskim.

W roku 1995 Animex został sprywatyzowany, a grupa pracowników z tzw. Biura koni, z Markiem Grzybowskim na czele (od 1974 aukcjonerem), utworzyła spółkę Polish Prestige, która zajmowała się organizacją aukcji do roku 2000 (tzw. aukcja „milenijna”). W roku 2001 organizację aukcji powierzono firmie “Polturf”, najpierw jako spółce cywilnej, a potem w zadziwiający sposób, bez żadnego przetargu, osobie fizycznej prowadzącej działalność gospodarczą pod nazwą “Polturf Barbara Mazur”. Pomimo protestów Marka Grzybowskiego, kwestionującego uczciwość postępowania przetargowego, Polturf przejął organizację aukcji janowskiej na, jak się okazało, kolejnych 15 lat, zmieniając przy tym nazwę wydarzenia na „Pride of Poland”.

W tym miejscu docieramy do kolejnego mitu, a właściwie bajki, jaka funkcjonuje w świadomości opinii publicznej, a więc roli Barbary Mazur jako samodzielnego twórcy janowskiej aukcji. Większość odbiorców dzisiejszych mediów nie pamięta nie tylko pierwszych aukcji, ale nawet aukcji Polish Prestige, bowiem szeroki udział obywateli polskich, w tym polskich hodowców, datuje się mniej więcej od roku 2000. Dlatego warto przypomnieć, że nie jest prawdą, jakoby Barbara Mazur oraz triumwirat w osobach Anna Stojanowska, Jerzy Białobok i Marek Trela, stworzyli wspólnie janowską aukcję. B. Mazur (prywatnie koleżanka A. Stojanowskiej) była potrzebna po to, by pozbyć się „obcego” Marka Grzybowskiego i przejąć całkowitą kontrolę nad aukcją. Argumentowano wówczas, że prowizja firmy Polish Prestige jest zbyt wysoka, a działania marketingowe niewystarczające. Polturf wygrał przetarg na organizację aukcji, startując z kwotą prowizji 6%, aby potem podnieść swoje wymagania najpierw do 10%, a następnie do 12% (czyli wyższej niż pobierała wcześniej firma Polish Prestige). Polturf przejął też gotowy format “Polish Arabian Summer Festival”, stworzony, a następnie dopracowywany przez 30 lat przez Animex, a potem firmę Polish Prestige. Eksploatował go, niewiele zmieniając, do roku 2015. Jedyne, co się faktycznie zmieniło, nie dotyczyło aukcji jako takiej – była to bowiem zmiana lokalizacji w związku z budową w Janowie zespołu nowoczesnych budynków na potrzeby aukcji.

Wokół Polturfu i szczególnie osoby Barbary Mazur krążyło wiele plotek, wynikających głównie z pojawiających się znaków zapytania. Jakim cudem osoba, która miała na koncie kilka nieudanych aukcji folblutów, została nagle organizatorem najbardziej prestiżowej aukcji koni arabskich na świecie? Albo: jak to możliwe, by prezesi Białobok i Trela, zarabiający po ok. 300 tys. zł rocznie, pozwalali zarobić koleżance A. Stojanowskiej (która sama zarabiała jako urzędnik dużo mniej niż prezesi) miliony złotych rocznie? Rozważano nieraz, w bardzo różnym gronie, czy, kto i z kim się dzielił? Tymczasem wokół Polturfu powstała istna pajęczyna klientów i opłacanych współpracowników, zwana w środowisku hodowców “kółkiem różańcowym”. Kółko to zazdrośnie strzegło swoich finansowych tajemnic. Większe transakcje były “dopinane” wcześniej przez prezesów stadnin – w czym nie ma wprawdzie nic nagannego, ale transakcje te finalizowano w taki sposób, że prowizję kasował Polturf. A to już bywało zastanawiające. Mechanizm ten ujawniła najbardziej patologiczna spośród transakcji, (nadal będąca w trakcie prześwietlania), a mianowicie sprzedaż klaczy Ejrene podczas Pride of Poland 2012.

