Sunday . 19.08.2018 . 21:10
 
 
 
 
  Polskie Araby

Main page

 
 
facebook
polskiearaby.com
--
--
--
--
--
Contact
Publisher:
Monika Luft
redakcja@polskiearaby.com
The opinions expressed in the articles published on the polskiearaby.com website are the sole responsibility of the author.
Technical section:
webmaster@polskiearaby.com
Advertising:
reklama@polskiearaby.com
our prices
--
 
 
W czyjej służbie jest Marek Szewczyk?

W czyjej służbie jest Marek Szewczyk?
(bo na pewno nie pełnej i obiektywnej prawdy)


Z dużym niesmakiem zapoznałem się tym razem z najnowszym tekstem Marka Szewczyka (autora blogu “HipoLogika”), zatytułowanym: “Konie i Rumaki” w służbie czarnego pijaru”, gdyż jest on utrzymany w aroganckim, napastliwym  tonie, a do tego zaciemnia obraz stanu rzeczy.

Rozumiem, iż tyleż starą, ile wypróbowaną metodą jest “obrona przez atak”, jednak trzeba uważać, by nie “przekroczyć granic obrony koniecznej” (co najmniej w sferze dobrego smaku) – co w tym przypadku miało miejsce. Przede wszystkim, redaktorze Szewczyk, nim pan komuś publicznie zarzuci “kłamstwo”, to wcześniej dobrze by było zdać sobie sprawę z tego, kiedy tak naprawdę mamy z nim do czynienia – wbrew bowiem pozorom, różnica pomiędzy kłamstwem a podaniem nieprawdziwej informacji jest dość istotna. W pierwszym przypadku musi zachodzić świadoma intencja wprowadzenia kogoś w błąd (często w celu osiągnięcia określonych korzyści), a zatem jawna manipulacja oparta na złej woli, perfidii i wyrachowaniu. Tymczasem w przypadku inkryminowanego tekstu (Marty Borowskiej, pt. “Pianissima i El Dorada – biotechnologia w służbie hodowli, czyli zarodki na wyprzedaży”), nie można stwierdzić, czy był on manipulacją inspirowaną złą wolą, czy też wynikiem niepełnej wiedzy (nieświadomości) autorki. Zakładając, że każda nieprawdziwa informacja to kłamstwo, musielibyśmy też przyjąć, iż kłamał pan, pisząc iż “bogu ducha winny Jerzy Białobok oberwał rykoszetem” . Tymczasem, kreśląc te słowa, nie miał pan świadomości ich nieprawdziwości, a co za tym idzie, nie zachodziła tu intencja wprowadzenia kogokolwiek w błąd – nie kłamstwo więc tu można panu zarzucić, a jedynie pomyłkę (czy bardziej nawet sklerozę). Ergo nie można zarzucać kłamstwa komuś, kto nie ma złej intencji lub też – z jakichś powodów – nie ma pełnej świadomości wypowiadanych słów. Po drugie, nim w pełni intencjonalnie zarzuci pan komuś kłamstwo, to proszę się wpierw zastanowić, czy – w tym momencie – sam się pan o takie nie ociera.

