Poniedziałek . 26.10.2020 . 10:57
   
 
 
 
  Polskie Araby

Strona główna

 
 
facebook
polskiearaby.com
--
--
--
--
--
Kontakt
Wydawca:
Mateusz Jaworski
redakcja@polskiearaby.com
Opinie wyrażane w tekstach publikowanych w portalu polskiearaby.com są osobistymi ocenami autorów.
Dział techniczny:
webmaster@polskiearaby.com
Reklama:
reklama@polskiearaby.com
nasz cennik
--
 
 
Mętne wody
Beata Kumanek | 20.10.2020 | Comments Off

W świecie idealnym, człowiek piastujący funkcję publiczną jest poza wszelkim podejrzeniem, jak żona Cezara. W świecie realnym, to często człowiek łowiący ryby w mętnej wodzie. Mimo tej prawdy trudno zrozumieć, jak osoba działająca przez lata jako lobbysta wbrew interesowi Skarbu Państwa, zdołała osiągnąć taką pozycję w ramach struktur tegoż państwa. Mowa oczywiście o Tomaszu Chalimoniuku, prezesie PKWK oraz pełnomocniku ministra rolnictwa ds. hodowli koni.

W 2002 roku jako lobbysta i członek zarządu spółki PSG wykorzystał swe kontakty z prominentnymi politykami SLD, Jerzym Jaskiernią i Józefem Oleksym by doprowadzić do legalizacji wideoloterii oraz automatów do gry na małe kwoty. Przypomnijmy, że na początku lat 2000, amerykańska spółka PSG wsparła finansowo Polski Monopol Loteryjny (PML), będący na krawędzi bankructwa. Po bankructwie samej spółki PSG, nowym partnerem PML stał się grecki Intralot, jedna z największych na świecie firm loteryjnych. Wedle doniesień prasowych, Intralot był powiązany z kapitałem rosyjskim niewiadomego pochodzenia. Firmy PSK oraz Intralot łączyła jedna osoba: reprezentujący interesy najpierw jednej, potem drugiej spółki lobbysta Tomasz Chalimoniuk.

W 2005 roku kontrolerzy NIK zarzucili władzom PML m.in. zawieranie niekorzystnych dla firmy umów w PSG i Intralotem. Umowy te umożliwiły Intralotowi wykorzystywanie PML jako fasady pozwalającej działać w segmencie gier hazardowych zarezerwowanych dla monopolu państwa. Działalność Tomasza Chalimoniuka w sferze hazardu to temat na odrębną pracę. Dość powiedzieć, że opublikowana w styczniu 2019 roku przez portal „Interplay” lista 40 najważniejszych osób związanych z branżą hazardową za rok 2018 wymieniała Tomasza Chalimoniuka na 28 pozycji. Z pewnością zasłużył sobie na takie miejsce jako współwłaściciel spółki E-Toto Zakłady Bukmacherskie i wieloletni prezes spółki Totolotek (państwowa spółka Totolotek utraciła prawo do nazwy na rzecz zagranicznego operatora reprezentowanego przez Tomasza Chalimoniuka). Pewnym jest, iż to właśnie działalność w sferze hazardu otworzyła Tomaszowi Chalimoniukowi drogę do stanowiska prezesa PKWK.

Kto wie, czy sugerowane powiązania Intralotu z rosyjskim kapitałem niewiadomego pochodzenia nie ułatwiły w późniejszym czasie Spółce TTComm Tomasza Chalimoniuka zawarcia transakcji dzierżawy łącz satelity należącego do Gazpromu celem zapewnienia łączności satelitarnej dla polskiego kontyngentu w Afganistanie. Można też domniemywać z dużą dozą prawdopodobieństwa, iż podczas realizowania przez Spółkę TTComm swoich zadań w Afganistanie, Tomasz Chalimoniuk skrzyżował swe drogi z generałem Mieczysławem Bieńkiem, laureatem Gwiazdy Afganistanu i doradcą Ministra Obrony Afganistanu od stycznia do lipca 2007. Co ciekawe, już po zakończeniu w 2014 roku służby w siłach zbrojnych RP, generał Mieczysław Bieniek zasilił skład Polsko-Saudyjskiej Rady Biznesu jako specjalista od bezpieczeństwa narodowego i strategii wojskowej. W Radzie tej zasiadał wraz ze znanym nam skądinąd Markiem Gawlikiem prezentowanym jako osoba m.in. z doświadczeniem budowlanym i Piotrem Gierałtowskim, znanym architektem. Marek Gawlik, późniejszy p.o. prezesa SK Janów Podlaski od kwietnia do września 2020 roku, został według słów samego Tomasza Chalimoniuka polecony mu na to stanowisko przez wspólnego znajomego. Układanka robi się coraz ciekawsza zważywszy, iż wśród Saudyjczyków powiązanych z Polsko-Saudyjską Radą Biznesu przewijało się też nazwisko Altamimi. Skąd my je znamy?

Do PKWK Tomasz Chalimoniuk wszedł jako człowiek związany z branżą hazardową i deweloperską, prowadząc równolegle kilka firm, których był właścicielem. Potwierdzają to zapisy w KRS skąd dowiadujemy się m.in., iż do lutego 2018 roku występował jako prezes zarządu spółki TTComm. Fakt ten stanowi naruszenie Art.9 ust.2 ustawy o wyścigach konnych, gdzie wprost zakazuje się łączenia funkcji Prezesa PKWK z wykonywaniem innych zajęć zarobkowych. Ponadto, silne związki Tomasza Chalimoniuka z branżą deweloperską, przy nieustających działaniach lobbystycznych mających na celu przejęcie terenu Torów Wyścigów Konnych na Służewcu na cele inne niż hodowla koni, dyskwalifikują Tomasza Chalimoniuka jako Prezesa PKWK. Warto zauważyć, jak manipulował faktami ex minister Ardanowski by chronić swego protegowanego. Otóż w skierowanej w dniu 05 sierpnia 2020 r. do Marszałek Sejmu Elżbiety Witek odpowiedzi na interpelację nr 8760 posła Jarosława Sachajki, Ardanowski powołuje się na zapisy Art.1 oraz Art. 2 ustawy z dnia 21 sierpnia 1997 o ograniczeniu prowadzenia działalności gospodarczej przez osoby pełniące funkcje publiczne. Ustawa ta określa katalog osób, których dotyczą przepisy tej ustawy, a stanowisko Prezesa PKWK oraz pełnomocnika Ministra Rolnictwa i Rozwoju Wsi nie są ujęte w tym katalogu. Pan ex minister łaskawie dla swego protegowanego zapomniał, iż prezes PKWK podlega zapisom Art. 9 ust. 2 ustawy o wyścigach konnych. Fakty są takie, iż Tomasz Chalimoniuk naruszył zapisy tej ustawy, co poddaje w wątpliwość dalsze jego zasiadanie na obecnie piastowanym stanowisku.

W roli zarówno Prezesa PKWK jak i pełnomocnika ministra ds. hodowli koni Tomasz Chalimoniuk zawiódł w realizacji fundamentalnego celu przypisanego tym funkcjom, a mianowicie dbałości o rozwój polskiej hodowli m.in. koni pełnej krwi angielskiej. Można wręcz zaryzykować twierdzenie, iż Tomasza Chalimoniuka obciąża grzech zaniechania spraw dotyczących polskiej hodowli koni tej rasy w państwowej hodowli. Tomasz Chalimoniuk jako prezes PKWK aktywnie wspiera dopuszczenie dominacji na polskich torach wyścigowych koni hodowli zagranicznej, czym zyskał sobie poparcie sporej grupy trenerów wyścigowych. Jego działania udowadniają, że nie jest zainteresowany popieraniem polskiej hodowli, do czego prezes PKWK jest ustawowo zobowiązany. Działania, czy też zaniechania Tomasza Chalimoniuka doprowadziły do tego, że ponad 70% koni na polskich torach wyścigowych to konie hodowli zagranicznej. Sprawia to, że pieniądze z budżetu Skarbu Państwa przeznaczane na nagrody dla koni tak naprawdę wspierają hodowlę zagraniczną, a nie polską.

Dzięki swojemu mentorowi Ardanowskiemu, Tomasz Chalimoniuk zyskał również całkowitą kontrolę nad państwowymi stadninami koni arabskich. Nikt inny, tylko właśnie on, współpracując z Anną Stojanowską, są sprawcami obecnego kryzysu wizerunkowego polskiego konia arabskiego i tworzenia wokół państwowej hodowli złej atmosfery, co niewątpliwie przełożyło się na spadek cen polskich koni arabskich, również tych z hodowli prywatnych. Minister Krzysztof Jurgiel odwołując „wielką trójcę” z ich stanowisk naruszył sieć międzynarodowych interesów i powiązań, która to sieć czerpała krociowe i nieograniczone zyski z państwowej hodowli koni arabskich przy współpracy odwołanych oraz przy świadomej akceptacji urzędników nadzoru ANR. Minister Jurgiel rozbił układ „grupy trzymającej władzę”. W Ministra Jurgiela uderzono więc międzynarodowym atakiem medialnym za pieniądze zagranicznych podmiotów, które straciły na ukróceniu przez ministra Jurgiela wszechwładzy „wielkiej trójcy”. Jest tajemnicą poliszynela, że za Anną Stojanowską stoi potężna machina PR, którą wykorzystuje od 2016 roku by na arenie międzynarodowej niszczyć wizerunek państwowych stadnin koni arabskich, ale również i wizerunek naszego państwa. Taką to osobę Tomasz Chalimoniuk wybrał na swoją prawą rękę przy zabiegach o wpływy w PSK, otwarcie współpracując z nią od 2018 roku. Wiadomo również, że dla Anny Stojanowskiej liczy się tylko jeden ród męski: Saklawi I. Jej dalsza rola jako doradcy hodowlanego de facto stanowiłaby gwóźdź do trumny dla utrzymywanej jeszcze w stadninach puli genowej polskiego konia arabskiego. W tym miejscu trzeba też przywołać pewną okoliczność. Otóż we wrześniu 2016 roku Tomasz Chalimoniuk prowadził działalność gospodarczą polegającą na zakupie i sprzedaży koni, osiągając zyski z tej działalności. Potwierdzające ten fakt faktury są posiadaniu Prokuratury Rejonowej w Lublinie. Skłania to do podejrzeń, że „zarządzając” państwowymi stadninami koni arabskich Tomasz Chalimoniuk był nie do końca bezinteresowny.

Istnieją poważne przesłanki by stwierdzić, iż wraz z Anną Stojanowską, Tomasz Chalimoniuk stał za zorganizowanym atakiem medialnym na Pride of Poland 2018, by zdyskredytować zarówno SK Janów Podlaski oraz SK Michałów, zaś przede wszystkim doprowadzić do odwołania z Michałowa Macieja Grzechnika. Trudno powiedzieć, które agencje PR wspomagały to dzieło. Pewne jest to, iż agencje te nie robiły tego za darmo, przy okazji obrzucając błotem władzę, która wyniosła Tomasza Chalimoniuka do zajmowanej przez niego pozycji. Ciekawe, za czyje pieniądze? Wierzyć się nie chce, że ex minister rolnictwa z ramienia Zjednoczonej Prawicy nie tylko tolerował, lecz wręcz promował osobę Tomasza Chalimoniuka, człowieka otwarcie sprzyjającego środowisku opozycji oraz ludziom jawnie działającym przeciwko rządowi. Wszystkim znana jest bliska znajomość Chalimoniuka z posłem PO Szczerbą, a poprzez kontakty nowego członka Rady PKWK J. Sawki z posłankami Niedzielą i Kluzik Rostkowską. Czy może więc dziwić, że to właśnie te posłanki stały za majową hucpą, której celem nie była wcale troska o janowskie konie i krowy, lecz chęć wspomożenia kolegi Chalimoniuka i koleżanki Stojanowskiej by uwiarygodnić nowego p.o. SK Janów Podlaski z nadania Chalimoniuka, Marka Gawlika. Któż był owym znajomym, który polecił Gawlika Chalimoniukowi? Proszę zgadywać. Dodam jedynie, że Polsko-Saudyjska Rada Biznesu również zajmuje się działaniami w przestrzeni medialnej. Lektura takich mediów związanych z opozycją jak TVN, RMF, ONET i Gazeta Wyborcza gwarantują nam tragiczny ogląd państwowej hodowli koni arabskich. Kto za tym stoi? Wszyscy wiemy. Umocowany przez ministra jako jego pełnomocnik ds. hodowli koni Tomasz Chalimoniuk poczuł się tak pewnie w siodle, że bez najmniejszej żenady zaczął wprowadzać do PSK swoich ludzi, w tym do Janowa Annę Stojanowską i Marka Gawlika, zaś ludzie ci jawnie wspierają opozycję, choć Marek Gawlik wypiera się swoich związków z PO. Już w roli doradcy Gawlika, tj. w maju 2020 Anna Stojanowska dopuściła się wywiadu dla brytyjskiego tytułu, gdzie jawnie szkalowała państwowe stadniny koni oznajmiając, iż są już zniszczone i do Polski nie ma już po co przyjeżdżać. Mało tego, Stojanowska stale współpracuje z posłami PO, również znajomymi Chalimoniuka, by organizować w mediach nagonki na stadniny. Jak nazwać to inaczej niż świadome działanie na szkodę PSK? W co więc gra Tomasz Chalimoniuk? Coż stałoby się, gdyby Tomasz Chalimoniuk został szefem połączonych stadnin koni arabskich? Taki był jego plan. A cóż miała oznaczać deklaracja Marka Gawlika w mediach przed aukcją Pride of Poland, iż jest gotowy pełnić funkcję prezesa SK Janów Podlaski społecznie? Mocno dziwna deklaracja, o której wyjaśnienie zwróciłam się do KOWR oficjalnym pismem. Odesłano mnie z powrotem do Gawlika. W co grał więc Marek Gawlik? Czyż nie jest tak, że wszystkie te działania miały na celu ponowne przejęcie stadnin w „ajencję?”

Patrząc na znajomych biznesowych Tomasza Chalimoniuka nie może dziwić fakt, iż jednym z jego sojuszników na niwie medialnej stał się Marek Szewczyk, powiązany rodzinnie z komunistyczną bezpieką i Stowarzyszeniem Dziennikarzy PRL, teraz otwarcie zwalczający obecny rząd wraz z PiS. Przyjaźń obu panów przejawia się w ten sposób, że Marek Szewczyk publikuje na swoim blogu materiały życzliwe w swej wymowie dla Prezesa PKWK, ten zaś odwdzięcza się lukratywnymi zleceniami płaconymi z kasy PKWK. Powierzenie Szewczykowi przez Chalimoniuka roli współprowadzącego Narodowy Pokaz Koni Arabskich w sierpniu 2020 roku zakończyło się kompromitacją dla obydwu panów. Marek Szewczyk na żywo obnażył przed wszystkimi swoją całkowitą niewiedzę na temat koni arabskich, ergo Chalimoniuk zatrudnił osobę o wątpliwej fachowości. Żeby było mało, Szewczyk stał się bohaterem znanego wszem i wobec skandalu polegającego na pobiciu przez osobę oficjalną gościa imprezy. Szewczyk zamienił tytuły gazet z sukcesu w Janowie na bójkę w Janowie. Ale nic to. Podczas ostatniej imprezy pod egidą ministra Ardanowskiego i jego faworyta, czyli Warsaw Jumping, jednym z komentatorów był kto? Marek Szewczyk, a jakże.

Koneksje Tomasza Chalimoniuka są mocno niejasne i mętne, jego interesy z wykorzystaniem piastowanych funkcji państwowych są również mocno niejasne i mętne. Jasne i klarowne jest natomiast to, że Tomasz Chalimoniuk zamiast działać na rzecz polskiej hodowli koni pełnej krwi angielskiej i czystej krwi arabskiej tylko tej hodowli zaszkodził. Inną niewybaczalną cechą Tomasza Chalimoniuka okazał się fundamentalny brak lojalności wobec obozu politycznego, który reprezentuje. Trzeba sobie jasno powiedzieć, że każdorazowo uderzając w stadniny, Chalimoniuk i Stojanowska uderzali również w obóz polityczny ministra Ardanowskiego, powodując niepowetowane straty nie tylko dla wizerunku i interesu ekonomicznego PSK, lecz niszcząc również wizerunek polityczny tego kręgu władzy, który wyniósł Chalimoniuka do jego obecnej pozycji. W tej sytuacji na skandal zakrawa fakt dalszego utrzymywania Tomasza Chalimoniuka na stanowiskach prezesa PKWK oraz ministerialnego pełnomocnika ds. hodowli koni. Zapewne prędzej niż później dowiemy się o tym, że transakcja aukcyjna Perfinki nie doszła do skutku. Za sprawą dziwnych posunięć Tomasza Chalimoniuka, zarówno pozycja aukcji Pride of Poland jak i pozycja samej klaczy Perfinka zostały mocno nadszarpnięte. Miejmy nadzieję, że ta sprawa przypieczętuje upadek Tomasza Chalimoniuka jako urzędnika państwowego wysokiego szczebla. Swoją drogą, ciekawe czy rybkom w mętnej wodzie Chalimoniuka smakuje karma spółki Bestfeed? Musi być dobra, skoro reklamują tę karmę banery na Służewcu.


Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za artykuły publikowane na blogach. Opinie wyrażane w tekstach są osobistymi ocenami autorów.
Wierzę w przeczucie
Hanna Sztuka | 06.10.2020 | Comments Off

Hodowla koni to wspaniała dziedzina, która zajmującym się nią ludziom przynosi niekiedy, obok przyjemności i satysfakcji, także wymierne hodowlane sukcesy. O źródłach tych sukcesów często rozpisują się osoby, które nigdy swych przekonań nie skonfrontowały z praktyką. Będąc od wielu lat praktykiem (i hodowcą co najmniej kilku ciekawych koni), zawsze zastanawiałam się nad ulotnym elementem pracy hodowlanej, jakim jest przeczucie czy też intuicja w podejmowaniu hodowlanych decyzji.