A było to tak: J. Białobok uzgodnił z klientem zainteresowanym dzierżawą czempionki świata i USA, klaczy Emandoria, że warunkiem dzierżawy tej klaczy będzie zakup na aukcji klaczy Ejrene za określoną sumę. Jak się okazało, suma ta wyniosła 440 tys. euro. Całkiem kreatywny pomysł, tyle że klient, dzierżawiący Emandorię przez rok, otrzymał prawo do pobrania od niej dwóch embrionów, za co już Michałów (wg umowy) nie dostał ani grosza. To nie koniec, gdyż klacz, wystawiana na płatnych pokazach przez dzierżawcę, zarobiła tym sposobem ogromne kwoty, co przecież było łatwe do przewidzenia. Czyżby oddający konia w dzierżawę, doświadczony w branży, prezes Białobok, podczas negocjacji tych przychodów nie przewidział? W rezultacie owej transakcji, Emandoria wygrała (w okresie dzierżawy) nagrody finansowe w wysokości – bagatela! – ponad 300 tys. euro. Pobrane od niej embriony miały w tamtym czasie szacunkową wartość co najmniej 150 tys. każdy (to daje kolejne 300 tys. euro). Podsumowując: klient, z tytułu współpracy z Michałowem, otrzymał 600 tys. euro plus klacz Ejrene. Zapłacił zaś 440 tys. Ta suma, jakoby wylicytowana na aukcji (co wzbudziło niemałą sensację, bo rzeczywista wartość klaczy Ejrene wynosiła ok. 100 tys. euro), znacząco napompowała wynik aukcji 2012. Dodatkowo, Polturf skasował 12% prowizji – 52800 euro, obniżając w ten sposób przychód Michałowa z całości omawianej transakcji. Czysty zysk! Tylko czy aby na pewno dla Michałowa? Trudno także nie zauważyć, że podczas tamtej aukcji tylko jeden klient miał świadomość, że zakup Ejrene wiąże się z dodatkowymi, hojnymi świadczeniami. Inni klienci, licytujący w dobrej wierze, mają prawo czuć się wyprowadzeni w pole.

A czy nie jest interesujące również i to, że po nieudanej aukcji 2011, kiedy to klient z Australii nie odebrał 11 (!!!) wylicytowanych koni (głównie michałowskich, ale i prywatnych), na początku 2012 roku podniesiono prowizję Polturfu z 10 do 12%, pomimo negatywnej opinii wewnętrznej w ANR? Ówczesny dyrektor nadzoru właścicielskiego Grzegorz Młynarczyk nakazał zniszczenie protokołów kontroli (ciekawe, kto i w jaki sposób go zainspirował), które jednoznacznie wskazywały na nieprawidłowości w rozliczeniach z Polturfem i sugerowały zmiany kadrowe. I tak, bez przeszkód, udało się organizatorom aukcji w niezmienionym składzie dotrwać do 2015 roku. Potem jednak sprawa wyszła na jaw i zakończyła się dla w/w urzędnika wyrokiem w sprawie karnej. Ale warto było przetrwać, bo prowizja z aukcji w 2015 roku wyniosła ponad 600 tys. euro, czyli około 2,5 mln złotych. Dzisiaj sprawę ustawienia przetargu publicznego (jakim jest aukcja janowska) bada prokurator. Jak sądzę, o sprzedaży Ejrene i darmowej dzierżawie Emandorii jeszcze usłyszymy. Już dziś ćwierkają miejskie wróble o tym, że A. Stojanowska skarży się publicznie, iż musiała się tłumaczyć przed prokuratorem z tej sprawy. Myślę, że zaangażowane w „Ejrene-gate” osoby powinny się wytłumaczyć także publicznie. Mają przecież dużą wprawę w wystąpieniach w różnych telewizjach – przez ostatnie trzy lata zajmowały się tym z ogromną pasją. Zapytałabym wówczas także i o to, jaką rolę w transferach naszych koni do USA miała amerykańska spółka, dziwnym trafem nosząca znajomą nazwę: Pride of Poland LLC? Może A. Stojanowska wyjaśniłaby przy okazji, na jakiej podstawie usiłowała wymusić na stadninie białeckiej w 2015 roku zapłatę 20 tys. euro na rzecz amerykańskiego pośrednika za sprzedaż klaczy Perfirka, pomimo że Polturf skasował swoje 12%? Takich pytań postawiłabym jeszcze kilka. Sprawa jest, jak mawiają prokuratorzy, wielce rozwojowa.