Schizofrenią trąci natomiast fakt, iż usilnie doszukuje się pan jakiegoś układu (mającego rzekomo na celu kreowanie „czarnego pijaru” wobec byłych prezesów) – w sytuacji, gdy sam jest pan rzecznikiem innego (“przyganiał kocioł garnkowi”). Proszę też nie mydlić nikomu oczu, iż sili się pan kiedykolwiek na jakikolwiek obiektywizm; w sytuacji, gdy wiele pańskich tekstów w “Hipologice” świadczy niezbicie o tym, iż w pełni bezkrytycznie (więc nie dziennikarsko) staje pan po jednej tylko stronie sporu. Nie przez przypadek też to właśnie pana wyznaczono (w III 2016 r.) na prowadzącego ową niesławną konferencję A. Stojanowskiej, J. Białoboka i M. Treli (żenującą klimatem i warstwą merytoryczną, a haniebną warstwą manipulacyjną). Wszystko to nie daje podstaw, by stroić się w szaty bezstronnego obserwatora i obiektywnego komentatora stanu rzeczy, natomiast świadczy o tym, że jest pan tu stroną oraz „pijarowcem” i propagandzistą wyżej wspomnianych. Już zupełnie czymś niebywałym, w mojej ocenie, jest niedwuznaczne nawoływanie do sabotowania danego pisma – tylko dlatego, że nie spodobał się panu (a głównie patronom) zamieszczony w nim tekst. Gdzie tu wolność słowa i swoboda wypowiedzi? To może od razu zamknąć pismo, bo ośmieliło się opublikować coś w istocie mało pochlebnego dla pana mecenasów? Wstyd, panie Szewczyk; tym większy, iż był pan przez lata redaktorem naczelnym “Konia Polskiego” – choć, z drugiej strony, w istocie ciężko stawiać pana za wzór rzetelnego i profesjonalnego dziennikarstwa. Dla mnie osobiście bardzo niesmaczne jest sugerowanie, że każdy krytyczny głos pod adresem byłych prezesów ma na celu wyłącznie ich “oczernianie”, bo to tak, jakbym słyszał biskupa, który zawsze uzna zarzuty pedofilskie pod adresem konkretnego księdza za “atak na cały Kościół”. Proszę więc o nieco umiaru i pokory, redaktorze Szewczyk  (niefortunny były prezesie PZJ) w formułowaniu tego rodzaju wniosków, bo nie uchodzi.

Jeśli nawet założyć, czego nie przesądzam, iż w niektórych kwestiach autorka tekstu rozminęła się nieco z prawdą, to – zamiast wyzywać ją od kłamców, a przy tym tworzyć tyleż fantazyjne, co wykluczające się teorie spiskowe – należy sobie raczej zadać pytanie, czyja to wina, że wokół tego tematu (“wolnego rynku zarodków”) narosło aż tyle niejasności, spekulacji i kontrowersji? Byli panowie prezesi nie musieli wszak – w pogoni za pieniądzem – odchodzić od polskiej tradycji i filozofii hodowlanej, opartej na miłości, podziwie i szacunku dla konia, jak też praw natury. Nikt nie nakazał im prowadzenia takiej właśnie działalności, ale skoro już w nią weszli, to przynajmniej mogli zachować jak najpełniejszą transparentność w tej mierze, by nie było tu żadnych wątpliwości i znaków zapytania. Tymczasem nie tylko wręcz zapamiętali się w tym procederze – nie licząc się tu z nikim, ani niczym – to jeszcze zamienili państwowe stadniny niemal w prywatne folwarki, traktując macice najlepszych polskich klaczy niemalże jako matryce do wybijania złotych dukatów (do tego w możliwie największej tajemnicy, a przy tym też pogardzie dla wszystkich z zewnątrz, spoza układu). Dlatego teraz nie mają prawa oburzać się i unosić, gdyż jako dorośli ludzie powinni zdawać sobie sprawę z tego, że “kto sieje wiatr, ten zbiera burzę” (prędzej czy później).

Czego by nie pisać dziś o tych sprawach i jakby nie próbować tego bronić, to w pewnym momencie zjawisko znane jako “biotransfer zarodka”, stało się zakrojonym na szeroką skalę, bezdusznym procederem, który niemalże wymknął się spod kontroli (vide „odnaleziona” Epica KA). Robienie interesów za pomocą jednak dość drastycznych, gdyż mechanicznych ingerencji w żywy organizm (w macice klaczy), już samo w sobie – jakby nie patrzeć – jest wątpliwe etycznie, natomiast dodatkowo poraża tu skala tegoż procederu (mówimy o kilkudziesięciu takich przypadkach w obrębie dekady /myślę, że ok. 80/). Czego więc tu bronić, panie Szewczyk? Także w ocenie krytykowanego tekstu musi się pan na coś zdecydować, bo raz odsądza pan ów tekst (en block) od czci i wiary – nazywa go “paskudnie kłamliwym” –  po czym przyznaje, że wiele wątków jest w nim “podejrzanie” prawdziwych. No więc albo, albo (nie można jednocześnie zjeść ciastka i mieć ciastka).