Roman Pankiewicz we wspomnieniach pisał, że jeśli człowiek nie potrafi ocenić oglądanego konia od pierwszego spojrzenia, to go nie oceni, chodząc wiele razy wokół niego. „Ja to właśnie nazywam przeczuciem” - konstatował. Według najnowszych badań naukowych, przeczucia nie są wynikiem tajemnych mocy czy urojeń. To mózg - czerpiący ze wszystkich przeszłych doświadczeń oraz zewnętrznych sygnałów, które kiedykolwiek odebraliśmy, nie zdając sobie nawet z tego sprawy - po przeanalizowaniu wszystkich zgromadzonych wydarzeń, książek, tekstów, obrazów, emocji i zapomnianych pozornie wiadomości, wysyła do nas informację w postaci przeczucia. Im jesteśmy starsi, im więcej doświadczyliśmy, tym bardziej możemy polegać na naszych przeczuciach. Pankiewicz wspominał: “Miałem w życiu wiele takich przypadków. A oto niektóre z nich: Gastronomia 1946 - założycielka bardzo cennej rodziny; Rasima 1943, której wnuczka Złota Iwa 1958 okazała się doskonałą matką; Elza 1942 - jej córki znacząco wpłynęły na hodowlę”.

Każdy hodowca ma prawo do własnych koncepcji hodowlanych. W realizacji tych założeń wiedza i doświadczenie pomagają zawsze. Przeczucie (lub inaczej intuicja) czasem pomaga, a czasem prowadzi na manowce. Napisałam kiedyś tekst zatytułowany “Doświadczenie nie jest ubogim krewnym wiedzy”. Powstał po jednym z jesiennych przeglądów hodowlanych w stadninach. Po obejrzeniu nieomal ośmiuset koni arabskich w stadninach państwowych w przeciągu trzech dni, a przy tym mając w pamięci konie hodowli prywatnej polskiej i zagranicznej, które obejrzałam w ciągu roku, zyskałam pewność, że mam obraz całości stanu krajowej hodowli koni arabskich. Istnieje bowiem bardzo silny związek pomiędzy stałym, regularnym oglądaniem koni, w celu oceny potomstwa oraz rozwoju kariery stadnej klaczy, a decyzjami o użyciu bądź wykluczeniu z użycia poszczególnych ogierów. W hodowli państwowej szansa użycia jednego ogiera na stosunkowo dużej stawce klaczy pozwala dość precyzyjnie określić jego możliwości, lub czasem ich brak. Hodowcy prywatni mogą z kolei dokonywać oceny koni z hodowli państwowej na corocznych przeglądach hodowlanych, z czego czasem korzystają.

Tak, każdy hodowca ma swoje koncepcje hodowlane. Ma też prawo do eksperymentów, które bywają wynikiem przeczucia. Na przykład Stanisław Pohoski, któremu współcześni zarzucali brak wiedzy i doświadczenia w hodowli, kierując się własnym osądem i przeczuciem, wysłał janowską klacz Dziwa 1922 do Gumnisk do stanówki Kuhailanem Haifi 1923 or.ar. Trudno sobie wyobrazić dzisiejszą światową hodowlę bez efektu tej decyzji, czyli janowskiego Ofira 1933 (Kuhailan Haifi or.ar. - Dziwa/Abu Mlech). Pohoski intuicyjnie zbierał także w Janowie córki i wnuczki Gazelli II 1914.  Dzięki temu to właśnie klacze z tej rodziny: Elegantka 1923, Fryga II 1924, Jaskółka II 1928, Makata 1931, Taraszcza 1937 i Ofirka 1939 tak wybitnie zasłużyły się w polskiej hodowli. Zapewne kierując się przeczuciem, Adam Sosnowski zaproponował Ignacemu Jaworowskiemu sprowadzenie Probata 1975 zamiast jego ojca Pohańca 1965, kiedy wspólnie pracowali nad przywróceniem w polskiej hodowli rodu męskiego Kuhailan Afas or.ar. 1930. Podobne przeczucie towarzyszyło Ignacemu Jaworowskiemu, kiedy zdecydował się na sprowadzenie Monogramma 1985, prawnuka janowskiego Ofira 1933. Ignacy Jaworowski opowiadał mi, że kiedy zobaczył Monogramma w ruchu, ten koń go zachwycił. Od dawna szukał wnuka Baska 1956, eksperymentował z wnukami janowskiej Mammony (Menes 1977, Balaton 1982, Mamluk 1970), ale to właśnie przeczucie, którego doznał, widząc Monogramma na ringu w Scottsdale, zadecydowało o wyborze. Dziś nikt już nie pamięta, jak wielka była krytyka wobec tego ogiera w Polsce i jak wyraźna niechęć innego wybitnego hodowcy, Andrzeja Krzyształowicza, który był przeciwny użyciu Monogramma w Janowie, pomimo że ogier ten niósł krew utraconego rodu Kuhailana Haifi or.ar. i był potomkiem janowskiego Ofira 1933. Kierując się przeczuciem oraz awersją do kasztanów, Krzyształowicz Monogramma nie użył, pomimo wielu sugestii “z góry”, że powinien. Takich uprzedzeń nie miał następca Krzyształowicza, Marek Trela, którego przeczucie nie zmyliło i który z powodzeniem użył w Janowie michałowskich synów Monogramma (Gangesa 1994 i Eksterna 1994), dochowując się po nich stawki znakomitych klaczy.

Niekiedy jednak hodowca przekonany o sile i niezawodności przeczucia, popełnia błędy, kierujące stado na hodowlane manowce. Podczas gdy przeczucie, którego doznał Jaworowski, legło u podstaw epoki Monogramma w Michałowie, takież przeczucie zwiodło jego następcę. Kolejne nietrafione koncepcje hodowlane  (Angor, Galba, Al Maaram, Poganin, Alert, WH Kaneko, Piruet, Pegasus oraz cały tzw. michałowski program wyścigowy) bywały przysłonięte przez jedną wybitną klacz w roczniku, która zdobywała medale. W roku 2011 Roman Pankiewicz tak komentował wyniki czempionatu, odnosząc się do hodowli michałowskiej: “Jeśli 19-letnia klacz jest Best In Show, to gdzie jest 18 roczników? To nie jest rok czy dwa, ale ciągnie się latami”. Następne lata nie przyniosły poprawy, gdyż podobna sytuacja zdarzyła się w roku 2017, kiedy to 23-letnia “monogrammka” Zagrobla pokonała w czempionacie klacze z młodszych roczników, w tym własną córkę i tegoroczną “aukcyjną milionerkę” Perfinkę, zdobywając srebro. Przez wiele lat to odziedziczone po poprzedniku “monogrammki” przykrywały nieudane roczniki. Dopiero rok 2020 przyniósł odwrócenie tej tendencji, kiedy to michałowski roczniak zdobył tytuł Best in Show.

Pamiętam rozmowę z emerytowanym już Ignacym Jaworowskim na temat użycia janowskiego Angora 1992 w Michałowie. W jego opinii Angor nie pasował do stada i nie było podstaw, by oczekiwać sukcesu. Wówczas było to dla mnie ważne, ponieważ naciskano na mnie, bym użyła tego ogiera do stada, którym wówczas kierowałam, choć też uważałam, że zdecydowanie tam nie pasował. Oczywiście efekty użycia  Angora 1992 w Michałowie były bardzo słabe i nic wartościowego w hodowli nie pozostało. Z kolei na temat użycia Galby Roman Pankiewicz miał opinię jednoznaczną. “Pani Iza dużo dobrego zrobiła dla hodowli arabskiej, ale mogłaby zrobić więcej. Czy ona nie widzi obecnej sytuacji? Sprowadza się takiego Galbę. Po co, się pytam?”. I tym razem przeczucie nie zawiodło Romana Pankiewicza.

Hodowla koni arabskich wymyka się nieco regułom naukowym, które znacznie lepiej sprawdzają się w hodowli koni pełnej krwi czy półkrwi. Dlaczego tak się dzieje, nie wie do końca żaden mądry naukowiec, ale doświadczeni hodowcy arabów to potwierdzą: przeczucie odgrywa dużą, a czasem decydującą rolę w wyborze ogiera dla klaczy. Dopiero potem jest studiowanie rodowodu i inne analizy. “Każdy hodowca spotyka w swej pracy różne dylematy, za rozwiązanie których często się go potem krytykuje. Ale krytykować jest najłatwiej, zwłaszcza tym, którzy w życiu nie spotkali się z podobnymi dylematami i nie mają o nich pojęcia” (R. Pankiewicz).

 


Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za artykuły publikowane na blogach. Opinie wyrażane w tekstach są osobistymi ocenami autorów.
Tomasza Chalimoniuka wzloty i upadki

Zanim komukolwiek się przyśniło, że Tomasz Chalimoniuk zostanie szarą eminencją państwowej hodowli koni arabskich w Polsce, miał on już za sobą bogatą karierę biznesmena. Liczba spółek, których był pełnomocnikiem lub współwłaścicielem jest imponująca. Równie imponująca jest różnorodność przedmiotu działania tych spółek, od gier losowych poprzez działalność deweloperską, łączność satelitarną, usługi dentystyczne, usługi motoryzacyjne, konsulting, czy też produkcję karm dla rybek. Jego działalność biznesowa jest znana od 2002 roku, kiedy to został wspólnikiem niejakiego McKenzie oraz prokurentem w spółce PGS zajmującej się grami liczbowymi.

Tomasz Chalimoniuk zyskał większy format jako prezes Spółki TTComm, działającej w obszarze usług telekomunikacyjnych i satelitarnych. Spółka ta posiadała koncesję MSWiA na obrót wyrobami i technologią o przeznaczeniu wojskowym i policyjnym, oferując rozwiązania dla zagranicznych misji wojskowych. Można mniemać, iż wpływy, wartościowe kontakty oraz wejście na salony rządowe zyskał dzięki wygraniu przetargu na zapewnienie łączności satelitarnej dla polskiego kontyngentu w Afganistanie. By zrealizować to zadanie, Spółka dzierżawiła łącza satelity należącego do Gazpromu. W 2015 roku ówczesny prezes Zarządu TTComm S.A. Tomasz Chalimoniuk był nawet organizatorem międzynarodowej konferencji „Przemysł kosmiczny – wyzwania i możliwości dla Polski”.

Tak oto Tomasz Chalimoniuk wypłynął na szersze wody biznesu. Został wspólnikiem Przemysława Krycha, z którym założyli Spółkę E-Toto Zakłady Buchmacherskie Sp. z o.o., a raczej Prokurentem tej spółki. Formalnie wspólnikami były żony obydwu panów, podczas gdy sam Przemysław Krych występował jako członek organu nadzoru, podobnie jak Agnieszka Iżewska, obecnie prawa ręka Tomasza Chalimoniuka w PKWK. Przemysław Krych stał się znany jako późniejszy założyciel Spółki Griffin Real Estate, zyskując miano człowieka, który „wykupuje miasta”. Tomasz Chalimoniuk był również wieloletnim prezesem spółki Totolotek, należącej do greckiego giganta Intralot, jednej z największej firm hazardowych na świecie. W 2015 roku chodziły słuchy o zainteresowaniu się przez jakiegoś handlarza nieruchomościami terenem Zespołu Torów Wyścigów Konnych na Służewcu. Można się tylko domyślać, kim był ów handlarz. Wcześniej jednak, bo w 2008 roku, ówczesny prezes PKWK podpisał ze Spółką Totalizator Sportowy umowę na 30-letnią dzierżawę Toru Wyścigów Konnych zawierającą aneks zezwalający dzierżawcy na wybudowanie na torze obiektów biurowych, hotelowych, handlowych lub innych o komercyjnym charakterze.

Swoje umiejętności skutecznego prowadzenia intryg Tomasz Chalimoniuk zademonstrował w 2015 roku przy okazji obejmowania funkcji p.o. prezesa PKWK. Wykorzystał piastowane wówczas stanowisko Przewodniczącego Rady PKWK (w Radzie zasiadał z rekomendacji Totalizatora Sportowego), składając wniosek o odwołanie z funkcji prezes Agnieszki Marczak, cenionej w środowisku hodowców koni pełnej krwi, a następnie ogłaszając konkurs na prezesa, łamiąc przy okazji wszelkie obowiązujące procedury. Tomasz Chalimoniuk pokazał, iż gra fair play to nie jego bajka. Najważniejsze, że cel został osiągnięty. Minister Jurgiel powołał Tomasza Chalimoniuka na p.o. prezesa PKWK, wcześniej odwołując Agnieszkę Marczak z funkcji prezes PKWK. Tak oto wskutek swoistego „puczu” Tomasz Chalimoniuk stanął na czele PKWK jako człowiek o licznych, nie do końca jasnych powiązaniach biznesowych, obejmujących m.in. branżę deweloperską. Sam zresztą odziedziczył po ojcu firmę deweloperską SATO. To ważna konstatacja, gdyż teren Toru Wyścigów Konnych na Służewcu jest wciąż łakomym kąskiem dla deweloperów. Ponadto, swoją funkcję w PKWK Tomasz Chalimoniuk pełnił i pełni prowadząc równolegle kilka firm, których jest właścicielem. Jak znawcy tematu skomentowali podówczas nominację Chalimoniuka na p.o. prezesa PKWK? Komentarz był taki, że wszechstronne zainteresowania i kwalifikacje Tomasza Chalimoniuka nie tylko nie mają nic wspólnego z końmi, ale stanowią wręcz zagrożenie dla spraw hodowli i selekcji. Nic dodać, nic ująć.

Działalność biznesową Tomasza Chalimoniuka wyróżniają dwie cechy: duża dywersyfikacja oraz dbałość o interes własny, nie zapominając też o interesie swego kręgu rodzinno-towarzyskiego. Taki bagaż daje mu poczucie, iż zna się na wszystkim, lecz zaburza ocenę, gdzie kończy się interes publiczny a zaczyna prywata.

Dla Tomasza Chalimoniuka nowe otwarcie nastało z chwilą odejścia Krzysztofa Jurgiela z rządu i mianowaniem Jana Krzysztofa Ardanowskiego na ministra Rolnictwa i Rozwoju Wsi z dniem 30.06.2018. Nie znam wcześniejszych powiązań obydwu panów. Pewne jest to, iż od pierwszego dnia urzędowania Tomasz Chalimoniuk stał się faworytem ministra Ardanowskiego. Odtąd Tomasz Chalimoniuk dysponował ministerialnym carte blanche na podejmowane przez siebie działania obliczone na całkowite przejęcie wpływów w państwowej hodowli koni arabskich.

Odchodzący Krzysztof Jurgiel zapisał się w historii państwowej hodowli koni arabskich jako ten minister, który miał odwagę odwołać ze stanowisk prezesów stadnin Marka Trelę, Jerzego Białoboka oraz nadzorującą stadniny ze strony ANR Annę Stojanowską. Miał do tego prawo i uczynił to z ważnych powodów. Otóż NIK, nadzór właścicielski oraz organy ścigania stwierdziły szereg nieprawidłowości w Janowie i Michałowie. W Janowie stwierdzono m.in., iż część zawieranych umów była dla stadniny niekorzystna, strona internetowa stadniny znajdowała się na prywatnym serwerze, istniały nieprawidłowości w umowie najmu między spółką a prezesem, jak również nieprawidłowości w stosowaniu stawek i nieregulowanie należności za hotelowanie koni. Ponadto, bez umów udostępniano lokale osobom postronnym, itd. itp. Zarzuty te potwierdziły się w całej rozciągłości podczas audytu przeprowadzonego przez firmę BDO w 2016 roku. Minister Jurgiel naruszył jednak potężne interesy osób czerpiących korzyści z istniejącego dotąd układu firmowanego przez „wielką trójkę”. Odwołanie Treli, Białoboka i Stojanowskiej nie mogło ujść bezkarnie. W reakcji na decyzję ministra Jurgiela uruchomiono w skali krajowej i międzynarodowej potężny aparat propagandowy, który swoją szeroko zakrojoną i dokładnie przemyślaną kampanią z użyciem czarnego PR doprowadził do odejścia Jurgiela ze stanowiska.

Wejście Jana Krzysztofa Ardanowskiego do rządu otworzyło Tomaszowi Chalimoniukowi drogę do założonego przez niego celu, czyli objęcia pełni władzy nad państwowymi stadninami koni arabskich. Powszechnie krytykowana decyzja o tym, by Narodowy Pokaz Koni Arabskich anno domini 2018 przeprowadzić na Służewcu, zaś jego organizację powierzyć PKWK była dla Tomasza Chalimoniuka darem z nieba. Z tą chwilą de facto stał się szarą eminencją sprawującą kontrolę nad wszystkimi decyzjami dotyczącymi państwowych stadnin koni arabskich. Należy jednak podkreślić, iż ten chytry plan nie był jego autorskim dziełem. Tomasz Chalimoniuk, Marek Trela i Jerzy Białobok znali się dobrze z pracy w IV kadencji Rady PKWK, kiedy to Tomasz Chalimoniuk był jej przewodniczącym. Cała ta ekipa szybko przystąpiła do działania, mając za sobą poparcie ministra Ardanowskiego. Chodziło więc nie tylko o władzę dla Chalimoniuka, lecz także o przywrócenie Stojanowskiej, Białoboka i Treli do wpływów w państwowej hodowli koni arabskich.

Narodowy Pokaz Koni Arabskich 2018 zakończył się niespodziewanym i bezprecedensowym wystąpieniem Jana Krzysztofa Ardanowskiego, w którym przeprosił „wielką trójkę” za podjęte wobec nich przez Krzysztofa Jurgiela działania. W świetle jupiterów Ardanowski ogłosił, iż oto tworzy wąską radę ds. hodowli koni, powołując do niej Tomasza Chalimoniuka, Annę Stojanowską i Jerzego Białoboka. Tak oto zmaterializował się pierwszy element planu przywracania starej ekipy do wpływów.

W tym miejscu trzeba sobie jasno powiedzieć, że swoim wystąpieniem minister Ardanowski zrehabilitował ludzi, wobec których cały czas istniały i nadal istnieją poważne zarzuty o niegospodarność. Ponadto, grupa ta wykorzystała do cna wszystkie swoje możliwości, by uskuteczniać bojkot kolejnych po 2015 aukcji koni arabskich, z egoistycznych pobudek szkodząc świadomie państwowej hodowli koni arabskich.