Tymczasem janowska aukcja od 2016 roku jest jak kukułcze jajo – przerzucana z rąk do rąk. W 2016 i 2017 była organizowana przez MTP i wszystko (prócz sprzedaży koni, która to sprzedaż Targów nie interesowała, bo nie miały od niej prowizji) było lepsze, niż gdy zajmował się tym Polturf. W roku 2018, na skutek głośnych sukcesów organizacyjnych i sprzedażowych podczas zimowych aukcji w Michałowie, obowiązkiem zorganizowania aukcji w Janowie obarczono prezesa SK Michałów dr. inż. Macieja Grzechnika. Aukcja, jak wiemy, odbyła się cudem, bo kłody rzucane pod nogi mogły ją w każdej chwili wywrócić. Mimo to, impreza, w nowej, autorskiej odsłonie, zrywającej z paździerzowo-wiklinowym wystrojem i plastikowymi krzesełkami, zakończyła się wynikiem 734 tys. euro, czyli o 200 tys. lepszym niż rok wcześniej. To było jak płachta na byka. Nastąpił więc atak „bojówki medialnej” TVN na Macieja Grzechnika, którego efektem było rzekome kopnięcie dziennikarza. Wykreowany „medialny fakt” nie miał nic wspólnego z rzeczywistością, ale spełnił swoje zadanie przysłonięcia udanej imprezy. Hejt, którego skala, rozpętana przez formalne i nieformalne podwładne A. Stojanowskiej, również wymaga publicznego wyjaśnienia. Oczekuję, że A. Stojanowska wytłumaczy, dlaczego dzwoniła do wszystkich możliwych potencjalnych klientów aukcji, zniechęcając ich do udziału w niej (i dlaczego w zatrącający o manię sposób zwalczała Macieja Grzechnika, doprowadzając w końcu do jego odwołania). Wcześniejsze jej działania dowodzą, że miała takie możliwości. Robiła to przecież przed pokazami w Białce i w Janowie w 2016 i 2017 roku. Środowisko zna te i inne zarzuty pod jej adresem – wiele z nich padło w liście otwartym jednego z członków PZHKA. List był szeroko komentowany przez hodowców – naszych kolegów i koleżanki. Apel do Stojanowskiej brzmiał tak: “Nie bojkotuj pokazu w Białce, nie blokuj sędziów… tak nie można… to jest niezgodne z jakimikolwiek zasadami… Chcemy pokazywać konie, one są naszym życiem, pasją, inwestycją często bardzo dużych pieniędzy, na które ciężko musimy pracować!”. A. Stojanowska została tam nazwana wdzięcznie “mściwą Anią”, działającą na szkodę polskiej hodowli: „zaczęłaś budować, Aniu, “armię” gryzipiórków, którzy za Ciebie i na Twoje zlecenia do tej pory krytykują wszelkie działania związane z polskimi końmi arabskimi. Pozyskałaś media, wcześniej również organizowałaś konferencje prasowe, wreszcie upolityczniłaś konie arabskie w Polsce!!! Współpracujesz z opozycją polityczną, przekazujesz informacje, często ściśle branżowe, a posłowie ci nie potrafią poprawnie po angielsku, publicznie, wypowiedzieć tego, co im napisałaś… trochę żenujące… Udzielasz wywiadów, sama realizujesz wywiady, wszystko odbywa się w bardzo ścisłym “starym gronie Twoich przyjaciół”, bądź nowych zaufanych ludzi. Posiadasz również duże wsparcie profesjonalnych agencji marketingowych oraz PR”.

Dziś A. Stojanowska unika miejsc, gdzie pojawiają się osoby nieulegające (jak pan minister) jej „czarowi”, lecz – wręcz przeciwnie – nie tylko znające jej prawdziwe oblicze, ale nastawione nader krytycznie do jej działań. Woli ciche korytarze Ministerstwa Rolnictwa, gdzie może, po cichu właśnie, udzielać swych „cennych” rad i – znów po cichu – razem z Tomaszem Chalimoniukiem ustalać kwoty, za jakie państwowe konie miałyby zostać sprzedane. Decydentom nie przeszkadza fakt, że jest to osoba, która prowadzi działalność konkurencyjną, w postaci własnych (cóż, że wielce nieudanych) aukcji.

