Czwartek . 22.08.2019 . 15:28
   
 
 
 
  Polskie Araby

Strona główna

 
 
facebook
polskiearaby.com
--
--
--
--
--
Kontakt
Wydawca:
Monika Luft
redakcja@polskiearaby.com
Opinie wyrażane w tekstach publikowanych w portalu polskiearaby.com są osobistymi ocenami autorów.
Dział techniczny:
webmaster@polskiearaby.com
Reklama:
reklama@polskiearaby.com
nasz cennik
--
 
 

Notice: Undefined index: author in /blog/wp-content/themes/polskiearaby/archive.php on line 46

Notice: Undefined index: author in /blog/wp-content/themes/polskiearaby/archive.php on line 46

Notice: Undefined index: author in /blog/wp-content/themes/polskiearaby/archive.php on line 46

Notice: Undefined index: author in /blog/wp-content/themes/polskiearaby/archive.php on line 46

Notice: Undefined index: author in /blog/wp-content/themes/polskiearaby/archive.php on line 46

Notice: Undefined index: author in /blog/wp-content/themes/polskiearaby/archive.php on line 46

Notice: Undefined index: author in /blog/wp-content/themes/polskiearaby/archive.php on line 46

Notice: Undefined index: author in /blog/wp-content/themes/polskiearaby/archive.php on line 46

Notice: Undefined index: author in /blog/wp-content/themes/polskiearaby/archive.php on line 46

Notice: Undefined index: author in /blog/wp-content/themes/polskiearaby/archive.php on line 46

Notice: Undefined index: author in /blog/wp-content/themes/polskiearaby/archive.php on line 46

Notice: Undefined index: author in /blog/wp-content/themes/polskiearaby/archive.php on line 46

Notice: Undefined index: author in /blog/wp-content/themes/polskiearaby/archive.php on line 46

Notice: Undefined index: author in /blog/wp-content/themes/polskiearaby/archive.php on line 46

Notice: Undefined index: author in /blog/wp-content/themes/polskiearaby/archive.php on line 46

Notice: Undefined index: author in /blog/wp-content/themes/polskiearaby/archive.php on line 46
Archiwum z miesiąca May 2008
Porady rotmistrza

Z ciekawością przeczytałem porady Zdzisława Rozwadowskiego dla początkujących hodowców. Moją uwagę w szczególności przykuła treść trzech punktów. Pierwszy: ” W hodowli należy dążyć do jakości, a nie do ilości(…)”

Drugi: “Bez dobrego siana , pastwiska i wody nie istnieje żadna hodowla”

Wreszcie trzeci:” Każda wychowana klacz czy ogier musi przed wcieleniem do stadniny zdać egzamin swojej wartości na racjonalnych próbach dzielności, inaczej nie przedstawia żadnej wartości hodowlanej”. Zastanawiam się jak te przykazania mają się do obecnej rzeczywistości? Po pierwsze: kryjemy dzisiaj wszystko, co się rusza w nadziei, że urodzi się ten jeden jedyny najpiękniejszy. Po drugie: furorę robi dzisiaj chów alkierzowy, a pastwisko zastępują sztuczne pasze i odżywki. Po trzecie: spróbujcie - cytując autora porad - powiedzieć właścicielom championów, że ich konie nie przedstawiają żadnej wartości hodowlanej, bo jedyną próbą dzielności jaką przeszły było straszenie na pokazie. Wobec powyższego nasuwa mi się jedyna możliwa konkluzja, że słynny Rotmistrz nie bardzo wiedział o czym pisze. No chyba, że MY nie mamy o hodowli zielonego pojęcia..?


Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za artykuły publikowane na blogach. Opinie wyrażane w tekstach są osobistymi ocenami autorów.
Właściciel w typie Kuhailan & Saklawi