Nowy sojusz scementowany bezwarunkowym poparciem nowego ministra szybko pokazał swoje prawdziwe oblicze. Wskutek zorganizowanej akcji bojkotu, czarnego PR i spolegliwych mediów oraz pewnych zakulisowych intryg, które zapewne kiedyś ujrzą światło dzienne, aukcja Pride of Poland 2018 zakończyła się klęską. Była to klęska sprzedażowa i klęska wizerunkowa. Dodajmy, iż organizatorem tej aukcji była SK Michałów wraz z jej prezesem Maciejem Grzechnikiem. Oprawa tejże aukcji była nieprawdopodobnie oryginalna i piękna, oferowane konie z najwyższej półki, a organizacja bez zarzutu. Ale to nie miało znaczenia. Interes państwowej hodowli koni arabskich oraz interes stadnin nie miały znaczenia. Chodziło o wendettę na Macieju Grzechniku i Hannie Sztuce. W zawartym sojuszu Chalimoniukowi chodziło tylko o władzę, zaś pozostałym jego uczestnikom chodziło również o osobistą zemstę. Anna Stojanowska z lubością mogła teraz opowiadać w mediach o tym, jakie „dno” osiągnęła aukcja Pride of Poland. Tymczasem Jan Krzysztof Ardanowski, wspierający Tomasza Chalimoniuka, w świetle kamer TVN ogłosił odwołanie Macieja Grzechnika z funkcji prezesa SK Michałów. Na jego miejsce namaszczona została Monika Słowik. Ta sama Monika Słowik, która zasiadała wraz z Chalimoniukiem w Radzie PKWK i pomogła mu w intrydze skierowanej przeciw Agnieszce Marczak z PKWK. Trzeba więc przyznać, że Tomasz Chalimoniuk umiał odwdzięczyć się za okazywane mu poparcie. Przejęcie w SK Michałów sterów przez Monikę Słowik przyniosło sojuszowi kilka korzyści. Sam Tomasz Chalimoniuk zaczął pomału wkradać się w łaski „influencerów” stojących murem za odwołaną „trójcą”, zaś Jerzy Białobok nie tylko odzyskał kontrolę nad SK Michałów (wszak Monika Słowik była mu całkowicie podporządkowana), lecz zdołał odsunąć tych, którzy grzebali w dokumentacji SK Michałów dowodzącej różnorakich nieprawidłowości w zawieranych przez Białoboka umowach dzierżaw, nie wspominając o sugerowanych manipulacjach obejmujących transakcje aukcyjne na „rekordowe” kwoty, by nie wspomnieć o „ustawionej” jakoby licytacji klaczy Ejrene na Pride of Poland 2014. Z tego co wiem, ta sprawa wciąż nie została ostatecznie wyjaśniona.

Powołana przez ministra Ardanowskiego Rada ds. hodowli koni z udziałem Chalimoniuka, Stojanowskiej i Białoboka zebrała się ledwie kilka razy. Jej powołanie nie miało wcale na celu opracowywania programów hodowlanych, czy też programów rozwoju lub wizji funkcjonowania i finansowania PSK. Chodziło tylko o wyłącznie o jedno: kolejna aukcja Pride of Poland 2019 miała stać się spektakularnym sukcesem ministra oraz jej organizatora, Tomasza Chalimoniuka. Odtąd było bowiem wiadome, iż to PKWK staje się etatowym organizatorem Pride of Poland. Taki sukces był możliwy tylko pod warunkiem zniesienia istniejącego bojkotu Pride of Poland wśród zagranicznych kupców, a to właśnie Stojanowska i Białobok mieli takie możliwości sprawcze.

Z żalem należy skonstatować, iż Rada całkowicie pominęła już wówczas palące zagadnienia związane z koniecznością takiej zmiany formy prawnej PSK, by mogły uzyskiwać na swoją działalność państwowe dotacje. Formuła działania PSK jako spółek prawa handlowego była z gruntu chybiona. Pamiętajmy, że zadaniem państwowych stadnin koni arabskich w Janowie, Michałowie i Białce było i jest zabezpieczenie materiału genetycznego polskich ogierów i klaczy poprzez utrzymanie w hodowli rodzin i rodów koni arabskich czystej krwi cennych dla polskiej hodowli. Sprzedaż koni musi więc uwzględniać konieczność pozostawienia w hodowli niezbędnej liczby koni reprezentujących krajowe rodziny i rody, mogące uczestniczyć w dalszej reprodukcji i pozwalające na uzyskanie postępu hodowlanego. Nakładane na te stadniny obligo wypracowywania zysku przyniosło taki skutek, iż za rządów w stadninach Treli i Białoboka nastąpiło drastyczne uszczuplenie puli genowej polskiego konia arabskiego. Utrzymywanie obecnej formy własności to de facto działanie na upadek stadnin oraz na utratę posiadanego zasobu genowego. Korzyść z takiego stanu rzeczy miały obce stadniny, latami kupujące w Polsce bezcenne klacze hodowlane wyprzedawane dla zysku. Członkowie Rady nie uznali za stosowne pochylić się nad problemem finansowania PSK, mimo iż problem stawał się coraz bardziej palący.

Rok 2018 SK Janów Podlaski zamknęła stratą w wysokości 3 273 243,96 złotych. Wynik ten był spowodowany spadkiem popytu na konie arabskie czystej krwi oraz stratami wywołanymi przez suszę w 2018 roku. Susza sprawiła, że wobec zmniejszonej produkcji, wyprodukowane zboża i produkty rolnicze musiały zostać przeznaczone na pasze dla utrzymywanych zwierząt, co przełożyło się na brak przychodów z towarowej produkcji roślinnej, a tym samym na wynik finansowy. Jako podmiot powiązany z kapitałem publicznym, spółka nie mogła też korzystać ze środków pomocowych. Cóż z tego? Jerzy Białobok powiedział mi w oczy w Białce 2019 roku, iż jego zdaniem nie ma żadnej konieczności zmiany formy prawnej stadnin ani ich dotowania, gdyż dobre zarządzanie wystarczy. Wtórował tym słowom nie tylko Tomasz Chalimoniuk, ale też cały medialny dwór skupiony wokół „trójcy”. Można było odnieść wrażenie, że interesom tych ludzi sprzyjała w danym momencie sytuacja „im lepiej, tym gorzej”. Z jednej strony, umożliwiała wyprzedaż najcenniejszych koni na rzecz powiązanych z nimi stadnin, z drugiej zaś dawała oręż przeciwko prezesom, a raczej prezesowi spoza kręgu ich wpływów.

Aukcja Pride of Poland 2019 przyniosła oczekiwany sukces sprzedażowy i wizerunkowy. PKWK wraz z SK Janów Podlaski sprostali wyzwaniu organizacyjnemu, zaś do Janowa zjechali bojkotujący od 2016 roku aukcję Pride of Poland Christine Jamar oraz Al Thumama Stud, skądinąd starzy klienci Treli i Białoboka. Przybyły też inne tuzy światowego środowiska arabiarskiego, a gwiazdą aukcji została Galerida. Za 400 tysięcy euro trafiła w ręce Al Thumama Stud. Było pięknie. Minister był szczęśliwy, Tomasz Chalimoniuk odtrąbił sukces imprezy, a dalej miało być tylko lepiej. Jakoś nikomu nie przeszkadzało, iż występując jeszcze w roli członka ministerialnej Rady Jerzy Białobok siedział przy stoliku swojej klientki Christine Jamar, asystując jej przy licytacji, zaś cena zakupu Galeridy dziwnym trafem była znana już wcześniej. W dniu aukcji Pride of Poland 2019, jedząc śniadanie w Zamku Biskupim, usłyszałam od osoby przy moim stoliku, że Galerida zostanie sprzedana za 400 tysięcy euro. Tak też się stało. Wnioski nasuwają się same. Po udanej aukcji Pride of Poland 2019 Rada ds. hodowli przy ministrze Ardanowskim została rozwiązana. Spełniła bowiem swój cel, czyli aukcyjny sukces.

Sukces sukcesem, rada radą, cały czas nierozwiązany pozostawał problem takiej zmiany formuły funkcjonowania PSK, by mogły otrzymać wsparcie państwa. Podczas grudniowego posiedzenia sejmowej Komisji Finansów, wiceminister rolnictwa Rafał Romanowski złożył wniosek o dokapitalizowanie strategicznych spółek Skarbu Państwa nadzorowanych przez KOWR, w tym 4 stadniny i 2 stada ogierów, łączną kwotą 43 mln złotych, w tym 5 mln dla Janowa. Problem tkwił jednak w tym, że w Janowie urzędował Grzegorz Czochański, ani znajomy, ani rodzina Tomasza Chalimoniuka. Nie można było dopuścić, by skorzystał na dokapitalizowaniu stadniny. Miało się stać tak, jak wieszczyli spolegliwi blogerzy, czyli rok 2019 miał zakończyć się dla SK Janów Podlaski pod wodzą Czochańskiego potężną, wielomilionową stratą. Po raz kolejny Chalimoniuka wsparł medialny dwór „trójcy”. „Samorodna ekspertka” Alina z fejsbuka i jej podobni wypowiadali się we wszystkich mediach, iż dokapitalizowania stadnin nie było nigdy, a Trela sam sobie dawał radę. Narracja była taka, że za nic nie można dopuścić do marnowania budżetowych pieniędzy. Skutek był następujący: wobec „zgłoszonych wątpliwości” do przedstawionej propozycji minister przeznaczył niewydatkowaną w 2019 roku sumę na realizację w 2020 roku innych celów.

Styczeń tego roku zainicjował ostatni akt przejmowania przez Tomasza Chalimoniuka całkowitej kontroli nad państwowymi stadninami koni arabskich. Niemal równolegle ogłoszono konkurs na prezesów stadnin w Janowie i Michałowie, oraz stworzono w MRiRW nowe stanowisko pełnomocnika ds. hodowli koni. Z nadania ministra Ardanowskiego, pełnomocnikiem tym został Tomasz Chalimoniuk. Oficjalnie, jego zadaniem na tym stanowisku jest kompleksowa ocena stanu hodowli w Polsce, a także przedstawianie rekomendacji w zakresie hodowli koni w spółkach o szczególnym znaczeniu dla gospodarki narodowej. Zadziwiająco duży zakres uprawnień dla człowieka, który o hodowli koni nie wie nic. Do innych zadań pełnomocnika miało też należeć inicjowanie i wspieranie promocji polskich koni w kraju i za granicą. Należy dodać, iż KOWR otrzymał wytyczne, by wszelkie decyzje dotyczące obsady stanowisk w PSK „konsultować” z nowym pełnomocnikiem. Od tej chwili Tomasz Chalimoniuk stał się królem PSK, sprawując jednoosobowo pełnię władzy nad państwową hodowlą koni arabskich. Widzimisię ministra sprawiło, że KOWR oraz sami prezesi stadnin zostali mu całkowicie podporządkowani.

Tomasz Chalimoniuk osiągnął apogeum swego WZLOTU i skwapliwie zaczął korzystać z pełni swojej władzy. Pierwszym celem było umieszczenie swoich ludzi w SK Janów Podlaski oraz SK Michałów. Rozpisany konkurs na prezesów stadnin pozostał nierozstrzygnięty. Dlaczego? Ano dlatego, że Tomasz Chalimoniuk miał prawo powołać p.o. prezesów bez żadnego postępowania kwalifikacyjnego. Przyznał to sam w rozmowie ze mną podczas pierwszego dnia Narodowego Czempionatu Koni Arabskich w Janowie. Na moje pytanie, skąd wziął się pan Gawlik, również przyznał otwarcie, iż Marek Gawlik został mu polecony przez znajomych. Ale o tym za chwilę. W kwietniu br. okazało się, iż wobec nierozstrzygnięcia konkursu, na p.o. prezesa SK Michałów został powołany Marek Romański, podwładny Chalimoniuka z PKWK. W Janowie odwołano Grzegorza Czochańskiego, dotychczasowego p.o. prezesa, powołując na jego miejsce całkiem nieznanego w środowisku Marka Gawlika, specjalistę w handlu oponami Goodyear. Zadziwiające było to, że nominacja totalnego dyletanta spotkała się z aplauzem Aliny z fejsbuka oraz pozostałego dworu. Marek Gawlik zaprezentował w „Świecie Koni” swój plan na Janów i rozpoczął urzędowanie w glorii wybitnego menedżera. Patrząc na sprawę z obecnej perspektywy wszystko jest jasne. Marek Gawlik to sensu stricto człowiek Chalimoniuka, który jako figurant przywraca do wpływów w Janowie ludzi związanych z Markiem Trelą. Ten scenariusz stał się oczywisty chwilę później.

W pierwszej połowie maja wystąpiłam do KOWR z zapytaniem, w jaki sposób zamierza wesprzeć SK Janów Podlaski zmagającą się z trudnościami spowodowanymi pandemią. W dniu 15 maja otrzymałam z KOWR odpowiedź, iż „KOWR mając na uwadze obecną sytuację powierzył stanowisko p.o. Prezesa Zarządu osobie o dużym doświadczeniu menadżerskim, pokładając jednocześnie nadzieję na zmianę sposobu zarządzania Spółką, umożliwiającą poprawę jej sytuacji. Pełniący obowiązki Prezesa Marek Gawlik rozpoczął współpracę z wybitnym i uznanym w środowisku międzynarodowym specjalistą do spraw hodowli koni arabskich, obdarzonym dużą wiedzą merytoryczną i doświadczeniem. Ma on pomóc w poprawie sytuacji Spółki. Wobec powyższego, wyników zmian można spodziewać się w niedługiej perspektywie.”

Enigma co to personaliów owego „wybitnego” specjalisty ds. hodowli koni arabskich wyjaśniła się 26 maja, kiedy to sama wybitna zabrała głos w swojej sprawie. „Wybitną” okazała się Anna Stojanowska. Jak zadeklarowała w Dzienniku Wschodnim z 26 maja, „nowy prezes zwrócił się do mnie z taką prośbą w kwietniu. Zaczęłam doradzać od 14 kwietnia, chodzi o selekcję koni, całe zarządzanie stadem i typowanie koni na sprzedaż. Najpierw jednak były kilkugodzinne rozmowy z prezesem stadniny i panem Tomaszem Chalimoniukiem”. Oczywistym jest, iż Stojanowska była wyborem Chalimoniuka, zaś Gawlik po prostu skorzystał z „rady”. W medialnych wypowiedziach Stojanowska zaznaczała, iż współpracuje z janowską stadniną na umowę zlecenie, bo od kilku lat prowadzi niezależną firmę. Dla nikogo nie jest tajemnicą, iż od 2016 roku Stojanowska prowadzi własną firmę doradztwa hodowlanego i pośrednictwa w handlu końmi o nazwie Horse Breeding Adviser Anna Stojanowska. W mediach społecznościowych podniosły się więc głosy o zatrudnieniu Stojanowskiej na warunkach rażącego konfliktu interesów. KOWR skwitował te głosy oświadczeniem, iż „to zarząd janowskiej spółki decyduje o swoich sprawach kadrowych - KOWR nie wydawał żadnej zgody na zatrudnienie pani Anny Stojanowskiej w spółce”. W odpowiedzi na moje zapytanie skierowane do Marka Gawlika w tej sprawie otrzymałam lakoniczną odpowiedź, iż „SK Janów Podlaski nie ma wiedzy, aby podjęcie współpracy z Panią Anną Stojanowską na warunkach uzgodnionych przez strony stanowiło jakikolwiek rażący konflikt z PKD Spółki”. Skierowałam również pismo do Ministra Rolnictwa z prośbą o stanowisko, lecz podsekretarz stanu w MRiRW odesłał mnie do p.o. prezesa SK Janów Podlaski. Innymi słowy, czysta kwadratura koła. Podobną odpowiedź otrzymałam z PKWK.

W międzyczasie Tomasz Chalimoniuk i Anna Stojanowska zaprezentowali, na co ich stać. Aby uwiarygodnić niekompetentnego w sposób oczywisty Marka Gawlika, z udziałem posłanek Niedzieli i Kluzik-Rostkowskiej zorganizowano medialną hucpę, z której wynikało, że Grzegorz Czochański i jego ekipa wraz z Anną Stefaniuk i Arturem Bieńkowskim zgotowała janowskim koniom i krowom istne piekło. Zaprzeczające tym doniesieniom raporty NIK oraz wyniki kontroli Państwowego Instytutu Weterynaryjnego w Puławach zostały potraktowane jak kłamstwo. SK Janów Podlaski obrzucono medialnym błotem, zarówno w kraju, jak i zagranicą. Nowa władczyni Janowa szeroko informowała media, iż konie urodzone w Janowie od 2016 roku są nic nie warte. Janowskiej stadninie wyrządzono bezprecedensową szkodę wizerunkową i zszargano opinię ludzi od lat oddanych janowskim podopiecznym. Chodziło wszak o pokazanie, że to Marek Gawlik „uzdrowił” stadninę. Mimo iż minister Ardanowski starał się tonować te zarzuty, w dniu 9 czerwca urządził w janowskiej stadninie medialny spektakl dla dziennikarzy ze swoim udziałem. Tym samym udzielił swojego poparcia nominatowi swojego protegowanego. VIP-owskich gości ze sfer rządowych oprowadzała przywrócona do łask Alina z fejsbuka. Czym zajmowała się doradczyni raz w tygodniu? „Oczyszczaniem” janowskich stajni przy pomocy „oczyszczonego” personelu. Za jej rządów w SK Janów Podlaski miały miejsce trzy przetargi koni. Z tego co słyszałam, konie sprzedawano za rekordowo niskie ceny, ale pierwotni nabywcy szybko odsprzedawali te konie dalej z dużym zyskiem. „Oczyszczanie” janowskich stajni miało też za zadanie zwolnienie miejsca na hotelowanie koni za pieniądze, konkretnie za 50 złotych dziennie.