(Tu przytoczę kolejną opinię wspomnianego wyżej hodowcy: „Pan Minister Rolnictwa i Rozwoju Wsi Jan Ardanowski zaprosił Ciebie i Pana Białoboka do Rady ds. Hodowli Koni Arabskich… sądzę, że w tamtym czasie miał zbyt małą wiedzę na temat przeszłej i teraźniejszej sytuacji”.)

Tymczasem minister Ardanowski podjął znakomitą decyzję, by służby specjalne obserwowały tegoroczną aukcję. Moim zdaniem, nie będą miały wiele do roboty. Wystarczy, jak przypilnują ministerialnych doradców: A. Stojanowską i J. Białoboka. Nikt bowiem tak jak ta dwójka nie dysponuje równie wielkim doświadczeniem, by skutecznie zaszkodzić reputacji polskiej hodowli i namieszać na aukcji.

 


Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za artykuły publikowane na blogach. Opinie wyrażane w tekstach są osobistymi ocenami autorów.
Janów zasługuje na więcej!

Przez ostatnie trzy lata stadnina w Janowie Podlaskim stała się symbolem walki dobra ze złem w polskiej hodowli koni czystej krwi arabskiej. Do 2016 roku nasza armada, jaką stanowiły stadniny w Janowie i Michałowie, była skuteczna i nieźle sobie radziła na rynku, ale przypominała bardziej dwa okręty podwodne: zamknięte, głęboko zanurzone, tak że nikt postronny nie wiedział, co tam właściwie się dzieje. Aż zmienił się układ polityczny i po rządzącym przez ostatnie 25 lat w polskim rolnictwie PSL przyszła inna opcja polityczna i postanowiła zajrzeć do środka. Zamiast jednak posłużyć się kluczem francuskim i wszystko dobrze rozważyć, wysłano ekipę z łomem, żeby dostać się na okręty, kapitanów wyrzucono za burtę – a na temat tego, co było dalej, każdy w Polsce ma już swoją opinię.