Całkiem niedawno szanowna małżonka wydała mi na świat potomka. Wszyscy znajomi koniarze od poczatku nie mówią o nim inaczej jak: Mały Kuhailan. Dało mi to bardzo do myślenia, w efekcie przeprowadziłem zakrojone na ogromną skalę badania nad Typem i Pochodzeniem. Wyniki są więcej niż sensacyjne i zdumiewają nawet mnie samego. Otóż ponad wszelką wątpliwość jestem w stanie udowodnić, że doktor Skorkowski dzieląc typy na Kuhailan i Saklawi, miał na myśli nie konie arabskie, ale ich właścicieli i hodowców. I tak WŁAŚCICIEL W TYPIE KUHAILAN: dosiada swego konia przy każdej nadarzającej się okazji. Podrózuje nim, uczestniczy w rajdach, włóczy się na jego grzbiecie po Polsce i poddaje wierzchowca przeróżnym próbom dzielności. Spędza z koniem całe dnie, nocując czasem pod brzuchem araba w przpadkowych stodółkach z puszką piwa w ręku. Jest w swoim rumaku bałwochwalczo zakochany, wychwala pod niebiosa jego cechy użytkowe, docenia odwagę, twardość, mocną psychikę, zrównoważenie. Dzięki wielogodzinnym, albo i wielodniowym wyprawom jest ze swoim koniem bardzo zaprzyjaźniony i zżyty, wie że może na nim polegać w trudnych sytuacjach. Dba aby podopieczny miał zawsze do dyspozycji duże pastwisko. Na ewentualne docinki, że jego pupil ma głowę ciut większą niż te w żurnalach odpowiada, że po pierwsze to na głowie nie jeździ, a po drugie, to jego wierzchowiec jest bardzo mądry i w taką małą główkę mózg by mu się nie zmieścił. Wielbi swego araba jak Beduin, powierza mu  swoje bezpieczeństwo, a czasem i życie.    WŁAŚCICIEL W TYPIE SAKLAWI trzyma swoją gwiazdę przeważnie w stajni, bo na padoku, czy pastwisku koń może zrobić sobie krzywdę, poza tym jest na specjalnej diecie i trawa mu szkodzi. W boksie pupila montuje kaloryfery, albo klimatyzację. Prowadza stworzenie na solarium, pamięta o manicure i pedicure. Kąpie konia we francuskich szamponach i uszcześliwia go najmodniejszymi kosmetykami. Wypaca sklawiakowi szyję ( chociaż najcześciej jemu samemu bardziej by się to przydało), i okrywa go najprzeróżniejszymi derkami. Goli araba, naciąga mu szyję i straszy przeróżnymi grzechotkami żeby wyżej zadarł ogon i bardziej wybałuszył oczy. Nie siodła, bo w większości nie wie nawet jak i broń Boże nie dosiada, bo to niezwykle niebezpieczne dla życia i konia, i jeźdźca. Zamiast tego zabiera championa na pokazy, a na Zachodzie i w Ameryce coraz częściej na parady równości.

 Kilkanście, albo kilkadziesiąt lat takiego czy innego hodowania i wychowu czyni z konia kuhailana bądź saklawi, i wszelikie typy, rody, czy maści nie mają tu większego znaczenia. Pointując, wystarczy spojrzeć na właściciela, żeby wiedzieć w jakim typie jest jego koń.

  


Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za artykuły publikowane na blogach. Opinie wyrażane w tekstach są osobistymi ocenami autorów.
Cywilizacja obrazkowa

Czy zauważyliście, jak często we wszystkich postach pojawia się słowo “foty”? W miarę upowszechniania się aparatów cyfrowych rosną apetyty, aby wszystko zobaczyć podane na talerzu. Ma to swoje dobre strony, bo od razu możemy obejrzeć, co się u kogo urodziło i porównać z tym, co sami mamy, ale nie przesadzajmy z tym “kultem obrazków”, szczególnie wtedy, kiedy mają nam one pomóc w podjęciu decyzji o kupnie konia. Pamiętajmy, ze zdjęcie wykonane przez dobrego fotografa doda urody przeciętnemu koniowi, a kiepska “fota”, trzaśnięta w biegu przez amatora, zwłaszcza niemającego dostępu do fachowca, który pomógłby ustawić konia w sposób eksponujący jego walory, będzie raczej antyreklamą. Tymczasem potencjalny nabywca powinien przede wszystkim zwracać uwagę na rodowód, pod kątem kariery hodowlanej oraz obecności przodków przekazujących walory pokazowe lub użytkowe (w zależności od tego, czego poszukujemy) oraz charakter i łatwość w obsłudze. Tego zaś nie pokaże nawet najlepsze zdjęcie, to trzeba wypróbować samemu! Jeśli więc dysponujemy środkami na kupno konia, jego transport i późniejsze utrzymanie - lepiej dopłacić jeszcze trochę, aby dobrze obejrzeć zwierzaka w miejscu jego stacjonowania, zobaczyć, jak jest traktowany przez właściciela, spróbować samemu wziąć go za nogi i uszy, sprawdzić, czego się boi, jak reaguje na obcego człowieka, a jeśli myślimy o użytkowaniu wierzchowym - wypróbować pod siodłem. Dziwi więc, że odpowiadając na ogłoszenie o sprzedaży konia domagamy się przede wszystkim jego zdjęcia, a po jego otrzymaniu nawet nie próbujemy zweryfikować w rzeczywistości tego, co zobaczyliśmy. Tymczasem bohater upięknionego obrazka widziany na żywo może nas rozczarować, a jeśli rezygnujemy z zakupu sugerując się słabym zdjęciem - może nam “przejść koło nosa” atrakcyjna oferta. Może więc pwinniśmy wrócić do metod naszych przodków, którzy nie klupowali konia bez osobistego przekonania się o jego walorach?   


Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za artykuły publikowane na blogach. Opinie wyrażane w tekstach są osobistymi ocenami autorów.
Nie ma jak szpan!

Zaśmiewałem się chwilami czytając Trylogię, a mój ulubiony fragment to monolog Zagłoby:

„Oto, gdy Pan Bóg konia stworzył, przyprowadził go przed ludzi, żeby zaś jego dzieło chwalili. A na brzegu stał Niemiec, jako to się oni wszędy wcisną. Pokazuje tedy Pan Bóg konia i pyta się Niemca : co to jest? A Niemiec na to : Pferd! - Co? - powiada Stwórca - to ty na moje dzieło “pfe” mówisz? A nie będziesz ty za to, plucho, na tym stworzeniu jeździł - a jeśli będziesz, to kiepsko. To rzekłszy, Polakowi konia darował. Oto dlaczego polska jazda najlepsza, a zaś Niemcy, jak poczęli piechotą za Panem Bogiem drałować a przepraszać, tak się na najlepszą piechotę wyrobili.”

Zdziwiłby się pewnie pan Sienkiewicz, gdyby dowiedział się, jak szybko czasy się zmieniły. Niemcy chyba skutecznie za Panem Bogiem drałowali i przepraszali, bo wyrabiają się na coraz lepszych jeźdźców, gdy tymczasem ulubioną wiosenną rozrywką wielu moich rodaków pozostaje drałowanie po supermarketach w poszukiwaniu kolejnych promocji na sobotniego grilla.  Na wschodzie i w centrum Polski jeszcze gdzieniegdzie tradycje jeździeckie przetrwały, tymczasem tu, gdzie mieszkam…lepiej nie mówić. Wystarczy jednak przekroczyć zachodnią granicę, żeby zobaczyć, czym jest jeździectwo. W samej Brandenburgii rajdów konnych w ciągu miesiąca więcej niż w Polsce przez cały rok, nikt jeźdźców z lasów nie przepędza, koń w gospodarstwie nikogo nie dziwi, a w miejscach, gdzie ścieżki konne krzyżują się z drogami, w weekendy sadza się na skrzyżowaniach „mandarynki”, które samochody zatrzymują, żeby jeźdźcom i koniom bezpieczeństwo zapewnić. Właściwie, to nawet chętnie bym do takiej kompanii jeźdźców przystał, gdyby nie to, że słowo „pfe” jakoś mi przez usta nie chce przejść.

Niedawno znajomy hodowca opowiadał o swoich całkiem dobrze sytuowanych sąsiadach, którzy rozważali zakup konia dla córki. Zaproponował nieśmiało: Może konia arabskiego? Spojrzeli na siebie i zgdodnie odpowiedzieli: -O, co to, to nie! Konia arabskiego wykluczamy, chociaż ta rasa bardzo nam się podoba. My chcemy zwierzątko do kochania i do szpanowania, a koniem arabskim nie zaszpanuje się, o ile nie ma się co najmniej kilkuset tysięcy do wydania na zwierzę, trenera i dalekie wyjazdy. Trenera, który znałby się na arabach ze świecą szukać, araby na tradycyjne metody treningowe są z reguły zbyt inteligentne, a arabskie zawody i pokazy daleko i rzadko. Kupili sp,  zaoszczędzone pieniądze wydali  na najmodniejszy sprzęt dla konia i ubranka jeździeckie dla dziewczynki. Teraz regularnie jeżdżą na regionalki i kibicują córeczce skaczącej po 80cm na prawie dwumetrowym koniu. Nie ma jak szpan!


Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za artykuły publikowane na blogach. Opinie wyrażane w tekstach są osobistymi ocenami autorów.
Powiało wielkim światem

I to jeszcze jak!!! Nieopatrznie wszedłem na stronę Arab Horse Promotion (nie wiem czy dobrze przeliterowałem, bo to człowiek ze wsi, to nawet wymówić nie potrafi) i oczom własnym nie daję wiary, normalnie szok. Pierwsze w Polsce, ekskluzywne wyjazdy, wyjątkowe sprzedaże, wywiady z najwybitniejszymi i najgenijalniejszymi hodowcami. Luksusowe gratulacje, rewelacje, sensacje. Gigantycznie profesjonalne doradztwo, wychodzące poza poziom geniuszu pośrednictwo, jedyne na takim poziomie strony WWW, stanówki przez internet, embriony przez telefon itd. Mowę mi odebrało z wrażenia, bo taka “Ameryka”, że trudno się nie zachłysnąć. Pomyślałem sobie jakie to szczęście, że taki wielki świat jest już nad Wisłą. A propo’s Ameryki, przypomniała mi się nie wiedzieć czemu taka scena z filmu “Kochaj albo rzuć”. Amerykański polonus pokazuje miasto przybyszom z Polski bez ustanku trajkocząc: - U nas w Ameryce wszystko najlepsze, najwspanialsze, największe, najpiękniejsze, etc… Na co odzywa się Pawlak: - Przepraszam uprzejmie, a w Krużewnikach był..? Szwagier - który był za wielką wodą - mówi, że  dziwić się nie sposób, bo jak Polak wyjedzie do Stanów, to natychmiast robi się bardziej amerykański niż sam Amerykanin. 

 


Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za artykuły publikowane na blogach. Opinie wyrażane w tekstach są osobistymi ocenami autorów.
Czempionat Konga Górnego

Z wypiekami na twarzy przeczytałem relację z Petersburga, zastanawiając się momentami czy to nie fragmenty jakiejś sensacyjnej powieści. W zdumienie wprawił mnie fakt, iż nasze młode pokolenie ni w ząb nie potrafi po rosyjsku. Dajcie spokój, żeby bracia słowianie musieli się między sobą dogadywać po angielsku… Zawsze też myślałem, że pokazy arabów to domena subtelnych, delikatnych koni i podobnych właścicieli, ale nie tym razem. Przecież nasza końsko-ludzka ekipa wykazała się na granicach dzielnością, przy której ta kuhailańska zwyczajnie blednie. I tak cud, że nikogo nie wywieźli na Sybir. Pojechaliśmy tam podobno żeby pokazać nasze polskie konie, tylko że nie było chętnych aby je oglądać. Przynajmniej, jak pisze autor relacji, wśród przedstawicieli trzech stadnin i słownie trzech prywatnych hodowców, nie trafił się ani jeden, który zapytałby o rodowody naszych koni. Na szczęście wygraliśmy, co było do wygrania, tyle że porównywać się z Ruskimi na araby, to mniej wiecej tak jakby Oni rywalizowali z nami w kategorii zasobów naturalnych. Przypuszczam , że na championacie Konga Górnego polskie konie spotkałyby większą konkurencję. Jadąc do Petrsburga polscy hodowcy nie ukrywali, że mają nadzieję zobaczyć legendarne rosyjskie araby. I tu też się nie udało, bowiem najsłynnjiejszy ruski arab, legendarny ogier Piciczko miast na pokazie w Rosji, bawił akurat na Rajdzie Kuhailana.   


Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za artykuły publikowane na blogach. Opinie wyrażane w tekstach są osobistymi ocenami autorów.
Luksusowa Białka

Przed nami dwa championaty w Białce, na przełomie maja i czerwca arabski, tydzień później małopolski. Żeby wystawić araba, trzeba liczyć się z kosztem 450 złotych (200 zł wpisowe i 250 zł opłata za boks). Ponad dwa razy tańsze, bo zamykające się kwotą 200 złotych (100 wpisowe i 100 za boks) jest zaprezentowanie na ringu konia małopolskiego. Kogoś może to dziwić, bo przecież małopolak jest sporo większy, zajmuje więcej miejsca i ma zdecydowanie większy apetyt, a mimo to wychodzi o połowę taniej…? No cóż, widać organizator stosuje w tym przypadku starą policyjną metodę. Jeśli drogówka zatrzymuje za przekroczenie prędkości trabanta, jego właściciel płaci 50 złotych. Jeżeli natomiast za takie samo przekroczenie uda się zatrzymać mercedesa, mandat wynosi 500 złotych. Inaczej mówiąc, Szanowni Arabiarze: za boks i opłatę startową w Białce płacicie po stówie. Natomiast kolejne 250 złotych to zwyczajny podatek od luksusu. A nie podoba się, to przyjeżdżajcie na championat trabantami.


Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za artykuły publikowane na blogach. Opinie wyrażane w tekstach są osobistymi ocenami autorów.
Arabska gorączka, czyli o słomkach i cebulkach
Monika Luft | 03.05.2008 | Komentarzy: 3

Kto czytał „Tulipanową gorączkę” Deborah Moggach ten wie, jak wyglądało osobliwe szaleństwo, któremu ulegli XVII-wieczni Holendrzy. Z dnia na dzień rodziły się i przepadały olbrzymie fortuny. Za jedną jedyną cebulkę, zwaną Semper Augustus, należącą do najpiękniejszych odmian i będącą wynikiem nowej krzyżówki, dano któregoś razu sześć wyśmienitych koni, trzy beczki wina, tuzin owiec, dwa tuziny srebrnych pucharów oraz obraz marynistyczny autorstwa Esaiasa van de Velde! A szerzyły się pogłoski, że cena jeszcze wzrośnie, że cebulka będzie warta tyle, co skrzynia pełna złota, co flotylla statków z ładunkiem złota, co cały zasób skarbnicy namiestnika…

Trochę mi to przypomina szalejące ceny stanówek. Dziś już nikogo nie dziwi kwota 4 tys. euro za porcję nasienia młodego, ledwo co przybyłego z pokazów ogierka. Niczym niepozorna cebulka Semper Augustus, tych kilka słomek ma bowiem pomóc – przy odrobinie szczęścia – w wyhodowaniu jeszcze droższego konia, prawdziwego „króla królów”. A mówią, że to i tak okazja, bo cena na pewno wkrótce poszybuje w górę, może do 8 tys. euro? Trzeba się spieszyć! Stanówka uznanej gwiazdy kosztuje przecież i 20 tysięcy dolarów.

Rynek tulipanów w Holandii w końcu się załamał. Cebulki stały się bezwartościowe, a tysiące ludzi zostały bez środków do życia. Podobna katastrofa nie grozi raczej hodowcom koni arabskich, nawet jeśli bardzo mocno wykosztują się na stanówki. Pieniądze jednak tak dziś, jak i w przeszłości budzą zrozumiałe emocje, choć – jak napisała Moggach w swojej książce – „to wszystko rodzi się z umiłowania piękna…”. Tak, z tegoż właśnie powodu jesteśmy gotowi płacić więcej i więcej za stanówki modnych w danym sezonie reproduktorów. Cena ma być gwarancją, że tym razem się uda.

Ale cóż, tak jak nie każdy hodowca tulipanów doczekał się własnej, cudownej, najkosztowniejszej na świecie odmiany, wyrosłej z cebulki Semper Augustus, tak nie każdy hodowca koni arabskich, zapłaciwszy niebotyczne pieniądze za stanówkę, doczeka się czempiona. Każdy jednak może próbować, każdemu wolno marzyć. A i używanie najlepszych ogierów jest w interesie całej hodowli. Przy czym w szerszej społecznej skali żadne poważne niebezpieczeństwo nam nie grozi, jako że arabitis, czyli arabska gorączka, nie stała się na razie – o ile mi wiadomo – problemem narodowym. Jednak grono dotknięte tą przypadłością stale rośnie, co z jednej strony cieszy nasze serca, a z drugiej sprawia, że czasem przez głowę przemknie przeganiana szybko myśl: żeby tylko umiłowanie piękna i pogoń za marzeniami nie przegrały z umiłowaniem brzęczącej monety i pogonią za zyskiem, jak to przytrafiło się siedemnastowiecznym Holendrom, którzy licytując cebulki, nigdy nie oglądali tulipanów…


Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za artykuły publikowane na blogach. Opinie wyrażane w tekstach są osobistymi ocenami autorów.
 
  Publikowanie tekstów oraz zdjęć z portalu polskiearaby.com na innych witrynach wymaga każdorazowo pisemnej zgody wydawcy portalu.  
 
   
  --