Powodowana uczuciem całkowitej bezradności zdecydowałam się w dniu 16.06.2020 złożyć do odpowiednich organów doniesienie na Marka Gawlika o zatrudnienie w SK Janów Podlaski Anny Stojanowskiej na warunkach rażącego konfliktu interesów mogącego narazić stadninę na szkodę wielkich rozmiarów. Bardzo szanowana przeze mnie pani profesor Krystyna Chmiel nie miała żadnej wiedzy o tym, iż złożyłam takie doniesienie. Jednak Tomasz Chalimoniuk w swojej skrajnej bezczelności zarzucił w wypowiedzi dla TVN pani profesor Krystynie Chmiel, iż kierując się osobistą wendettą spowodowała usuniecie Anny Stojanowskiej z Janowa. Stanowczo dementuję. Co gorsza, Tomasz Chalimoniuk dokładnie wiedział, kto stoi za ww. doniesieniem.

„Zadziwia” fakt, iż z chwilą nominowania Marka Gawlika na p.o. prezesa SK Janów Podlaski, Tomasz Chalimoniuk, Marek Gawlik oraz towarzystwo wokół Aliny z fejsbuka zaczęło nagle domagać się dokapitalizowania stadniny oraz takiego jej przekształcenia własnościowego, by umożliwić dotowanie przez państwo SK Janów Podlaski. Jak widać, punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Mało tego, Gawlik ubrał się w autorstwo postulatu o dotowanie stadnin. Skrajna bezczelność. W międzyczasie opublikowano „Sprawozdanie z działalności Zarządu SK Janów Podlaski za rok 2019”. Okazało się, że wbrew hiobowym prognozom, Grzegorzowi Czochańskiemu udało się zmniejszyć o ponad dwa miliony stratę z końca 2018 roku. Lektura tego dokumentu pokazuje dobitnie, jak dobrym gospodarzem i finansistą był Grzegorz Czochański. Miał on jednak jedną i podstawową wadę. Nie był człowiekiem Chalimoniuka. Zarówno on sam, jak i stadnina zapłaciły za to wysoką cenę.

Narodowy Czempionat Koni Arabskich Czystej Krwi wraz z Aukcją Pride of Poland 2020 miały stać się wreszcie autorskim sukcesem samego Tomasza Chalimoniuka, konsolidując w ten sposób jego władzę nad Janowem i pozostałymi stadninami. Janowska impreza miała odbyć się mimo i wbrew koronawirusowi. Opublikowana lista aukcyjna została w spolegliwych mediach określona jako mało kontrowersyjna, mimo umieszczenia na tej liście klaczy Perfinka, reprezentującej bezcenną wartość hodowlaną. Przy okazji Anna Stojanowska informowała, że janowska oferta będzie „oszczędna”, bo Janów nie ma się czym chwalić. Minister Ardanowski wsparł po raz kolejny swojego protegowanego, fundując z kasy państwa rekordowe nagrody dla uczestników Narodowego Czempionatu.

Wydaje się, iż aukcja Pride of Poland 2020 może okazać się początkiem końca kariery Tomasza Chalimoniuka jako wszechwładnego pana państwowej hodowli koni arabskich. Chalimoniuk chciał dać zarobić Markowi Szewczykowi jako współprowadzącemu Narodowy Czempionat Koni Arabskich. Wraz z Mariuszem Rytelem Szewczyk dał popis całkowitego braku profesjonalizmu, dyskredytując samego siebie jako „eksperta” od koni arabskich, ale również dyskredytując zatrudniającego go Tomasza Chalimoniuka. Na janowskiej imprezie skandal gonił skandal. Tuż przed aukcją Pride of Poland Marek Szewczyk jak menel dopuścił się fizycznego ataku na gościa aukcji i pełnomocnika Al Jawza Stud. Niestety, Tomasz Chalimoniuk nie stanął na wysokości zadania jako organizator. Zamiast bezzwłocznie przeprosić poszkodowanego oraz usunąć Marka Szewczyka z namiotu VIP i ze stadniny, Tomasz Chalimoniuk udał, że o niczym nie wie. Szkoda, że tak bardzo był zaabsorbowany dbałością o zadowolenie ministra. Klienci aukcji byli mniej ważni. Panowie Chalimoniuk i Gawlik brylowali wśród rządowych VIP-ów otoczeni żonami i dziećmi. Przed kamerami TVN Tomasz Chalimoniuk wyznał, iż oto czuje się jak w rodzinie. Wspaniale, o to przecież chodziło. Przed mediami powtarzał wraz z ministrem słowo „sukces” niezliczoną ilość razy. Do tej idylli brakowało tylko jednej osoby: Anny Stojanowskiej. Nie było więc komu tłumaczyć się ze skandalu. Skandalem były bowiem wyniki „Pride of Poland 2020” oraz „Summer Sale” dla SK Janów Podlaski. Przychód w wysokości 102 tysięcy euro za pięć wspaniałych klaczy to skandal. Ceny Summer Sale to wręcz mega skandal. Chcę powiedzieć jasno, że sprzedaż Aplii, Amiraty, Wołogdy, Pitawala stanowi nie tylko uszczerbek hodowlany i pokazowy dla SK Janów Podlaski, ale i dowodzi działania przez Annę Stojanowską, Marka Gawlika i Tomasza Chalimoniuka na szkodę materialną stadniny o dużej wartości. Jest rzeczą niewiarygodną, że żadna z osób odpowiedzialnych nie wytłumaczyła się ze skandalicznie niskich cen rezerwowych na janowskie konie. Inna sprawa, że dla tych cen nie ma wytłumaczenia. Może być tylko sankcja. Przykrywką dla tego skandalu cenowego w odniesieniu do janowskich koni miała być rekordowa cena wylicytowana za Perfinkę. Sukces aukcji krył się bowiem za sukcesem jedynej klaczy: Perfinki. Po emocjonującej licytacji uzyskała imponującą cenę EUR 1 250 000,00. Radość z takiej ceny przyćmiły kuriozalne wypowiedzi ministra na koniec imprezy. Z konsternacją usłyszeliśmy, iż tradycja już się nie liczy, fakt, iż janowska stadnina powstała za cara nie ma już żadnego znaczenia, miejsce nie ma znaczenia, państwowe stadniny koni arabskich zostaną więc połączone. Trudno zrozumieć jak, ale próżno było czekać na jakieś szczegóły. Jasne było tylko to, że przez usta Ardanowskiego przemawiają poglądy pełnomocnika oraz Anny Stojanowskiej. Summa summarum, „sukces” aukcyjny Chalimoniuka został przypieczętowany.

Gdy już goście sobie poszli, w obecności ministra zainaugurowano nową radę ds. hodowli koni, tym razem powołaną przy prezesie PKWK, a nie ministra. Kolejny medal w klapie Chalimoniuka. Warto wspomnieć, iż do nowej Rady wszedł Marek Gawlik, ale zabrakło w niej miejsca dla pani profesor Krystyny Chmiel. Gdy zaś minister Ardanowski odznaczył w siedzibie ministerstwa 6 osób odznaką „Zasłużony dla rolnictwa” za wolontariat przy organizacji ostatnich trzech aukcji, opinia publiczna dowiedziała się o istnieniu Magdaleny Chalimoniuk oraz pozostałych osób z kręgu towarzyskiego Tomasza Chalimonika, które jakoby od 3 lat partycypowały w organizacji aukcji Pride of Poland. W tym roku oficjalnie Magdalena Chalimoniuk, córka pełnomocnika, odpowiadała za sekretariat Narodowego Pokazu. Każdy widział, że Sekretariat kulał. Swoją drogą, żadnej Magdaleny Chalimoniuk nie widziałam w Janowie. Widziałam za to Dominikę Chalimoniuk, chyba kolejną córkę? Czyżby również jakiś wolontariusz odpowiadał za fatalne nagłośnienie? Wolontariuszka Iżewska z wdziękiem wnosiła logo MRiRW przy każdorazowej dekoracji koni. Co jeszcze robili wolontariusze? Trudno powiedzieć. Ale nagroda się należała. Wolontariuszom. Natomiast Gawlik, Stojanowska i Chalimoniuk bezwzględnie muszą stanąć pod pręgierzem za ceny sprzedaży janowskich koni na tegorocznych aukcjach. Ceny te były historyczną klapą i działaniem noszącym znamiona działania na szkodę stadniny o wielkich rozmiarach. Za ten skandal muszą ponieść odpowiedzialność osoby, które ustanowiły takie właśnie ceny rezerwowe.

Triumf Tomasza Chalimoniuka trwał równo miesiąc. 11 września gruchnęła wiadomość, iż Marek Gawlik rezygnuje ze swojej funkcji, a wraz z nim Anna Stojanowska. Powody tej rezygnacji miały być dwa. Odmowa ze strony KOWR, by dokapitalizować stadniny oraz polecenie zaprzestania współpracy z Anną Stojanowską, jako pokłosie złożonego przeze mnie doniesienia oraz wszczętego przez prokuraturę śledztwa w tej sprawie. Prawda jest taka, iż ten jakoby doskonały menedżer miał świadomość, że bez „dolewu” pieniędzy i oddając konie „w prezencie”, zapisze się w historii jako prezes, który zapracował na rekordową stratę SK Janów Podlaski na koniec 2020 roku. Scenariusz ten stał się nieuchronny. Wbrew swoim zapowiedziom, ów menedżer z nadania Chalimoniuka nie ma pojęcia o zarządzaniu wielkopowierzchniowym gospodarstwem rolnym i na prezesa stadniny po prostu się nie nadaje. Lepiej było odejść w glorii pokrzywdzonego niż jako ten, który nie dał sobie rady. Z kolei Anna Stojanowska stawia się w roli ofiary osoby, która się na nią uwzięła. Ze swojej strony mogę powiedzieć tyle, iż Anna Stojanowska na zawsze powinna pożegnać się z pracą w państwowych stadninach koni arabskich. Ale to za mało. Anna Stojanowska musi odnieść się nie tylko do zarzutów związanych z jej działalnością w Janowie w ciągu ostatnich pięciu miesięcy, lecz również do zarzutów z czasów pełnienia funkcji inspektora ANR nadzorującego państwowe stadniny koni za Treli i Białoboka. Niewątpliwie sprawa umowy stadnin z POLTURFEM musi zostać ponownie przeanalizowana pod kątem wyprowadzania pieniędzy z państwowych stadnin koni arabskich. W obliczu skandalicznych cen rezerwowych jw. szczytem bezczelności są formułowane przez nią zarzuty, iż Grzegorz Czochański sprzedał w grudniu ubiegłego roku roku Alsę do Al Hanaya Stud, i to za jedną trzecią jej wartości, jak twierdzi Stojanowska. Po pierwsze, gdyby „środowisko” Stojanowskiej nie zablokowało wniosku o dokapitalizowanie stadnin w grudniu ubiegłego roku, Grzegorz Czochański nie musiałby sprzedawać Alsy. Sprzedał ją, bo musiał. Jednak skoro już musiał, wynegocjował za Alsę cenę odpowiadającą jej wartości, a znacznie przewyższającą cenę uzyskaną za Galeridę w trakcie Pride of Poland 2019. W tym kontekście można zadać pytanie, czy aby Galeridy nie sprzedano za zbyt małe pieniądze? Anna Stojanowska pomija również fakt, iż umowa sprzedaży Alsy zawierała jeszcze jeden, bardzo korzystny dla stadniny warunek. Proszę więc ujawnić, na jakich warunkach została sprzedana Alsa do Al Hanaya Stud. Skoro Anna Stojanowska znów wróciła do mediów po długim milczeniu, niech uzasadni również swoje „fantastyczne” interesy, jakie zrobiła w sierpniu w Janowie.

Wkrótce po odejściu z Janowa postanowionych tam przez Chalimoniuka Gawlika i Stojanowskiej, w Tomasza Chalimoniuka uderzył grom z jasnego nieba. Otóż w mediach gruchnęła wieść, iż księżniczka Jamila odmówiła zapłaty za Perfinkę. Licytujący w jej imieniu saudyjski dyplomata jakoby przekroczył swoje uprawnienia, gdyż miał ponoć instrukcję licytowania jedynie do 400 tysięcy euro. Wersja mało wiarygodna, ale ważne jest to, że księżniczka już nie chce Perfinki. Klacz winna więc powędrować do Al Jawza Stud za 1 225 000,00 euro. Jednak Tomasz Chalimoniuk za wszelką cenę nie chciał dopuścić do tego, by znienawidzony w jego „środowisku” i spotwarzony przez Szewczyka Mateusz Jaworski otrzymał 5 procent prowizji od tej kwoty. Zaczęły się więc próby obejścia regulaminu aukcyjnego w niezwykle karkołomny sposób, z góry skazany na przegraną w przypadku procesu sądowego. Zapisy Umowy Agencyjnej są bowiem jasne i klarowne. Chalimoniukowi chodziło o to, by za Perfinkę wpłynęła wylicytowana w imieniu księżniczki kwota EUR 1 250 000,00, z prowizją dla kogoś innego niż Mateusz Jaworski. Plan niewykonalny. Póki co, Perfinka jest w Białce, ale nikt jeszcze za nią nie zapłacił. Chalimoniuk walczy teraz o życie, ale zdaje się sam wpadł w zastawione przez siebie sidła. Tomasz Chalimoniuk już podważył zaufanie agentów do PKWK, a wskutek swoich machinacji może doprowadzić do tego, że Perfinka pozostanie niesprzedana. Państwowa hodowli koni na tym zyska, bo przed kolejną próbą sprzedaży Perfinka winna zostawić jeszcze w Białce przychówek. Jednak co z „sukcesem” Pride of Poland 2020? Sukcesu nie ma, zostaje tylko historyczna klapa i niesmak. Kto jest jej autorem i kto zasłużył na UPADEK: Tomasz Chalimoniuk.

Wnioski dla nowego ministra rolnictwa winny być następujące. Stanowisko pełnomocnika ds. hodowli koni nie ma żadnego sensu i powinno zniknąć wraz z Tomaszem Chalimoniukiem. Należy pilnie opracować plan przekształcenia formy własności PSK tak, by umożliwić ich dotowanie. Doraźnie konieczne jest pilne dokapitalizowanie. Białka, Michałów i Janów pozostają jako trzy sztandarowe państwowe stadniny koni arabskich. Stadniny koni arabskich mają realizować program hodowlany opracowany w 2001 roku i zaktualizowany w 2016 roku przez panią profesor Krystynę Chmiel. Szczególną uwagę należy zwrócić na odtworzenie polskich rodów męskich. To ostatni dzwonek. Na koniec: Chalimoniuk, Białobok, Trela i Stojanowska winni na zawsze zniknąć z orbity PSK.
 


Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za artykuły publikowane na blogach. Opinie wyrażane w tekstach są osobistymi ocenami autorów.
Duma Polski na wyprzedaży!

Siała Baba mak, nie wiedziała jak, a Dziad wiedział, nie powiedział, a to było tak….

W 2014 roku na aukcji Pride of Poland do USA została sprzedana klacz hodowli i własności SO Białka - Perfirka. Osiągnięta podczas publicznej licytacji kwota 220 tys. euro była zadowalająca, tym bardziej, że w Polsce pozostawiała znakomitą córkę o imieniu Perfinka. Zgodnie z umową sprzedaży na aukcji, organizator, czyli firma Polturf, pobrał 12% prowizji od wylicytowanej kwoty i sprawa wydawała się postronnym zamknięta. Tymczasem wiosną 2016 roku (już po odwołaniu „jedynych fachowców”) zaczęła krążyć w środowisku plotka, że Anna Stojanowska jest winna Davidowi Boggsowi 22 tys. euro z tytułu rozliczeń za Pride of Poland. Mówiło się, że dług ten był powodem, dla którego ten amerykański pośrednik nie ma zamiaru kontynuować współpracy z polskimi stadninami.

Kiedy wiosną 2016 roku Stadnina Janów Podlaski zwróciła się do Midwest Station II, czyli firmy należącej do Davida Boggsa z ponagleniem w sprawie rozliczenia płatności za sprzedane w USA stanówki ogierem Pogrom, padła (podobno) odpowiedź o takiej mniej więcej treści: płatności dotyczące stanówek ogiera Pogrom mogą zostać uregulowane po wyjaśnieniu kwestii zaległości w zapłacie prowizji od sprzedaży klaczy Perfirka, która powinna wpłynąć do Midwest Station za pośrednictwo w zakupie Perfirki dla klienta tej firmy. Ustalona wtedy prowizja to 10% od kwoty sprzedaży brutto (czyli 22 000 euro). Midwest w ponagleniu powoływał się, jak twierdziły – ponoć dobrze poinformowane – źródła w ówczesnym ANR, na liczne rozmowy ze Stojanowską, która te warunki wynegocjowała i wyrażała zdziwienie, że do tej pory zaległa prowizja nie została uregulowana. W celu uzyskania dalszych informacji zachęcała do kontaktu poprzez Geralda Kurtza. Jako potwierdzenie wierzytelności Midwest Station, do Białki rzeczywiście wpłynęła stosowna faktura na kwotę 22 000 tys. euro prowizji, ale wtedy już nowy zarząd stadniny stanowczo odmówił jej realizacji, gdyż nie było mu znane takie zobowiązanie, a prowizja za sprzedaż Perfirki została pobrana przez firmę Polturf, czyli organizatora aukcji w wysokości 12%, czyli 26 400 euro. Zatem gdyby zarząd Białki fakturę przyjął do realizacji, to łączna prowizja wyniosłaby 22%, czyli 48 400 euro. Jak poważnie w świecie biznesu traktuje się wszelkie zobowiązania, świadczyć może to, że Anna Stojanowska jeszcze pod koniec 2015 roku na kilku spotkaniach w Białce próbowała nakłonić jej zarząd do wypłacenia dodatkowej prowizji za sprzedaż Perfirki. Istnieją (podobno zachowane!) notatki służbowe ze spotkań, na których Stojanowska proponowała „obejście” na potrzeby księgowości wymienionej kwoty na fakturze z USA. Jako „uczciwa i solidna” urzędniczka nadzorująca polskie państwowe stadniny arabskie nie mogła dopuścić, aby jej amerykański dobroczyńca poniósł stratę w postaci braku prowizji. Zaproponowała (w imieniu Midwest) wystawienie faktury za fikcyjne szkolenie dla Białki, wykonane jakoby przez Midwest. Odwołanie Stojanowskiej uciszyło sprawę na dwa lata, ale widać, że Amerykanie o długu nie zapomnieli i kwestia pojawiła się ponownie przy okazji dzierżawy córki Perfirki, czyli Perfinki w roku 2018. Znamienne są tu dwie okoliczności, które łączą te sprawy. Stojanowska, w 2018 doradczyni ministra Ardanowskiego (a zza jej pleców „pośrednik” Gerald Kurtz) oraz Midwest Station II Davida Boggsa, gdzie ostatecznie trafiła Perfinka. Początkowo mówiło się o kwocie dzierżawy 200 tys. euro, stanęło jednak na 170 tys. euro z prawem do pobrania dwóch embrionów. Czy 30 tys. euro, których ostatecznie nie ma w kontrakcie to rozliczenie zaległej prowizji za matkę Perfinki z 2014 roku? Czy wystawienie Perfinki na tegoroczną aukcję (klacz przebywa w USA - pytanie zatem, czy wróci na aukcję?) nie jest po prostu realizacją wcześniejszych zobowiązań Stojanowskiej wobec Davida Boggsa? Jaką rolę odgrywa obecnie Stojanowska w polityce sprzedażowej polskich stadnin państwowych? Czy wróciła, aby uregulować stare zobowiązania, czy też wydrzeć dla siebie jeszcze co się da?