Okręt flagowy – jak nazywano Michałów – miał początkowo więcej szczęścia. Pierwszy błąd w obsadzie stanowiska prezesa (na którego powołano młodą i bez niezbędnego doświadczenia osobę) szybko naprawiono i Michałów dostał wiatr w żagle, radząc sobie w czasie burzy medialnej całkiem dobrze. Tymczasem Janów od początku zmian nie miał szczęścia i, śledząc jego losy przez ostatnie trzy lata, pogrążam się w smutku. Nie widać na horyzoncie jakiejkolwiek nadziei na lepsze. Kiedy w marcu 2018 roku odwołano z funkcji prezesa Sławomira Pietrzaka, było oczywiste, że nie stało się to z powodu złych wyników spółki Janów, lecz dlatego, że sprzeciwił się on pomysłowi Tomasza Chalimoniuka, który przekonał ministra Jurgiela do przeniesienia czempionatu narodowego na Służewiec. Wszyscy pamiętają buńczuczne zapowiedzi prezesa PKWK o narodowej wystawie rolniczej i obietnice zaprezentowania dwutonowego byka. Byka nikt nie zobaczył, ale za to konie i ludzie, jak trzoda, taplali się w błocie, aby na koniec wysłuchać narodowego hymnu w gumowcach. Dziś ten sam człowiek organizuje fetę arabską, tym razem w Janowie, co ogłoszono jako sukces jeszcze nowszej dobrej zmiany. Przypomnijmy jednak także, że główną atrakcją ubiegłorocznego narodowego pokazu było przemówienie ministra rolnictwa. W napęczniałym od wielkich słów speachu, który należy uznać za szczyt nielojalności w stosunku do poprzednika, przeprosił za to, że właściciel napadł na własne okręty i odebrał kasę. Wyrzuconym za burtę podał zaś kaftany bezpieczeństwa. Najciekawsze jednak było butne zapewnienie, że od tej chwili hodowla zostanie odbudowana, a okres błędów i wypaczeń mamy za sobą i teraz już będziemy żyli długo i szczęśliwie. Wyglądało to zatem jak przejęcie abordażem wrogiego okrętu, a nie jak zmiana kapitana u tego samego armatora. Minął rok, więc czas zapytać, co z tego zostało. W czasie rządów ministra Jurgiela Michałów miał przez kolejne dwa lata zysk: w 2016 +1,7 mln, w 2017 +900 tys., Janów Podlaski zaś w 2016 +100 tys., ale już w 2017 -1,5 mln. Jako że w ubiegły piątek odbyło się walne zgromadzenie wspólników Janowa Podlaskiego, znamy już wyniki obu spółek za rok 2018, czyli już w trakcie „odbudowy” obu stadnin przez ministra Ardanowskiego: Michałów obniżył zysk w stosunku do 2017 roku o 2,2 mln, osiągając stratę w wysokości -1.3 mln, Janów Podlaski z podobnym spadkiem o 2 mln, osiągnął finalnie imponującą stratę w wys. -3,5 mln. Zapiera dech w piersiach. Wartość Spółki Stadnina Koni Janów Podlaski spadła przez dwa lata o 5 milionów, bowiem pokrycie straty z kapitału spółki właśnie to oznacza. Zastanawiam się, jak długo jeszcze będzie trwał ten eksperyment przeprowadzany na Stadninie Koni Janów Podlaski? I co teraz? Plotka korytarzowa mówi o odwołaniu p/o prezesa Grzegorza Czochańskiego po aukcji. Ale czy to coś zmieni? Któż rozsądny zechce pójść do zarządu stadniny (mam na myśli menedżerów z doświadczeniem, a nie zdesperowanych bezrobotnych lub urzędników KOWR-u) i pracować z obecną ekipą? To samo dotyczy Michałowa, gdzie wdrożono podobny eksperyment. Po odwołaniu prezesów wyłonionych w konkursach, czyli prof. S. Pietrzaka i dr. inż. M. Grzechnika, do stadnin przyszli ludzie całkowicie nieprzygotowani merytorycznie, ale za to o odpowiednio giętkich kręgosłupach, gotowi wykonać każde polecenie z zewnątrz. Konkursów nie ogłasza się już z obawy, aby fachowcy mający własne poglądy nie dostali się do nadzorowanych przez urzędnicze „orły” stadnin. Osoby, które sterują stadninami i podejmują decyzje, robią to oczywiście nieformalnie, bo odpowiedzialność poniosą zarządy (miejmy nadzieję, że tak się stanie). Ale kto by się tym na razie przejmował! Jest parasol polityczny, a więc hulaj dusza, piekła nie ma. Czekamy do wyborów, a potem jakoś to będzie – nie nasze zmartwienie.

Tymczasem sanktuarium światowej hodowli koni czystej krwi arabskiej, jakim jest Janów Podlaski, powoli się sypie. Obserwuję Janów dość uważnie od 1998 roku, i to nie tylko hodowlę, ale całe gospodarstwo. W tamtym czasie Janów był w pożałowania godnym stanie. Nie jest prawdą, że dr Marek Trela był bezpośrednim następcą Andrzeja Krzyształowicza. Od daty odwołania Krzyształowicza do objęcia przez Trelę stanowiska prezesa minęło ponad 10 lat. To był jednocześnie bardzo trudny czas dla rolnictwa. Po wielu latach smuty, Janów był w opłakanym stanie. Mogę śmiało stwierdzić, że dr Trela zastał Janów drewniany, a zostawił murowany. Skala jego osiągnięć w gospodarstwie jest równa skali jego osiągnięć hodowlanych, a te – jak wszyscy wiedzą – są wybitne. Widziałam, jak przez wiele kolejnych lat dr Trela budował nowy Janów, który jest arcytrudnym w zarządzaniu gospodarstwem. Stworzył nową infrastrukturę, nowy zespół, a smutne stado klaczy w starym typie wprowadził z powrotem na światowy szczyt. Janów miał wtedy duszę, ale miał też głowę. Teraz nie ma ani duszy, ani głowy. Degradacja substancji Janowa jest widoczna i nie do ukrycia. Gigantyczna strata bilansowa jest tylko częścią prawdy o Janowie. Podczas ostatniego przeglądu przyjrzałam się uważnie stadninie, w której nie byłam rok – i widok jest smutny. Urwane rynny, popękane szyby, brak widocznych remontów, brudne stajnie, maneż przy stajni czołowej był sprzątany chyba jeszcze za Treli… Na początku maja widziałam nieuprawione pola na Pożarach i aż się boję myśleć, o co chodzi. Z obór janowskich też nie napływają optymistyczne doniesienia. Dlaczego więc nadzór nic nie robi, aby zmienić tę kryzysową sytuację? Stawiam tezę, że to Pride of Poland zniszczy polską państwową hodowlę koni czystej krwi arabskiej. Dlaczego tak twierdzę? Otóż dlatego, że Janów, Michałów i w ogóle konie arabskie nikogo specjalnie nie interesują, ale związane z nimi wielkie pieniądze i polityka to i owszem. Winą za wprowadzenie polityki do stadnin koni arabskich jeden z członków PZHKA słusznie obciążył A. Stojanowską, z tego właśnie powodu zmuszoną do rezygnacji z funkcji prezesa PZHKA. Konsekwencje wpływu polityki na stadninę są dla Janowa Podlaskiego rujnujące. Rozdzierany przez różne interesy polityczne Janów Podlaski powoli gaśnie.