Na koniec uporządkujmy kilka faktów:

1. Pianissima przez 12 lat swego życia urodziła tylko jednego źrebaka w macierzystej stadninie (Paminę po Pogrom), a w ogóle dwa (jeszcze Pię po Ganges). Na, w sumie, dziewięcioro jej potomków, mniejsza część, gdyż tylko cztery, stały się własnością SK Janów Podlaski (jeszcze Pianova po Eden C i Prometeusz po FA El Shawan). Poprzez owe – nieodłącznie jej towarzyszące w USA – “płukania zarodków”, nie tylko wróciła stamtąd jałowa (choć miała wrócić źrebna), to jeszcze przez dwa kolejne lata nie zaźrebiła się – o czym nikt ani się nie zająknie, choć była to ogromna strata dla naszej hodowli, owe trzy zmarnowane lata wyeksploatowanej tak Pianissimy (co więcej, podobne problemy miała też Eula, już nie mówiąc o Olicie). Koszt jej ubezpieczenia na poziomie 500 tys. euro (euro czy dolarów?) także musi budzić wątpliwości, gdyż był on co najmniej czterokrotnie zaniżony w relacji do jej wartości rynkowej. Co nas może obchodzić fakt, ile tysięcy dolarów wydawał rocznie na jej promocję, występy i trening jej dzierżawca? Nie może nas to obchodzić, gdyż żadną miarą nie możemy tego sprawdzić ani potwierdzić. Natomiast, jeśli prawdą jest, że SK Janów Podlaski otrzymała za nią dwa razy po 100 tysięcy dolarów, to opinia publiczna powinna się dowiedzieć, gdzie ostatecznie trafiły te pieniądze, na co je wydano i jaki konkretny pożytek przyniosły tejże nadbużańskiej hodowli. Proszę się, w tej mierze, nie chować dłużej za “tajemnicą handlową”, bo to nie były niczyje prywatne klacze, a własność państwowa.

2. El Dorada… Czyli jednak prawdą jest, że w odnośnej klauzuli nie było zawarowanej liczby zarodków mogących być od niej pobranych w USA! To bardzo ważna informacja, świadcząca ewidentnie o tym, że te polskie interesy w tego rodzaju przypadkach nie były tak świetnie gwarantowane, jak starano się nam przez lata wmówić. Co więcej, to właśnie Jerzy Białobok szczególnie “szalał” na polu handlu zarodkami – tak na kierunku amerykańskim (Zagrobla, El Dorada, Emandoria, Wieża Mocy), jak też belgijskim (Espadrilla, Emocja, Palanga). W ten sposób, chcąc nie chcąc, uczestniczył w tym już zaiste chorym procederze prowadzonym przez Knocke Arabians (BE), polegającym na produkowaniu (inaczej tego nie można nazwać) na masową skalę zarodków po og. QR Marc  (US), kiedy to rodziło się po nim “od jednej klaczy” (Dajana, Polonia) po dwadzieścia i więcej źrebiąt w ciągu kilku sezonów. Gdzie w tym wszystkim była hodowla jako taka – pytam? Gdzie romantyzm tejże i fantastyczna niepewność w oczekiwaniu na to, co przyniesie nam natura? To, co się dzieje teraz, głównie w Belgii właśnie, to jakiś chory chocholi taniec, niemający wiele wspólnego z prawdziwą hodowlą koni (jeśli już, to z inżynierią i produkcją). Jak na coś takiego mogli w ogóle pójść byli polscy hodowcy tych pięknych, dumnych i szlachetnych zwierząt? I w imię czego? Tych “kilku srebrników”? Tak się zastawiam, jak w ogóle można bronić ludzi, którzy z hodowli zrobili przemysł; którzy, zamiast prowadzić ją z poszanowaniem praw biologii i natury, poszli w biznes z ludźmi pozbawionymi wszelkich zasad i jakichkolwiek zahamowań na tym polu? Tu nie ma czego bronić, redaktorze Szewczyk, i nawet kogo!