Zaledwie chwila potrzebna była do tego, aby pojąć, co stało za motywacją Stojanowskiej do walki o wpływy w Janowie, zmaterializowane w postaci umowy na doradztwo. Czy zatem motywacją były te marne niemal 2 tys. euro za miesiąc i to zaledwie na cztery lata, a na dodatek jeszcze czasem trzeba się tam pofatygować z Warszawy? Bynajmniej nie, jak się okazuje. Chodzi o coś bardzo ciekawego, o czym z nagła dowiadujemy się od szczęśliwców, którzy nie omieszkali pochwalić się sukcesem, jaki osiągnęli dzięki wpływom niezależnego fachowca, jakim jest Stojanowska; „to jest szczególny dzień dla mojej mamy, (…) gratulacje dla mojej mamy z okazji wydzierżawienia Pingi”.

Tu wracam do dzierżawy słynnej Pingi, którą ogłoszono jako sprzedaną na Bliski Wschód na „dziwnej” aukcji na Służewcu w grudniu 2019 roku. Nieoczekiwanie, prawie pół roku później, pojawiają się podziękowania za dzierżawę w social mediach z … USA. Czy dzierżawa Pingi, która - niech zgadnę – podobnie jak Perfinka pojedzie do Midwest, jest częścią spłaty jakichś zobowiązań Stojanowskiej wobec amerykańskich partnerów, a może po prostu jest potrzeba (przerwana przez chyba niespodziewane odwołanie) zalegalizowania embrionów, które są w USA z poprzedniej dzierżawy? Jeżeli ktokolwiek miałby wątpliwości co do takich praktyk, to sprawa Emeralda J wyjaśnia wiele. Wszak to przecież Emerald J urodził się w USA dwa lata po powrocie Emandorii do kraju. Do 96 embrionów sprzedanych do roku 2016 (przypominam, że w latach 2016-2018 nie sprzedano żadnego embrionu) Stojanowska i Chalimoniuk dokładają kolejne w zastraszającym tempie. Trio, które obecnie drenuje polską hodowlę, czyli niestety, „jeszcze minister” Ardanowski, „pełen mocy” Chalimoniuk i „Ania Dobra Rada” Stojanowska, patrząc na wystylizowany „Lucky Luck” ministra na ostatniej konferencji w Janowie, przypomina destrukcyjny w działaniu gang Olsena; bynajmniej jednak nie jest to śmieszne. Na ubiegłorocznej aukcji można było sobie wcześniej zamówić konkretną klacz pokrytą ogierem klienta. Dziś embriony i dzierżawy znów oferowane są bez opamiętania.

Pytam więc: jaki jest w tym interes polskiej hodowli, że Białka sprzeda jedyną klasową klacz, jaką posiada, a Janów odda w dzierżawę platynową czempionkę świata? Dlaczego polskie stadniny państwowe oferują hurtem embriony od Atakamy, Passionarii i Wieży Mocy? Zadam, już nie pierwszy raz, pytanie: kto kupi od nas konie, jeśli wyprzedajemy materiał elitarny, który powinien być wypuszczany na rynek w bardzo niewielkiej ilości? Czy może to jednak obchodzić ludzi przypadkowych dla tej hodowli - ministra, którego zaraz nie będzie, pełnomocnika, który zapewne wróci do swoich hazardowych interesów, czy doradczynię, której od lat już myli się hodowla z handlem, a kraj nad Wisłą z tym nad Nilem? (W ECAHO nasza bohaterka reprezentować raczy Egipt, a nie Polskę, gdyż nie ma już do tego tytułu). Handel embrionami od elity polskich klaczy jest działaniem na szkodę polskiej hodowli tej rasy, psuje rynek i psuje również nasz wizerunek jako świadomych hodowców. Już nie my decydujemy, co wystawiamy do sprzedaży, ale wspomniani przez ministra pośrednicy, których przyszłość polskiej hodowli bynajmniej nie obchodzi.

A tak na marginesie, opinia publiczna ostatnio bardzo była zbulwersowana ciężkim rzekomo losem janowskich koni. Czy zatem nie będzie przeszkadzać nikomu, że Perfinka i Pinga trafią do tego samego ośrodka, który gościł już inne polskie sławy i gdzie od michałowskiej Wieży Mocy wypłukano co najmniej 8 embrionów i skąd wróciła z trwale uszkodzonym kręgosłupem? Czy takie klacze jak Pinga powinny opuszczać Janów? Czy entuzjazm przysłowiowej “Aliny z Fejsbuka” dla takich „geszeftów” nie przypomina radości tubylców na Czarnym Lądzie, którzy sprzedali kopalnię diamentów za lusterko?

 


Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za artykuły publikowane na blogach. Opinie wyrażane w tekstach są osobistymi ocenami autorów.
„Powtórka z rozrywki” w Janowie Podlaskim

“Gospodarstwo - troska - efekty - dobrostan - hodowla w upadku - kłamstwa PO - złe intencje - spirala kłamstwa - fala hejtu - plugawa dyfamacja, a na koniec wisienka na  janowskim torciku: wiedza i uczciwość” - oto ministra J.K. Ardanowskiego, niemal dwugodzinna konferencja prasowa na temat hodowli koni arabskich (3.06.2020).

Gdyby nie fakt, że na naszych oczach została w ostatnich dniach zrujnowana ostatecznie reputacja Janowa Podlaskiego jako pepiniery polskiego konia arabskiego, napisałabym, że odczuwam satysfakcję, patrząc na ostateczny upadek ministra, który zaczął od bufonady na warszawskim Służewcu w 2018 roku i niewybrednej krytyki swojego partyjnego towarzysza, a pochwały i kuriozalne przeprosiny skierował do odwołanych przez niego prezesów i urzędniczki ANR. Wówczas to oświadczył, że dopiero on postawi stadniny arabskie na nogi i naprawi wszystko, co zepsuł jego poprzednik. U jego boku pojawiła się wtedy Anna Stojanowska, która okazała się w końcu jego “femme fatale”, a  swą błyskotliwą karierę rozpoczął zaś prezes Polskiego Klubu Wyścigów Konnych (PKWK), który jest obecnie pełnomocnikiem ministra d/s hodowli koni, czyli osobą,  jak należy rozumieć, odpowiedzialną za jej stan. Przez dwa lata minister Ardanowski nie tylko nie postawił hodowli na nogi, ale stało się dokładnie odwrotnie; wszystko stanęło na głowie, a raczej poleciało na łeb, jak mówimy potocznie. Przez dwa lata rządów ministra Ardanowskiego  spółki hodujące konie zanotowały znaczący spadek wyników finansowych (dwu, a nawet trzykrotny w stosunku do roku poprzedniego), a spółki dotąd radzące sobie dobrze zanotowały znaczne straty (Iwno, Michałów, Nowielice, Racot, Janów Podlaski i Walewice), przy czym strata w Walewicach była na tyle duża, że nie udało się spółki utrzymać jako samodzielnej jednostki. Czy to nie w Walewicach właśnie indolencją tak ogromną wykazała się protegowana Chalimoniuka, że KOWR zmuszony był do jej zwolnienia pomimo tak potężnego protektora? Jest też oczywistym, że gdyby nie ogromna strata w Janowie Podlaskim, nigdy nie byłoby publicznej dyskusji na temat losu polskich stadnin państwowych. Ale Janów nie pozwala o nich zapomnieć.

Pan minister i jego pełnomocnik, o którego biznesowych powiązaniach i karierze lobbysty, przypomniał właśnie przewodniczący jednego ze związków zawodowych rolników, upojeni ogłoszonym przez siebie sukcesem ubiegłorocznej edycji Pride of Poland, uwierzyli, że będzie już tylko lepiej. Z tego stanu lekkiej euforii nie obudziła pana ministra fikcyjna zimowa aukcja na Służewcu, która była pierwszym sygnałem ostrzegawczym, że z tymi końmi arabskimi to jednak nie takie proste, a ludzie też nie dadzą sobie ciemnoty wcisnąć: koń jest, albo sprzedany, albo nie; klacz jest źrebna, albo nie; klient był, albo nie. Dla przypomnienia; zadęcie, pieniądze, zaufany pełnomocnik i zaangażowanie samego ministra w handel końmi zaowocował przychodem w wysokości ponad 40 tys. euro, a dwa lata wcześniej na zimowej aukcji w Michałowie udało się osiągnąć pięćset tysięcy euro, no ale tam na szczęście pełnomocnik nie wiedział o swojej roli, a przyszły pan minister jeszcze nie sądził, że będzie ratował hodowlę i nie pomagał.  Nie bacząc na nic, minister powierzył Tomaszowi Chalimoniukowi nadzór nad całą polską hodowlą koni i ponownie organizację aukcji. W lutym, po ogłoszeniu konkursu na prezesa stadniny Janów i Michałów, pełnomocnik ministra przejął na polecenie ministra rolnictwa bezpośredni nadzór nad stadniną Janów Podlaski. Nie wiem, w jakim trybie została przerwana procedura konkursowa, a wszyscy kandydaci wyrzuceni do „kosza”, ale 1 kwietnia, ku zdumieniu całego środowiska, do Janowa i Michałowa zostali wprowadzeni tzw. ludzie Chalimoniuka, o których nikt wcześniej nie słyszał i nadal nic o nich nie wiadomo. Obaj panowie o bliżej nieznanym wykształceniu, spoza branży hodowli czegokolwiek, o koniach arabskich nie wspominając, o nieznanych kompetencjach w zarządzaniu czymkolwiek, a już szczególnie strategiczną spółką Skarbu Państwa. Kto, komu, po co i dlaczego, pewnie byśmy się prędko nie dowiedzieli, gdyby nowy pełniący obowiązki prezesa w Janowie nie urwał się KOWR-owi z łańcucha i nie zaczął prowadzić firmy z fantazją właściwą ignorantom. Po 14 dniach urzędowania wynajął sobie na doradcę Annę Stojanowską podesłaną mu przez Tomasza Chalimoniuka. Co ciekawe p/o prezesa Janowa, mając świadomość, że nie jest prezesem z konkursu, czyli raczej na krótko, zawarł z A. Stojanowską 4-letni kontrakt (jak ćwierkają wróbelki, na kwotę 8 tys. miesięcznie, czyli prawie 400 tys. za cztery lata) - czy jest to działanie dla dobra spółki, czy też może na jej szkodę, zapewne wkrótce rozstrzygać będzie prokurator. Dalej wydarzyło się już to, co wszyscy widzieliśmy w mediach. 12 maja w „Rzeczpospolitej” ukazał się tekst , w którym Stojanowska opowiada, że koniom w Janowie źle się dzieje, 19 maja przyjeżdżają na kontrolę poselską posłanki Niedziela i Kluzik-Rostkowska, 20 maja w Sejmie organizują konferencję prasową, podczas której cała Polska dowiaduje się, że zwierzęta w Janowie były zaniedbane, skrajnie wyczerpane, bez opieki weterynaryjnej. Dalej już, według znanego od czterech lat schematu: TVN 24, Onet, media społecznościowe, wszystko rozgrzane do czerwoności. Wylewa się “plugawa fala hejtu”, o której wspominał pan minister na konferencji prasowej. Tymczasem 18 maja w brytyjskim „The Times” ukazuje się artykuł o kryzysie w państwowej stadninie koni w Janowie, gdzie aktualna doradczyni prezesa Janowa mówi wprost, że do polskich stadnin nie ma już po co przyjeżdżać…

Czy wszystko to jest zorganizowaną ustawką Stojanowskiej z opozycją na potrzeby kampanii wyborczej, czy dzieje się przypadkiem, tego nie wiem, ale w wykonaniu Stojanowskiej widzieliśmy już nie takie rzeczy. To właśnie Anna  Stojanowska została w 2017 roku zmuszona przez hodowców do odejścia z zarządu PZHKA z powodu zamieszania naszej branży w politykę. Jak widać, nie cofnie się przed niczym. ale tym razem wyraźnie przeszarżowała. Uderzenie w markę Janowa Podlaskiego i całej polskiej hodowli zbulwersowało środowisko na tyle skutecznie, że publicznie po raz pierwszy zaprotestował  zdystansowany wcześniej do problemów hodowli państwowej Polski Związek Hodowców Koni Arabskich PZHKA. Krokodyle łzy Stojanowskiej w wywiadach dla mediów nad ciężkim losem janowskich koni są szczytem hipokryzji u osoby, która przez 20 lat nadzorowała stadniny państwowe (jeśli się tej wiedzy wyprze, to pytanie: na czym polegał nadzór który tam ponoć pełniła?) Nikt lepiej od Stojanowskiej nie wie, ile koni się zmarnowało przez różne zaniedbania. Doskonale wiedziała, że kowale w stadninach są cztery razy do roku (i to jest dobrze, kiedy cztery). Doskonale też orientowała się, że na przednówku w gospodarstwie zostają resztki siana i z jego jakością bywa różnie. Janów nigdy zresztą nie miał dobrego siana, bo i skąd; w tamtej „strefie klimatycznej”? Napuszczenie mediów na Janów i “ustawka” z posłankami PO jest o tyle perfidna, że TVN robił materiały (w swoim „niezależnym i profesjonalnym” stylu), gdzie mówiono jak jest źle, a jednocześnie pokazywał konie w dobrej kondycji. Świeżo urodzone źrebię grało rolę zaniedbanego konia, a krowa w boksie porodowym robiła za ilustrację cierpień bydła. Tak swoją drogą, to posłanka Niedziela, jako lekarz weterynarii, powinna wiedzieć, że do strefy porodowej nie powinny wchodzić osoby postronne, nawet posłanki, aby nie zakłócać zwierzęciu spokoju w tak trudnym momencie. Czy to nie podchodzi pod dręczenie zwierzęcia? Oczywiście o tym powinien poinformować posłanki p/o prezesa, ale tak myślę - skąd on miałby  o tym wiedzieć? Jego poprzednik, kiedy objął zarząd w Janowie, także był bardzo pewny siebie. Na pytanie - jak poradzi sobie z oborą, rozbrajająco odpowiedział, że „obora to nie problem, jestem w oborze dwa razy dziennie”. „No dobrze Grzegorzu, tylko jak już jesteś w tej oborze, to co ty tam widzisz?” – brzmiała odpowiedź.  To samo dotyczy obecnego p/o. Stojanowska naopowiadała, co chciała i co było jej wygodne, poleciała z tym do mediów, a on nie był w stanie sam tego ocenić, a może nie chciał.

Jeśli nawet były jakieś niedociągnięcia, to trzeba było po prostu zrobić porządek. Za to pan Gawlik jak i doradca (zatrudniony ze względu na brak osobistych kompetencji prezesa) pobierają od spółki wynagrodzenie, a nie biegać po mediach. Skończyło się tym, że na konferencji prasowej minister osobiście tłumaczy, że krowa czasem lubi narobić do poidła, a kowale nie mogli przyjechać, bo epidemia. Jednocześnie minister zarzuca Treli (skrzętnie w swym przydługim wywodzie omija nazwisko swojej femme fatale), że zbudował zły cielętnik, ale nie widzi, że to było 7 lat temu. Problem janowskiego cielętnika jest znany w KOWR przynajmniej od 2016 roku. Nic z tym nie zrobiono, a minister Ardanowski miał dwa lata, aby się wykazać. Ale jak może być dobrze w stadninie, która jest jednocześnie ogromnym gospodarstwem rolnym, którym przez ostatnie dwa lata zarządzał przypadkowy urzędnik, który zgłosił się na ochotnika z KOWR, bez wykształcenia, wiedzy, doświadczenia i minimalnego choćby związku z hodowlą koni? Teraz nieoczekiwanie zastępuje go człowiek, którego nawet KOWR nie zna. To jest prawdziwa skala upadku Janowa.