Głównym tematem publicznej dyskusji jest aukcja Pride of Poland, czyli sprzedaż koni. Jednak niemal wszyscy, z ministrem rolnictwa na czele, poprzez pracowników KOWR, na hodowcach prywatnych skończywszy, zapomnieli, czym są stadniny w rękach państwa. Właśnie nastąpił radosny powrót do handlu zarodkami od najlepszych państwowych klaczy – przecież to desperacka próba wybrnięcia stadnin z finansowych kłopotów! Koniecznym jest zatem, aby wszyscy ci ludzie zapoznali się ze strategiczną rolą stadnin Skarbu Państwa. W październiku tego roku minie 100 lat od chwili utworzenia w Janowie Podlaskim działu koni czystej krwi arabskiej. To w tamtym czasie zakończyła się – wraz z rewolucją bolszewicką – era wielkich kresowych stadnin magnackich. Najcenniejszy ocalały materiał hodowlany wielkim wysiłkiem państwa polskiego zgromadzono w Janowie. Sukces hodowli janowskiej w 20-leciu międzywojennym stał się podstawą do zbudowania marki Janowa Podlaskiego na kolejne, niezwykle trudne lata. Janów Podlaski w dzisiejszym kształcie zawdzięczamy pracy czterech pokoleń, pracy, która opierała się na doświadczeniach hodowlanych magnackich stadnin na ziemiach polskich przez poprzednie kilkaset lat. Stadnina jako miejsce ma ten specyficzny genius loci, który urzeka kolejne pokolenia. Ale obecnie jest w rękach ludzi, którzy tego nie rozumieją, nie czują i myślą jedynie o swoich urzędniczych pensjach. Nikt z tych ludzi nie wie, co zrobić z tym Janowem. Są tylko pewni jednego: nie wolno wpuścić tam niepowołanych ludzi. Jakich? Takich, dla których Janów jest ważny, z wizją, wiedzą i kompetencjami, które mogliby oddać w służbę Janowa (i Michałowa). Oczywiście tacy ludzie mają jedną dyskwalifikującą wadę: niezależność w działaniu i poglądach. Ale inaczej nic z tego nie będzie… W ubiegłym roku byłam gorącą zwolenniczką zmiany nazwy aukcji na „Janów Podlaski Auction” – czyli powrotu do pierwotnej nazwy tego wydarzenia. Nadal tak uważam – Pride of Poland powinna odejść wraz z Polturfem i jego skandaliczną 12% prowizją. To JANÓW PODLASKI jest marką i tylko Janów się liczy. Janów zasługuje na więcej!

 


Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za artykuły publikowane na blogach. Opinie wyrażane w tekstach są osobistymi ocenami autorów.
 
  Publikowanie tekstów oraz zdjęć z portalu polskiearaby.com na innych witrynach wymaga każdorazowo pisemnej zgody wydawcy portalu.  
 
   
  --