O tym, jak z pure polish zrobić straight egyptian Polska…

Z mocno ambiwalentnymi uczuciami obserwuję bieg spraw w naszej hodowli koni arabskich (niestety, moja percepcja tego jest dość krytyczna). Szczególny niepokój budzą decyzje i działania aktualnej władzy hodowlanej w kwestii dokonywanych przez nią wyborów i strategii reprodukcyjnej. To, co ma dziś miejsce w SK Michałów czy (szczególnie) w SK Janów Podlaski, w moim przekonaniu, nie tylko nie służy naprawie niewłaściwego stanu rzeczy, wygenerowanego – by była jasność - jeszcze przez poprzednią władzę, ale nawet prowadzi do jego pogłębienia (świadczy o tym wprost oficjalna /pełna/ lista ogierów czołowych 2018 i wnioski wynikające z trwającego właśnie sezonu wyźrebień)…

  

PONIDZIE

  

Z zeszłorocznej wypowiedzi Hanny Sztuki ( www.polskiearaby.com z dn.18.01.), kierującej hodowlą koni w SK Michałów - wynikało dość jednoznacznie, iż obecna jest tam świadomość faktu “zanikania rodzimych rodów męskich” i że będą podejmowane próby mające na celu przeciwdziałanie temu stanowi rzeczy. Faktycznie, w ubiegłym roku sprowadzono tam 3 ogiery (z przyszłych 4.) w trybie “misyjnym”, z czego dwa po linii wyścigowej, a jeden w celu ratowania rodu Ibrahima or.ar. Zadanie takie postawiono przed tutejszej hodowli, a prywatnej własności, EKWISTEM 1997 po Eukaliptus (sprowadzonym aż w Włoch). Naturalnie kibicuję temu, by sprostał on temu wyzwaniu i pozostawił tam sukcesora rodu Ibrahima or.ar., zastanawiam się tylko czy będzie on w stanie mu podołać (czy jest tu właściwym wyborem) i czy skala jego użycia stworzy mu optymalne warunki ku temu? Prawda jest taka, że samo ściągnięcie danego ogiera do stadniny, to dopiero jeden, z kilku elementów, które muszą zaistnieć, by projekt ów mógł się powieść. Drugim jest prepotentność takiego konia, a trzecim - skala i trafność użycia. Dopiero połączenie ich wszystkich może się złożyć na końcowy sukces, tymczasem wcale nie wygląda na to, by coś takiego miało mieć tu miejsce. Do końca lutego urodziło się po nim ledwie 2 źrebaki, a na koniec sezonu będzie ich nie więcej, niż 5. Czy w tych realiach – abstrahując od jego wartości reproduktorskiej – ma on szansę podołać swej misji? Śmiem wątpić. W tym roku dotarł do Michałowa prywatnej hodowli i własności ETERNAL 2008 po FS Bengali (DE). Ten wnuk słynnego Kubińca (SU), z sublinii klemensowskiego Araxa, otrzyma za zadanie spłodzenie gatunkowego syna, który mógłby stać się odrodzicielem rodu Bairactara or.ar. Życzę mu tego, gdyż to stylowy koń, choć nieco “lekki” (zbyt finezyjny) jak na reprezentanta tego rodu. Niestety, zapewne także jemu nie przypadnie na tyle liczna liczba klaczy (takie są zarezerwowane tylko dla przedstawicieli rodów pokazowych /szczególnie jednego/), by można było zakładać jego sukces na tym polu. Pointa w tym miejscu jest taka, że naturalnie czymś chwalebnym jest mieć świadomość problemu i wykazać odnośną inicjatywę. By jednak takowa mogła być skuteczną, to niezbędna jest cierpliwość i konsekwencja (pryncypialność), których tu najwyraźniej brakuje.