Na konferencji prasowej prezentowana jest lista koni na tegoroczną aukcję, ale nie uczestniczą w niej prezesi zainteresowanych spółek. Nie ma komu zadać pytania, dlaczego minister mówi, że nie sprzedaje się najlepszych koni i długo opowiada, jak to Trela sprzedał w 2015 roku Pepitę - najlepszą polską klacz, “co przecież jest skandalem ” - wszyscy się z tym zgadzają, dlatego też wywiązała się dyskusja w social mediach na temat jakości tej klaczy. Tymczasem na tej samej konferencji Tomasz Chalimoniuk prezentuje aukcyjną listę koni i co widzimy? Prawie całe podium ubiegłorocznego czempionatu Polski klaczek rocznych: Florissima, Aplia i Amirata. Jedne z najlepszych klaczek rocznych w Polsce! To jak to jest, panie pełnomocniku? Pytam w rozmowie telefonicznej i dowiaduję się, że to wyłącznie mój problem, bo tę listę zaopiniował pozytywnie PZHKA. Wyrażam zdziwienie jako członek PZHKA, sprawdzam u źródła i już wiem, że to nieprawda. Ktoś kogoś czaruje, ale trudno już nadążyć, kto kogo. Czy to minister kłamie, czy jest okłamywany przez swojego pełnomocnika? A może razem kłamią, ale oczywiście dla dobra polskiej hodowli? W każdym razie, jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze. Pośrednicy, którzy ułożyli tegoroczną listę, już zacierają ręce. Jak mawiają dobrze zorientowani, faktury pójdą w ruch. A u Stojanowskiej nawet podwójnie, wszak ma legalną firmę doradczą: jedna do Janowa, a druga do klienta Janowa. Nie tyle sprytne, co bezczelne.  Chodzą już takie żarty, że wynagrodzenie p/o prezesa Janowa, skoro potrzebuje doradcy w dziedzinie, w której to on powinien być fachowcem, powinno być pomniejszone o kwotę wynagrodzenia Stojanowskiej, bo skąd Janów ma mieć pieniądze dla tak kosztownej doradczyni, to wie chyba tylko pan minister.  Nota bene kuriozalnym jest fakt zatrudnienia w roli doradcy (hodowlanego?) byłej urzędniczki, która próbując przez ostatnie cztery lata działalności na własny rachunek, zaliczyła wyłącznie porażki; wszystkie, ale to wszystkie aukcje, w których brała udział dzisiejsza doradczyni, podobno najlepszej polskiej stadniny, okazały się spektakularną porażką: aukcje pod Krakowem (na spotkaniu z hodowcami w Białce w 2018 roku padły publicznie słowa o oszukaniu sprzedających) - już nieorganizowane, aukcja na Słowacji - tam nie sprzedał się ani jeden koń. Do tego jeszcze głośne oskarżenie o konflikt interesów A.Stojanowskiej jako sędziego ECAHO.  Dla jakich zatem umiejętności tę panią zatrudnił p/o prezesa? O czym nie wiemy? Jeśli nie z powodu umiejętności związanych z hodowlą, czy sprzedażą koni, to może, aby zapewnić sobie za te pieniądze medialny spokój? Bo umiejętność rozniecania histerii to ta pani ma wielką!

I to jak widać okazało się złudzeniem. Pana ministra poniesie zapewne wkrótce w bezkresne stepy arabski koń pogoniony batem trzymanym przez Stojanowską. Jak mówili klasycy; hajda na koń, panie ministrze.

 


Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za artykuły publikowane na blogach. Opinie wyrażane w tekstach są osobistymi ocenami autorów.
O tempora! O mores!

W czasie obrad sejmowej komisji rolnictwa poświęconej koniom arabskim jeden z obecnych na sali przedstawicieli rolniczych związków zawodowych, wyraźnie poruszony zachowaniem się grupy osób skupionych wokół A. Stojanowskiej i J. Białoboka, która na oślep atakowała wszystko i wszystkich tych, którzy angażowali się w państwową hodowlę koni arabskich po ich odwołaniu, w niezwykle emocjonalnym wystąpieniu zaapelował o porozumienie słowami: “przecież konie arabskie nie są partyjne, tu chodzi o ich dobro, a nie o wasze interesy”.

Ja także do pewnego momentu tak myślałam. Aż zrozumiałam, w jak wielkim tkwiłam błędzie. Błąd ten polegał na tym, że po odwołaniu “triady” ze stanowisk w stadninach państwowych, nie dość stanowczo oddzieliłam los ludzi od losu stadnin. Również osobiste relacje i wieloletnia znajomość przysłaniały mi jasność osądu. Na szczęście nigdy nie musiałam rozważać kwestii politycznych, ponieważ, podobnie jak większość ludzi w naszym kraju, moim poglądem politycznym jest dobro ojczyzny, a w mojej rodzinie krąży anegdota, że jedynym, który należał do partii, był jeden z pradziadków, który w powstaniu styczniowym należał do partii Bieleckiego – i to byłoby tyle.

Niestety ostre podziały polityczne w społeczeństwie mają swoje konsekwencje również w odniesieniu do wirtualnego bytu, który ogólnie można określić jako „stadniny koni arabskich w polityce i mediach”. Zapewne wkrótce będziemy mieli kolejne odcinki serialu o stadninach koni arabskich, bo już w najbliższych dniach pojawią się listy kandydatów na prezesów tych stadnin, a zaraz potem poznamy ich wyniki finansowe. Wkrótce po nich pojawią się listy na sierpniową aukcję i maszyna do hejtu ruszy z kopyta. Tymczasem w ramach podtrzymania nastroju lamentu nad upadkiem naszej rodzimej hodowli, internetowa influencerka znana wszystkim jako “Alina z fejsbuka” z nostalgią wspomina lata minione recenzją dawno wydanej książki, smęcąc tam o trudzie i wyrzeczeniach hodowców przez ostatnie 200 lat i biadając, że oto “nasz skarb, który wnieśliśmy do zjednoczonej Europy” został ostatnio utracony (w domyśle, zniszczony przez zmianę w polityce zwaną przez niektórych dobrą). I niesie się po wirtualnym świecie, niczym echo z Jankielowego koncertu, pytanie “Gdzie dziś jesteśmy?” (co rozumiem to jako lament nad upadkiem hodowli, która bez Stojanowskiej, Białoboka, Treli i Polturfu nie ma prawa istnieć).

I tak w niedzielne przedpołudnie, w poczuciu obywatelskiego obowiązku, postanawiam zagubionej Alinie z fejsbuka pomóc znaleźć odpowiedź na nurtujące ją pytanie i piszę słowa, które przeczytać można na zrzucie pod niniejszym tekstem. Zamiast jednak podziękowania za moje zaangażowanie w pomoc w zrozumieniu meandrów hodowli koni arabskich oraz za przekazanie wyników skomplikowanych obliczeń sprzedanych i rozdanych hojnie embrionów, influencerka podnosi larum, że jest obrażana. Konia z rzędem temu, kto zrozumie, o co tu chodzi. Pani pyta “Gdzie jesteśmy?”, a ja grzecznie odpowiadam, jak jest. Jako osoba dobrze zorientowana w branży, czyli hodowca koni arabskich, a ostatnio badacz barwnych i skomplikowanych dziejów polskiej hodowli, próbuję podzielić się wiedzą – a tu krzyk, usuwanie mojego wpisu, publiczne dąsy i spazmy. Dlaczego???

Może dlatego, że dla Aliny z fejsbuka, która bezceremonialne, kompromitując zasłużony wcześniej tytuł, podszywa się pod „Araby Magazine”, nie jest ważne, jak było naprawdę. Dla niej prawda ma „wersje”, a historyczna prawda, oparta na dokumentach i twardych dowodach, tej pani nie przekonuje. Jak większość jej rówieśników, korzystających z dostępnych im przywilejów, nie przyjmuje do wiadomości, że powojenna hodowla koni arabskich w Polsce była co najmniej tak skomplikowana, jak ustrój, który panował w kraju. Konie arabskie zrabowane przez państwo prywatnym hodowcom były w PRL cennym źródłem dewiz i tylko temu zawdzięczamy dzisiejsze legendy i przetrwanie hodowli do lat 90. Stadniny były oazami luksusu w porównaniu z PGR-ami, a praca np. dla Animexu była oknem na świat w dosłownym tego słowa znaczeniu. Na pytanie, czy ludzie, którzy przy tym pracowali, wspierali komunę, czy z nią walczyli, każdy może sobie odpowiedzieć sam. Dziś łatwo jest Alinie z fejsbuka atakować Marka Grzybowskiego (który zakładał Solidarność w Animexie – nie zaś ona), bo ma kobieta parcie na szkło, a Grzybowski nie traktuje tego poważnie. Pani ta nauczyła się przez ostatnich kilka lat bezkarnie atakować ludzi, którzy myślą inaczej, niż ona i którzy na historię i stan obecny naszej hodowli patrzą realnie, a nie przez wizjer kamery TVN. Alina z fejsbuka rzuci się na każdego, kto powie lub opublikuje niewygodną dla niej prawdę – a prawda jest taka, że stare czasy nie wrócą, ponieważ przeminęły, jak przemija młodość i uroda.

Rzymianie wołali: „O tempora! O mores!”. Już wówczas trudno było ludziom pogodzić się ze zmianami zachodzącymi w polityce i w społeczeństwie. Alinie z fejsbuka, która nie może się pogodzić z faktem, że dawne czasy już nie wrócą, a jej idole nie byli rycerzami bez skazy, radzę zastanowić się nad tym, co czuł na przykład książę Roman Sanguszko, którego w latach dawnych, podczas pobytu w Brazylii, postanowili odwiedzić dyrektorzy Krzyształowicz i Jaworowski. Początkowo Sanguszko odmówił, ponieważ dla niego ci panowie reprezentowali znienawidzony reżim, który odebrał mu majątek, w tym i konie arabskie, które jego rodzina hodowała od połowy XVIII wieku. Ale potem zgodził się na rozmowę, jednak atmosfera nie była ani ciepła ani serdeczna. Wydaje się, że mógł mieć książę uzasadnione do reżimu pretensje… Pomimo wielkiej niechęci do komuny i jej reprezentantów, Sanguszko zdobył się na książęcy gest wobec polskiej hodowli i przekazał, za pośrednictwem polskiej ambasady w Brazylii, mikrofilmy sławuckiej księgi stadnej*, którą szczęśliwie udało mu się ocalić podczas II wojny światowej. Tak wygląda prawdziwa miłość do Polski i hodowli oraz działanie dla jej dobra, któremu można przeciwstawić postawę Białoboków, Stojanowskiej, Aliny z fejsbuka i innych osób, które tylko dla udowodnienia swoich racji lub odzyskania władzy, wpływów i korzyści są gotowe stadniny państwowe zniszczyć.





—————————————————-
*Mikrofilmy przekazane Polsce przez księcia Romana Sanguszkę znalazły się w prywatnych zbiorach i, pomimo starań, nie udało się ich dotychczas odzyskać dla polskiej hodowli.

 


Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za artykuły publikowane na blogach. Opinie wyrażane w tekstach są osobistymi ocenami autorów.
Jeszcze Janów nie zginął…

Ksawery Pruszyński, który służył w szeregach 1. Dywizji Pancernej, mawiał: „Kawaleria była dla Polaków tym, czym marynarka wojenna dla Brytyjczyków, bistro dla Francuzów, a makaron dla Włochów; była częścią życia narodu”.

I właśnie dziedzictwo polskiej jazdy przeniesione przez pokolenia, ta duma narodowa, jest dla nas dzisiaj ważnym składnikiem polskiej tradycji. A najważniejszym obecnie symbolem ciągłości polskiej hodowli koni jest Stadnina Janów Podlaski. Wielokrotnie niszczona, potem odbudowywana, zawsze wychodziła poza osiągnięcia poprzedniej epoki. Stała się sławna w 20-leciu międzywojennym i tej międzynarodowej sławie zawdzięcza powojenną odbudowę i przetrwanie, co w warunkach realnego socjalizmu wcale nie było ani proste ani oczywiste.

W roku 2019 minęło sto lat od chwili utworzenia działu hodowli koni czystej krwi arabskiej w Janowie Podlaskim. W tym czasie Janów stał się wiodącą marką w tej dziedzinie na świecie. W latach 70. i 80. XX wieku Stadnina Koni Janów Podlaski, zdobywając rynek amerykański, stała się ikoną światowej hodowli. Kiedy w roku 2017 przypadało 200-lecie Janowa, nie zostało to właściwie wykorzystane. Legenda Janowa, wydzierana sobie nawzajem z rąk przez rządzących, opozycję i internetową gawiedź, gościła nieustannie w mediach jako element walki politycznej, a sterowane przez pozostających w cieniu dyrygentów tej hałaśliwej orkiestry media społecznościowe wzniosły się na wyżyny hejtu. I tak, w latach 2016-2019, Janów Podlaski stał się jedyną rozpoznawaną przez wszystkich obywateli stadniną koni w Polsce. Przez ostatnie cztery lata media głównego nurtu skutecznie przekonały Polaków, że Janów upadł, że został zniszczony przez nielubianą przez nie władzę. Cel został osiągnięty. Pani w „okienku” na lotnisku Okęcie pyta, czy ten Janów jeszcze jest, taksówkarz w Krakowie jest pewny, że go już nie ma, a niemiły pan, irytujący się w poczekalni przychodni medycznej w Warszawie, pomstuje na dobrą zmianę, która wszystko zniszczyła, “nawet Janów proszę pani!”. A we mnie narasta sprzeciw wobec takiej narracji i każdemu po kolei tłumaczę, że nic nie jest czarno-białe i zachęcam do odwiedzenia Janowa, aby się przekonać o tym na własne oczy…

Ale jak przekonać ludzi, którzy nigdy wcześniej w Janowie nie byli, że owszem, są problemy, i to ogromne, ale Janów był, jest i będzie. Konia z rzędem temu, kto wskaże drugą po Stadninie Koni Janów Podlaski polską markę, która jest rozpoznawalna na całym świecie i jednoznacznie polska. Są i tacy, którzy nie wiedzą, gdzie leży Warszawa, ale Janów potrafią wskazać na mapie i marzą, aby tam pojechać lub, jeśli byli, to wrócić. Co więc takiego się stało, że Stadnina Janów Podlaski stała się ofiarą naszej krajowej polityki? Przecież tego nikt obcy nam nie zrobił. Zrobiliśmy to sami. Podróżując w ostatnich latach na wiele pokazów zagranicznych, spotykałam się poza granicami kraju z pytaniami o Janów, ale zawsze były one życzliwe i raczej rozmówcy wykazywali troskę, podziw dla dorobku polskiej hodowli. U nas jest inaczej. Temat Janowa wywołuje irytację, natychmiast nawiązuje się do polityki, niezależnie od poglądów politycznych rozmówcy, i sprowadza się głównie do tego, że Janów został zniszczony i wiadomo, czyja to wina.

Nie wchodząc już w ustalanie, kto jest winny obecnej sytuacji, stawiam pytanie do wszystkich – ale głównie do polityków: I co teraz? Czy opozycja jest już zadowolona, że za pomocą mediów przekonała Polaków, iż rządzący zniszczyli stadninę w Janowie? Czy rządzący, dzierżąc władzę nad majątkiem państwowym (w tym także nad Janowem), mają plan ratunkowy dla Janowa ? Pytam, ponieważ nie widzę jakichkolwiek sensownych działań, poza zaklęciami ministra rolnictwa (naprawdę nie wiem, czy sam wierzy, że wszystko jest dobrze…), zmierzających w kierunku naprawy sytuacji ekonomicznej w Janowie. Coś tam się plotkuje o zmianie zarządu, ale moim skromnym zdaniem KOWR wykorzystał już tzw. wariant “do trzech razy sztuka”. Trzy kolejno następujące po sobie zarządy nie sprawdziły się w janowskiej rzeczywistości. Ani zarządy te, ani nadzór ANR, a następnie KOWR, nie mieli pomysłu, kompetencji, wiedzy i wizji, jak taką spółkę poprowadzić. Patrząc na to, jak jest zarządzany Janów przez ostatnie lata, widzę nonszalancję nadzoru, nieporadność i całkowity brak kompetencji do zarządzania spółką gospodarującą na 1 600 ha ziemi, dysponującą ok. 800 szt. bydła i ponad pięćsetką koni. Czy jakikolwiek będący przy zdrowych zmysłach prywatny właściciel powierzyłby taki majątek którejkolwiek z osób, które dotąd zarządzały w Janowie? Czy przez trzy lata patrzyłby bezradnie, jak spółka idzie w dół (wynik finansowy – 2016: +100 tys., 2017: -1,6 mln, 2018: -3,2 mln). Tak, niestety, może dziać się jedynie w spółce państwowej. (Celowo nie przytaczam w tym miejscu rekordowego wyniku finansowego z roku 2015, ponieważ nie był on typowy dla Janowa.) Janów nigdy nie miał dużych zysków bilansowych, ale zawsze był na plusie. W latach 2005-2015 przeprowadzono wiele inwestycji, które unowocześniły gospodarstwo i możliwości wykorzystania Janowa dla promocji i sprzedaży polskich koni arabskich (nie tylko janowskich). Nie jest to właściwie wykorzystane, nikt z odpowiedzialnych ludzi nie wie, jak należałoby się do tego zabrać.

Muszę jednak gwoli prawdzie dodać, że nie jest prawdą, że Janów przed 2016 nie miał żadnych problemów finansowych. Miał, i to poważne, ale ówczesny nadzór nie dopuszczał do ich ujawniania. Zarząd potrafił utrzymywać wynik finansowy na plusie, choć np. wynik za 2011 (+ 60 tys. zł) był nieomal na granicy straty zamaskowanej przez księgową. Obecnemu nadzorowi udało się to jedynie w 2016. Potem nie dało się już straty ukryć. Można również postawić pytanie, jak wyglądałby wynik finansowy za 2015, gdyby nie sprzedaż klaczy Pepita. Z rachunku wynika, że zamiast 3,5 mln na plus, już wtedy byłoby 3 mln straty. Ale, na szczęście, Pepita została sprzedana i zysk poszybował w górę. Czy to jednak dobre dla państwowej stadniny, gdy stabilność finansowa, jej być albo nie być, zależy od sprzedaży jednego konia?

Janów jest trudnym do zarządzania przedsiębiorstwem. Prof. Witold Pruski pisał, że już przed I wojną światową był obiektem deficytowym, a swój rozwój w 20-leciu międzywojennym zawdzięcza dotacjom ministerstwa rolnictwa. Słabe, trudne do uprawy ziemie, rozległe gospodarstwo, z wieloma starymi już budynkami, konieczność utrzymywania dużego zatrudnienia z uwagi na liczbę zwierząt, a to susze, a to powodzie, wahająca się koniunktura na sprzedaż koni – to problemy, z jakim przez lata zmagał się dyrektor Andrzej Krzyształowicz, a potem Marek Trela. Do tego stało się tradycją, że dyrektor był hodowcą, który nadawał kierunek i ostateczny kształt hodowli. Nie trzeba było być wielkim znawcą, aby wiedzieć, że zmiana zarządu w Janowie dokonana w roku 2016 doprowadzi do tego, z czym borykamy się obecnie. Nie chcę tu odnosić się do kwestii powodów i sposobu odwołania Marka Treli, ale jeśli urzędnicy reprezentujący skarb państwa nie przewidzieli skutków swoich działań, to jest to właściwy czas, aby je naprawić.

Przez pierwsze dwa lata próbowano finansowe problemy jakoś maskować kreatywną księgowością, ale w 2018 strata wyskoczyła na 3,2 mln zł. Jak wielka jest niefrasobliwość urzędników KOWR, widać po ich komentarzach do straty w Janowie (ale również, po raz pierwszy, dzięki p.o. prezesa, w Michałowie), że „skoro wskaźnik likwidacyjny spółki jest prawidłowy, to w związku z tym nie widzimy problemu”. Co to oznacza? Moim zdaniem, całkowite lekceważenie problemu, które powoduje obniżenie wartości spółki Stadnina Koni Janów Podlaski o prawie 5 mln zł w ciągu dwóch lat, ponieważ stratę bilansową zgromadzenie wspólników finansuje z kapitału spółki. Strata za rok 2019 powinna być nieco mniejsza, gdyż Janów sprzedaje już srebra rodowe. Teraz może zacząć sprzedawać meble. Ale co to da? Niewiele. Ceny janowskich koni są niebezpiecznie, nawet poniżej słabego rynku, niskie. Te konie, które należy z Janowa sprzedać, nie znajdują nabywców. Jeśli nadal będą sprzedawane klacze, należące do hodowlanej elity, hodowla się skończy w jedno pokolenie. Bez sukcesów na pokazach, na wyścigach, w sprzedaży Janów się nie podniesie. A bez hodowli stanie się lokalną atrakcją turystyczną, jaką jest dziś słynna Babolna na Węgrzech, w której można zobaczyć ślady dawnej świetności, powspominać lub ponarzekać na rząd, jak kto woli. Resztka życia, jaka tli się jeszcze w Janowie, może pomóc mu się odrodzić, choć bez wsparcia państwa i dobrego zarządzania jest to niemożliwe.

Oczywiście nikt nie dopuści do upadłości Janowa. Państwowe spółki nie upadają, są przyłączane do lepiej prosperujących spółek i sobie żyją nadal własnym życiem – jak np. Białka. Przykłady można mnożyć i bynajmniej nie jest to pomysł obecnie rządzących. Wniosek ministra rolnictwa do Sejmu (przedstawiony na Sejmowej Komisji Finansów Publicznych 11.12.2019) o zgodę na dokapitalizowanie Spółki Stadnina Koni Janów Podlaski kwotą 5 mln złotych jest drogą w dobrym kierunku, pod warunkiem jednak, że dokapitalizowanie nastąpi na początku roku 2020, a nie w roku bilansowym 2019, po to tylko, by ukryć stratę. Jeśli kwota 5 mln ma przywrócić wysokość kapitału spółki sprzed roku 2017, to należy doliczyć do tego stratę za rok 2019, która może wynieść ponownie ok. 2 mln. Zatem potrzebna jest kwota większa niż 5 mln.

Czy minister rolnictwa przekona Sejm do udzielenia takiej zgody, przekonamy się wkrótce. Wniosek przedstawiony Komisji Finansów był tak słabo przygotowany, że śmiem wątpić. Dlatego też, choć plotka korytarzowa niesie, że w Janowie nastąpi zmiana zarządu, przyjmuję tę informację jako bez znaczenia. Każde pieniądze wrzucone do Janowa (dotyczy to też niestety i innych stadnin ze stratą) będą tam zmarnowane. Znaczenie może mieć dopiero dobry plan naprawczy dla Stadniny Koni Janów Podlaski, który będzie jednocześnie jego drogą rozwoju – i na to powinny być przeznaczone środki. Dopiero do tak postawionego zadania należy szukać człowieka, który podejmie się go zrealizować. Jeśli KOWR znajdzie straceńca, który zgodzi się przyjąć funkcję prezesa zarządu w Janowie bez wyznaczenia mu jasno zadań i nie wprowadzi na poważnie planu naprawczego, rokowania dla spółki są słabe. Środowisko jest na tyle małe, że o gorączkowych poszukiwaniach nowych ludzi do Janowa i do Michałowa jest wiadomo od wielu miesięcy. Ale jeszcze nie znalazł się chętny. Zagmatwane relacje pomiędzy KOWR i PKWK, ręczne sterowanie spółkami z Warszawy, skutecznie zniechęca poważnych kandydatów na stanowiska prezesów. W ogłoszenie otwartych konkursów już nie wierzę, bo wtedy nie wiadomo, kto się przyplącze i dopiero będzie kłopot… Do Janowa nie odważy się już wybrać żaden przypadkowy kandydat z klucza politycznego, bo TVN24 jest czujny i tylko czeka na kolejnego ekonomistę, który właśnie odkrył nowe hobby. A jak pojawi się ktoś ze środowiska, do tego z kompetencjami, atak nastąpi ze strony opozycji (przećwiczyliśmy to w Michałowie). A Janów nie może też czekać w takim, jak obecnie, zawieszeniu, bo to droga do upadku.

Wiem, że dawanie rad i do tego publicznie, może być denerwujące dla odbiorców, ale chyba czas to głośno powiedzieć. Janów ma wszelkie narzędzia i warunki, aby nie przynosić strat. Gospodarstwo rolne jest po to, aby utrzymać konie, nie ma być kulą u nogi, tylko wsparciem. Wymaga to starannego gospodarowania na polach, łąkach, w oborze i w stajni. Ludzie muszą być dobrze wynagradzani, bo inaczej odejdą (exodus pracowników z Janowa nie jest tajemnicą). Do Janowa musi wrócić dobra atmosfera, która poprawi się natychmiast, jak zacznie skutecznie działać plan naprawczy. Do Janowa musi trafić człowiek, który przywróci ciągłość tradycji, który zna się na koniach, krowach, rolnictwie, poczuje więź z tym miejscem, zna rynek i międzynarodowe otoczenie hodowli. Człowiek, który zrealizuje niedokończone inwestycje, doprowadzi do odnowienia zabytkowych budynków i wyznaczy nowe cele. A przede wszystkim przywróci “janowski” kierunek hodowli, zarówno koni arabskich, jak i angloarabskich. Ale czy człowiek o takich kompetencjach, jak już będzie chciał, czy będzie w stanie współpracować z nadzorem, który wszystko wie lepiej, a każda różnica zdań kończyć się będzie groźbą rozwiązania umowy w gwałtownym trybie? Jeszcze Janów nie zginął, ale ludzie odpowiedzialni za jego los muszą się spieszyć z działaniem, bo każdy dzień jest stratą dla Janowa. Nad urzędnikami, którzy mają obowiązek dbać o powierzony im majątek są politycy, którzy ich powołali i popierają. Urzędnicy przychodzą i odchodzą raczej bez konsekwencji, ale politycy, którzy za niecałe cztery lata znów poproszą swoich wyborców o głosy, muszą uważać, żeby tym razem wyborcy nie wypomnieli im zniszczenia stadniny w Janowie – i dotyczy to nie tylko ministra rolnictwa.

 


Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za artykuły publikowane na blogach. Opinie wyrażane w tekstach są osobistymi ocenami autorów.
Gdy nie może być lepiej, zawsze może być inaczej!

Moja subiektywna recenzja Zimowej Aukcji na Służewcu spotkała się z bardzo dużym zainteresowaniem czytelników i to, o dziwo, z różnych stron “arabskiej” barykady. Postanowiłam więc pogłębić analizę tego, co widziałam, a raczej tego, co usłyszałam, czyli słynnego już wystąpienia pana Ministra Rolnictwa. W jego wypowiedzi zaintrygował mnie m.in. wątek dotyczący odwiedzających go „fachowców od koni”.

Pan minister był uprzejmy powiadomić słuchaczy, że często przychodzą do niego ludzie, którzy twierdzą, iż znają się na koniach. Tu pełna zgoda – to całkiem możliwe. W drugiej części wypowiedzi dodał, że wszyscy oni twierdzą również, że inni – ci, co mówili, że się znają – to “idioci”… Gdybym nie znała od lat środowiska koniarzy, upierałabym się, że to niemożliwe. Ale środowisko znam i wiem niestety, że tak może być. W dzisiejszym świecie, który obywa się bez autorytetów, każdy, ale to dosłownie każdy, może sobie mówić i pisać (szczególnie w sieci), co tylko przyjdzie mu do głowy i liczyć, że jemu podobni będą to czytać i komentować. Minister, jako polityk i jednocześnie urzędnik państwowy, musi czasem takich ludzi wysłuchiwać lub też czytać korespondencję, którą do niego kierują. Nie ma czego zazdrościć!

Zimowa Aukcja na Służewcu spowodowała dwa takie epistolarne dzieła, które wyszły do ministra z grona osób “zajmujących” się końmi arabskimi i wprawiły w osłupienie hodowców arabów (co do reakcji pana ministra – nie mam wiedzy). Jako że obie wymienione wyżej grupy są żywo zainteresowane tematem, tak więc treść tych „upublicznionych” listów jest im zapewne znana. Ograniczę się więc do ogólnej analizy.

Alina Sobieszak, uważająca się za Araby Magazine (założycielem tytułu był PZHKA, wydawcą „Koń polski”; wreszcie p. Izabella Pawelec-Zawadzka przygotowała kilka numerów sfinansowanych przez sponsorów, głównie przez Janów i Michałów, a ostatni numer wyszedł w 2015 roku – co oczywiście pani S. nie przeszkadza, gdyż uczciwość i moralność stawia na pierwszym miejscu), w swoim liście pouczała ministra, które konie wolno mu sprzedawać, a których nie; najlepiej zaś, jakby przestał się nimi w ogóle zajmować – a odzyska ona wtedy nadzieję, że będzie tak jak było. Z kolei Robert Raznowiecki, odkąd Marek Grzybowski wspomniał o nim w jednym zdaniu obok prof. K. Chmiel, poczuł się na tyle mocny, że poszedł za ciosem i postanowił odwołać p/o prezesa Janowa, Grzegorza Czochańskiego. W żołnierskich słowach komentarza do swego listu do ministra pisze: “Nie może więc być tak, by dziś tym miejscem (czyli Janowem) miał rządzić niepodzielnie człowiek pokroju pana Czochańskiego. Persona będąca swego rodzaju “obelgą” dla jego czci i pamięci (tu nie wiem do końca, o co chodzi) (jej zaprzeczeniem). Urzędnik nie mający należnych przymiotów, ani należnych kompetencji, by kierować taką placówką. Ktoś nie znający zagadnienia, a przy tym nie szanujący i nie kochający koni arabskich. Osoba, której bodaj największym osiągnięciem był udział (w roli statysty) w teledyskach disco-polo… Tak naprawdę człowiek ów nigdy nie powinien był zostać p/o prezesa tak zasłużonej placówki. No, ale stało się – został (złóżmy to na karb takich, a nie innych czasów, nie sprzyjających hołdowaniu jakimkolwiek zasadom i wartościom)…”. Autor listu wypowiada się w sieci także na temat rzekomych zaniedbań zarządu Janowa i tutejszego hodowcy oraz o kondycji, żywieniu koni itp. Powstaje pytanie, skąd ma tak dokładne informacje? Autor tych opinii na aukcji przecież nie był, w stadninie – o ile mi wiadomo – również nie, więc skąd bierze się jego wiedza, wygłaszana z tupetem i pewnością siebie? Janów ma swoje problemy, ale puszczanie w obieg nieprawdziwych informacji jest działaniem na szkodę stadniny, do tego z “gębą” pełną frazesów na temat jej ratowania. Raznowiecki pisze o świecie zasad i wartości – ale o jakie wartości chodzi? Jaki jest ten jego świat? Bo widać jedynie frustrację pod rękę z pychą oraz bufona dosiadającego karła wiedzy.

Gdyby oboje państwo zastanowili się przez chwilę nad konsekwencjami szkalowania Janowa w mediach, być może zdaliby sobie sprawę z rozmiaru szkód, jakie wyrządzają. A może taki zmasowany atak na Janów ma swoje ukryte cele? Możliwe, że Raznowiecki poczuł wolę objęcia po Czochańskim prezesury w Janowie, Sobieszak zaś ma ambicje zostać tam hodowcą albo, lepiej, rzecznikiem prasowym, bo szczególnie lubi występować w telewizji (zwłaszcza w TVN24). Albo głównym specjalistą od marketingu (no przecież parzyła kawę jeszcze w Animexie, a potem prowadziła nawet recepcję w Polturfie!). Może to jest jakiś pomysł… Może to metoda, aby ich emocje wystygły. Może, gdy sobie powędrują codziennie po stajniach (trzeba wstać o świcie), oborach, warsztatach, gdy rozwiążą do południa nierozwiązywalne problemy z wodą, kanalizacją, cieknącym dachem, uszkodzonym wozem paszowym czy chorymi cielakami, pracownikami na zwolnieniach i w innych stanach świadomości, gdy przyjmą interesantów w biurze i jeszcze odpowiedzą (koniecznie do 12.00!) na nagłe pytania z KOWR, to pojmą, że to wszystko nie takie proste. Idąc tym tropem, proponuję, aby na głównego hodowcę do Michałowa dać Agnieszkę Bojanowską, która uważa, że pomoc w kuchni u pani Jaworowskiej w czasie przeglądów hodowlanych uczyniła ją autorytetem w dziedzinie hodowli michałowskiej. P/o prezesa w Michałowie nie trzeba nawet zmieniać, ponieważ Monika Słowik jest wystarczająco niekompetentna i pasuje jak ulał do takiej drużyny. Ciekawe jednak, że choć charakterystyka p/o. prezesa Janowa autorstwa Raznowieckiego równie dobrze pasowałaby do p/o. prezesa Michałowa, to tutaj nasz znawca głosu nie zabiera… Czyżby związane to było z powrotem do kopertowych sprzedaży – czyli łaska prezesa nieodzowną jest, aby nabyć konia – które uprawiane są ostatnio w Michałowie? Czy prywatne interesy naszego krytyka nie wchodzą czasem w paradę? Wszak już jednego konia dzięki temu, pierwszy raz w życiu, zakupił (i to się nazywa doświadczenie w hodowli!) Może coś jeszcze, z łaski p/o., uda się kupić, do tego niedrogo? Na wszelki wypadek pochwalić należało idiotyczną sprzedaż na Winter Auction najlepszego w michałowskim tatersalu konia za tzw. psie pieniądze: “Monika Słowik z Weroniką Sosnowską nie miały problemu z tym, aby rozpoczynać licytację michałowskich klaczy (…) od poziomu tysiąca czy dwóch tysięcy euro. Pokazały w ten sposób właściwą logikę i konsekwencję (…) Udowodniły tak, że znają i rozumieją uwarunkowania aktualnej rzeczywistości i należycie odczytują realia rynku (wsłuchują się w jego mowę i nastroje). (…) Brawo”. Pięknie napisane – niczym cytat z socrealistycznego poematu.

Jest takie powiedzenie, że jak nie może być lepiej, to zawsze może być inaczej. Politykom zależy, by wokół Janowa panował spokój. Udało się to osiągnąć przed tegoroczną aukcją w Janowie, zapraszając do rady przy ministrze Stojanowską i Białoboka, animatorów medialnego zamieszania wokół stadnin. Może więc teraz czas uczynić podobny gest w stosunku do Sobieszak, Bojanowskiej, Raznowieckiego i powiedzieć: sprawdzam!

Pan minister obiecuje konkursy. Obiecuje zatrudnić fachowców, a tymi przecież jesteście właśnie wy! Proszę, skoro wiecie, jak to zrobić, to do roboty!

Choć tak jakoś wyszło, że bronię Czochańskiego, to nie jest to moja intencja. W obronę biorę zasady, tzn. że pana Czochańskiego rozliczyć musi pracodawca, a jest nim KOWR. To, że tego jeszcze nie zrobił, to inna sprawa. Państwo, siedzący w swych domach, jak p. Raznowiecki (z nieznanym wykształceniem), p. Sobieszak (z niepełnym), czy p. Bojanowska (z niewłaściwym) – wszystko to poparte brakiem jakichkolwiek kompetencji i doświadczenia w hodowli (no chyba, że jest inaczej, tylko ze skromności się nie chwalą) – uzurpują sobie prawo do publicznego pouczania, mędrkowania w dziedzinie, o której, niestety, żadnej głębszej wiedzy nie posiadają, a także do opluwania ludzi, z którymi nie potrafią nawiązać intelektualnego kontaktu.

Drodzy! Czekamy zatem na efekty waszej pracy, a my zasiądziemy w ciepełku, przy komputerze, z filiżanką kawy w dłoni i będziemy was oceniać. Oczywiście będziemy w ocenach tacy jak wy: równie „sprawiedliwi”, niezwykle „kulturalni” i całkowicie „obiektywni” .

Nadszedł czas działania, minister czeka, wiem, że czujecie się państwo na siłach. Jednak dla dobra polskiej hodowli, proszę, zajmijcie się lepiej wnukami, rodziną, pożyteczną pracą społeczną lub przynajmniej skierujcie swoją frustrację w innym niż Janów kierunku. Koniec roku i nadchodzące Święta Bożego Narodzenia to czas nadziei i radości. Kierując do wszystkich hodowców i przyjaciół koni arabskich życzenia wszelkiej pomyślności, składam je również stadninom państwowym, wierząc, że przetrwają ten trudny czas i będziemy nadal dumni z naszego wspólnego dziedzictwa, czego sobie i państwu życzę!

Znaczenie słowa ekspert...

 


Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za artykuły publikowane na blogach. Opinie wyrażane w tekstach są osobistymi ocenami autorów.
Dziad o gruszce, baba o pietruszce!

Czyli Winter Star Sale 2019 - recenzja subiektywna

Jak zwykle, „w koniach arabskich” się dzieje! Ostatnio emocje w środowisku „zajmującym się” końmi arabskimi wzbudziła zimowa aukcja koni arabskich na warszawskim Służewcu. Celowo nie używam określenia “w środowisku hodowców”, ponieważ na przykładzie stosunku do tego wydarzenia widać, jak bardzo rozeszły się drogi wymienionych grup. Otóż hodowcy, coraz bardziej zatroskani o spadający popyt na polskie, a więc też ich konie, przyjęli inicjatywę z zainteresowaniem, a mniej życzliwi obecnej władzy - z rezerwą. Tym bardziej, że nazwa i termin kojarzyła się z aukcjami, które, z racji ich sukcesów, wszyscy doskonale pamiętają. Chodzi o michałowskie Winter Sale 2016 i 2017 (całkowicie przemilczane przez polskie media z prawej i lewej strony), które miały znakomitą sprzedaż, organizację i, co ważne, były miłym wydarzeniem dla środowiska hodowców. Po nerwowych i upolitycznionych aukcjach w Janowie, nasze Winter Sale w Michałowie były jedynymi realnymi sprzedażami w Polsce po 2016 roku. Bez gwiazd, ale starannie przygotowane i dobrze wypromowane (szczególnie w 2017), połączone z pokazem hodowlanym ogierów, gromadziły tłumy hodowców i przyjaciół koni arabskich z kraju i zagranicy. Michałowskie Winter Sale, w autorskim wykonaniu prezesa Macieja Grzechnika, były wydarzeniem szeroko komentowanym na całym świecie i wydawało się, że to właściwa droga do tego, aby równowaga zaczęła powracać na polski rynek. Jednak już III Winter Sale, w ubiegłym roku, zrealizowana bez autora poprzednich sukcesów, zanotowała wynik sięgający niespełna 100 tys. euro, czyli aż pięciokrotnie niższy od I Winter Sale (440 tys. euro) i II Winter Sale (505 tys. euro).

Informacja o aukcji na warszawskim Służewcu była nieco zaskakująca, a lista koni rozgrzała emocje i znów sprzedaż koni arabskich trafiła do mediów. O liście koni wiele już powiedziano, nawet PZHKA został przymuszony do zajęcia stanowiska w tej sprawie, a promocję wziął na siebie sam minister rolnictwa i, o dziwo, skierował ją do… no właśnie, do kogo? Raczej nie do klientów, którzy, co było dość oczywiste (choć najwyraźniej nie dla organizatora), na służewiecką aukcję nie przyjechali. Impreza była słaba, rozlazła, bez licytacji, główne dwa konie zostały sprzedane z tzw. koperty, kilka tańszych koni nabyli nieliczni klienci, którzy zawsze łapią okazję, aby kupić korzystnie - i tyle… Przy czym nie sprzedał się ani jeden koń pełnej krwi! Zatem odpowiedź na pytanie, po co było robić tę aukcję, jest sprzeczna z oficjalnym przekazem, głoszącym, że „dla dobra polskiej hodowli”. Bo jak się ma do tego wystawienie folblutów, w większości zagranicznej hodowli? Obawiam się, że chodzi tu o zwykłą, ale niestety destrukcyjną dla hodowli koni politykę, w tym przypadku pod hasłem: „nie ma żadnego upadku”. Pewnie to i prawda. Niemniej jednak to, jak doradcy ministra (mam nadzieję, że nie on sam!) mylą handel końmi z ich hodowlą, jest dość frustrujące. Wkrótce po aukcji okazało się, że podczas jedynej energicznej licytacji doszło do niezgodności oferty z informacją o oferowanej klaczy. W zwykłym świecie nazywa się to oszukaniem klienta. Sprawa już bulwersuje środowisko hodowców i zapewne będzie miała dalszy ciąg.

Potwierdzeniem mojej tezy o owym myleniu był również gwoźdź programu, czyli 15-minutowe wystąpienie ministra adresowane do… znów nie wiem. Do kolegów z partii? Do widzów TVP-Info? Bo przecież nie do obecnych na aukcji gości. Na szczęście, goście zagraniczni niczego nie zrozumieli, a nieliczni goście z Bliskiego Wschodu są przyzwyczajeni do podobnie brzmiącego tonu swoich władców, tak więc raczej nie poczuli się urażeni. Ja wysłuchałam pana ministra uważnie, podobnie jak ponad rok temu, również na warszawskim Służewcu, kiedy to podczas Czempionatu Narodowego przepraszał Annę Stojanowską i Jerzego Białoboka (o Marku Treli nie wspomniał), kajał się i obiecywał odbudowę hodowli, którą według niego zniszczył jego poprzednik na ministerialnym fotelu. Publicznie zaprosił wymienionych do stworzonej przez siebie rady i od tej chwili wszystko miało być już dobrze. Zaproszeni państwo do rady weszli, pomogli sprzedać kilka koni na Pride of Poland (przy okazji, być może, zapewnili sobie prowizje), ale że okazali się nielojalni i przed aukcją spuścili swoje trolle ze smyczy, to pan minister się ich pozbył, rozwiązując radę - i tak sielanka się skończyła.


Słuchałam więc przemówienia pana ministra ze sporym niesmakiem, kiedy publicznie atakował swoich niedawnych sojuszników z rady i, nie owijając w bawełnę, oskarżył ich dokładnie o to, za co jego poprzednik ich pozwalniał. Czy więc pan minister potrzebował aż roku, aby zrozumieć, o co chodziło z tymi zwolnieniami? Groteskowo też zabrzmiało pytanie o to, „gdzie oni dziś są?” (czyli ci, co wcześniej szkodzili), skoro siedzieli na widowni zaledwie kilka metrów od przemawiającego ministra.


Muszę przyznać, że patrząc, jak aukcjoner przybija dzierżawę janowskiej Pingi (platynowej czempionki świata), pomyślałam, że oto pan minister i jego doradcy sprzedali honor polskiej hodowli państwowej za 40 tysięcy srebrników. Czegoś tak żenującego chyba jeszcze nie widziałam! To jest kwota, która przy deficycie Janowa ma niewielkie znaczenie, ale nasze poczucie honoru zostało zbrukane. To, że minister rolnictwa polskiego rządu akceptuje publiczną aukcję na dokonanie embriotransferu od elitarnych klaczy ze stadnin państwowych i to na dodatek z umową, która narusza polskie przepisy PASB, jest działaniem na szkodę polskiej hodowli. Poprzedni minister rolnictwa Krzysztof Jurgiel nie miał dobrej prasy, jeśli chodzi o konie arabskie, ale przynajmniej był do końca konsekwentny - to na jego polecenie nadzór wprowadził we wszystkich stadninach zakaz handlu zarodkami. Obecny minister, za sprawą członków swojej byłej już rady, powrócił do tej patologicznej procedury - przypomnę zarodek od Emandorii sprzedany na tegorocznej aukcji - i brnie w ten proceder dalej.


Może nie ma przy ministrze nikogo, kto mógłby mu klarownie wytłumaczyć, jak wielkie szkody wyrządza polskiej hodowli swoim działaniem? Minister, rozsądny obrońca polskiego rolnika, sam wpadł w sidła propagandy sprowadzającej polską hodowlę koni arabskich do magii kwot, osiąganych za konie, stąd prawdopodobnie parcie na sprzedaż za wszelką cenę, nawet za cenę końca hodowli. Muszę to powtórzyć raz jeszcze i może minister to usłyszy (ale czy zrozumie? czy przedłoży faktyczny interes hodowli nad swój interes polityczny?): sprzedaż embrionów jest szkodliwa dla hodowli polskich koni arabskich, bo skoro każdy może kupić z państwowej hodowli embriony od najlepszych, elitarnych klaczy, nie kupi już tutaj innych koni - tych właśnie, których stadniny powinny się pozbyć.


Przed rozpoczęciem aukcji przypadek sprawił, że rozmawiałam przez chwilę z prezesem PKWK Tomaszem Chalimoniukiem o samym pomyśle Winter Sale i życzyłam mu dobrego wyniku i atmosfery, przynajmniej takiej, jaką stworzył pomysłodawca Winter Sale w Michałowie, od którego nowy organizator powinien się pilnie uczyć. Obecny przy rozmowie był też minister rolnictwa, który wydał mi się zmęczony i zagubiony. Patrząc, jak z nabożnym uwielbieniem, w orszaku ministra postępowali p/o Janowa i p/o Michałowa, zrozumiałam, że w tym gronie minister niczego odkrywczego się nie dowie. Ja zaś dowiedziałam się jednego: można było zepsuć w 2018 roku czempionat na Służewcu, można też zepsuć, pomimo nazwy Winter Sale, aukcję we wspaniałym miejscu, które jest do tego stworzone. Obawiam się, że taki sam los spotka buńczucznie zapowiadane już na 2020 rok CSIO. Jak widać, nie tylko „szerokie plecy”, ale raczej to, że na koniach trzeba się znać, kochać je i rozumieć, aby cokolwiek z nimi robić, choćby to była tylko sprzedaż. Choćby to była aż sprzedaż…

Kiedy mówimy o koniach arabskich, które są wyjątkowe wśród innych koni, zawsze łączymy je z historią, kulturą i emocjami. Są dla nas, hodowców, czymś więcej niż zwierzętami. Dlatego kiedy ja piszę, że koń to kultura, a hodowla arabów w Polsce to nasze kulturowe dziedzictwo, a pan minister, w przemówieniu do hodowców i klientów aukcji, grzmi o naszej hodowli jako o „produkcji zwierzęcej”, to wychodzi jak w tytule: dziad o gruszce, baba o pietruszce!

 


Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za artykuły publikowane na blogach. Opinie wyrażane w tekstach są osobistymi ocenami autorów.
Jaka piękna katastrofa!

Czyli jak pan minister zaczyna naprawę prywatnej hodowli koni arabskich

Mijający rok był dla państwowej hodowli koni arabskich wyjątkowo nieudany. „Rodowe srebra” Janowa i Michałowa rzucono na aukcję tylko po to, aby można było ogłosić sukces w mediach. Wymienić też należy dwuznaczne działania rady przy ministrze, która niby pomagała, potem niby się sprzeciwiała, załatwiła swoje interesy i odeszła w niebyt; jak również nieporadne działania zarządów stadnin, które sprowadzone zostały do administrowania bieżącą działalnością, bez wizji przyszłości, bez planu, bez odpowiednich kompetencji, aby tę przyszłość kreować.


W mediach społecznościowych pojawiły się opinie, że wynik tegorocznego występu na Salon du Cheval w Paryżu jest najgorszy w historii, a winna jest “dobra zmiana” w stadninach. Co do wyniku, nie ma wątpliwości, że jest on bardzo słaby dla państwowych stadnin. Hodowla prywatna zanotowała jednakże sukces – Eralda, hod. Falborek Arabians, zdobyła srebrny medal i tytuł wiceczempionki świata klaczy młodszych. Z jedenastu koni, które przyjechały z Janowa i Michałowa, jedynie dwie klacze z Michałowa zakwalifikowały się do finału. Tak źle rzeczywiście nigdy jeszcze nie było. Zdarzało się, owszem, że konie z Janowa i Michałowa wracały bez medalu, ale minimum 90% z nich wchodziło do finałowej dziesiątki. Tymczasem w tym roku to żenująca porażka. We wspomnianym komentarzu o ten słaby wynik jest oskarżana “dobra zmiana” w stadninach, ale czy na pewno słusznie? Wszystkie konie, które reprezentowały stadniny państwowe (oprócz dwóch klaczy, które akurat weszły do finału i urodzonych już w roku 2017) zostały wyhodowane przez odwołanych w 2016 hodowców. Czy zatem, gdyby nic się nie zmieniło, przywieźliby oni do Paryża inne konie? Czy można powiedzieć, że winą obecnych decydentów jest nieprawidłowy wybór koni na ten pokaz? Czy może konie były źle przygotowane i dlatego przegrały?


Otóż odpowiedź na te pytania jest prosta. W stadninach państwowych nie ma lepszych koni niż te, które pojechały do Paryża. A te, które pojechały, zostały nieprawidłowo wybrane, bo kilka z nich nie powinno tam jechać (nie ta jakość, nie ten czas, nie ta forma). Pustyni Kahila i Adelicie mocno zaszkodzi słaby występ w Paryżu, co do tego nie ma najmniejszych wątpliwości – podobnie stało się wcześniej z Wieżą Mocy w Aachen i Weronie. Również takie konie jak Pascuala, Poganinka i Pregoła nie powinny być pokazywane na tej rangi pokazie. Już na jesiennych przeglądach w stadninach widać było, że konie nie błyszczą formą. Pustynia Kahila na przegląd nie stawiła się wcale. Kontuzja tej znakomitej klaczy była w Michałowie tajemnicą Poliszynela, a mimo to klacz zdecydowano się zabrać do Paryża i dodatkowo odebrano jej dotychczasowego opiekuna, z którym była zgrana. W sporcie mówi się, że zwycięskiego składu się nie zmienia… Adelita z kolei, wyraźnie bez formy (co się zdarza), nie powinna być prezentowana w takim stanie na najważniejszym pokazie sezonu. W przypadku obydwu klaczy zabrakło wiedzy i doświadczenia, a także zwykłego rozsądku, aby powstrzymać się od ich wystawienia.


Michałów – i Monika Słowik w szczególności – nie wykonali pracy przez cały sezon i efekty tego w postaci bolesnej porażki przyszły nieuchronnie. Zbieranie owoców pracy poprzedników (przypomnę ubiegłoroczne złoto Equatora i platynę Emandorii) było zapewne miłe, ale należało przygotować się do następnego sezonu i wykonać podobną pracę nad promocją, tak marki stadniny, jak i planowanych do wystawienia koni. Taka praca nie została wykonana ani przez Michałów, ani tym bardziej przez Janów. Ubiegły rok był dla Michałowa szczególnie udany – przypomnę: sześć medali na Bliskim Wschodzie (Emandoria, Eqator i Galerida), w tym wygrana Emandorii w Dubaju (nagrody finansowe dla Michałowa to ok. 300 tys. €), sześć medali czempionatu Polski i tytuł Best in Show dla Galeridy, a także tytuł dla najlepszego hodowcy i trzy medale w Aachen (w tym srebro dla Eqatora), czempionat Europy dla Wildony i wiceczempionat Pustyni Kahila – a to tylko te większe sukcesy.


Konie w stadninach są, jakie są i tego nikt nie zmieni. Dlatego też należy mądrze planować ich karierę, tak hodowlaną, jak i promocyjną. W tym miejscu muszę z całą siłą podkreślić, że prawie wszystkie konie, które brały udział w tegorocznym czempionacie świata w Paryżu, urodziły się przed rokiem 2016, są więc efektem pracy hodowlanej dawnej ekipy. Nie może być tak, że jak trafi się jakiś sukces, to jest to przedstawiane jako jej wyłączna zasługa, a jak jest klęska, to koniecznie trzeba oskarżyć „dobrą zmianę”. Wiele osób, które dotąd śledziły poczynania polskich koni arabskich na światowych ringach, nie ma świadomości, że sukcesy polskiej hodowli państwowej na przestrzeni lat były efektem skumulowanej pracy hodowlanej w polskich stadninach po II wojnie światowej. Poprzednicy, szczególnie w Michałowie, zostawili schedę, która przynosiła stadninom i polskiej hodowli wiele bardzo dobrych wyników.


Ta swoista “złota era” polskiej hodowli państwowej na pokazach światowych ma jednak swoją ciemną stronę w postaci wyprzedaży embrionów od elity klaczy (96 zarodków w ciągu ośmiu lat z trzech stadnin) oraz trudnego do zrozumienia odejścia i zaniedbania polskiego programu hodowlanego. O ile można jeszcze uznać, że w Janowie główne rody męskie są przynajmniej przechowywane (bo używane i rozwijane już nie), to Jerzy Białobok nie krępował się wcale, likwidując całe bogactwo rodów, które pozostawił po sobie dyrektor Ignacy Jaworowski. Dziś nie ma już w Michałowie żadnego ogiera z rodu Kuhailana Afasa or.ar., Bairactara or.ar., Ilderima or.ar., czy Ibrahima or.ar. Ród Kuhailana Haifi or.ar. jest na wymarciu, a ród Krzyżyka reprezentowany jest przez wałachopodobnego Formana. I to właśnie jest prawdziwa katastrofa. Jeden słaby występ w Paryżu można uznać za wypadek przy pracy, ale naprawić popsutej hodowli nie da się tak łatwo.


Trela, Stojanowska i Białobok wprowadzili temat koni arabskich do bieżącej polityki i odkąd Janów i Michałów stały się jej częścią, maleją szanse na przetrwanie stadnin. Minister, który osobiście zajmuje się handlem końmi arabskimi, powinien zmienić doradców, ponieważ ci, którzy mu doradzają, prowadzą stadniny koni arabskich w stronę przepaści. Gdybym miała taką możliwość, poleciłabym panu ministrowi tekst na 100-lecie państwowej hodowli, który jasno wskazuje, czym jest nasza hodowla jako dziedzictwo kulturowe i jak ważna jest konieczność jego pielęgnowania. Wyprzedaż elity klaczy i embrionów od tych klaczy, dzierżawienie elitarnych klaczy bez potrzeby, jak również utrzymywanie w stadninach osób jedynie pełniących obowiązki zarządu (jak zapewnia pan minister, dopiero po rozstrzygniętych konkursach przyjdą fachowcy), prowadzi państwowe stadniny koni czystej krwi, krok po kroku, do nieuchronnej katastrofy. A tymczasem pan minister z niezmąconym, radosnym optymizmem ogłasza, że teraz będzie wspierał hodowlę prywatną… Uchowaj nas, Boże!

» Kresowe dziedzictwo, czyli 100 lat państwowej hodowli koni arabskich w Polsce 1919–2019

 


Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za artykuły publikowane na blogach. Opinie wyrażane w tekstach są osobistymi ocenami autorów.
 
  Publikowanie tekstów oraz zdjęć z portalu polskiearaby.com na innych witrynach wymaga każdorazowo pisemnej zgody wydawcy portalu.  
 
   
  --