  

Cieszy, że postanowiono zadbać bardziej systemowo (a nie tylko wypadkowo, jak to miało miejsce za prezesa Białoboka) o rozwój “linii biegających”. W tym duchu od krajowego hodowcy (rzecz wcześniej nie do pomyślenia) wypożyczono legitymującego się wybornym rodowodem (wnuka legendarnego Monarcha AH /US/) - Derbistę WARESA po Ontario HF (US), a z Kaukazu ściągnięto rzetelnego “wyścigowca”, a do tego syna michałowskiego Derbisty Egisa (po Penitent) - KURIERA (RU). Zadaniem tej dwójki (może nie jedynym, ale zasadniczym) będzie spłodzenie tam pewnej liczby dzielnych źrebaków w połączeniu z najlepszymi michałowskimi klaczami wywodzącymi się z “linii biegających”. Jest więc szansa na to, iż już za kilka lat Michałów będzie mógł nie tylko skuteczniej rywalizować na torze z Janowem (co ostatnimi laty niespecjalnie się udawało), ale też uzyskać pewien przychód z potencjalnych wygranych na torze.

  

To, iż - jako się rzekło - znaczące liczby klaczy zarezerwowane są w Michałowie tylko dla ogierów z rodu Saklawi I or.ar. (nie licząc Eksterna) widać wyraziście na przykładzie niejakiego SAHMA EL ARAB (US) po WH Justice (US). Młody i jeszcze nie w pełni ukształtowany siwek, więc nie do końca wiadomo co tak naprawdę sobą prezentujący, jako jednak autorski projekt duetu Grzechnik-Sztuka, nie miał żadnych problemów z otrzymaniem sporej liczby klaczy. W efekcie czego już na początku sezonu przyszło po nim na świat aż 7 źrebaków - liczba nieosiągalna dla większości rodzimych reproduktorów. Co więcej, zapowiedź “bardzo starannego podejścia do użycia ogierów z zanikających rodów męskich” odczytuję bardziej jako próbę wytłumaczenia pewnej “wstrzemięźliwości” wobec nich, niż obietnicę szerszego ich użycia w rodzimej hodowli. Wyznaczanie im max. 5 klaczy na sezon, to zbyt mizerna wielkość, by stworzyć im realną szansę zaistnienia w hodowli. By nie liczyć tylko na cud, to takich (należycie dobranych) im partnerek powinno być przynajmniej dwa razy tyle. O to jednak będzie bardzo trudno; w rzeczywistości, w której prawie wszystko podporządkowane jest chęci kreowania tylko pokazowego przychówku.

  

Statystyka jest tu nieubłagana i tyleż jednoznaczna. W grupie źrebaków urodzonych do końca lutego nie ma ani jednego po “Krzyżyku” (Formanie) i tylko 2 po “Ibrahimie” (Ekwiście). Jest kilka sztuk po Eksternie, ale to zupełnie osobna i tyleż wyjątkowa historia. Wszystkie pozostałe to przychówek “Saklawi I” (z liderującym – nie wiedzieć czemu - El Omari, który jest ledwie średniej klasy reproduktorem). Co więcej, mimo licznej i mocnej stawki własnych ogierów z tej linii (EL OMARI, EMPIRE, EQUATOR, ERYKS, KABSZTAD, MEDALION, MORION i ZŁOTY MEDAL) i obecności SAHMA EL ARAB, zapewniono sobie możliwość użycia kolejnych, jak: AJA ANGELO (GB) po WH Justice (US), EL PALACIO (US) po Al Lahab (IL), MURANAS JASSEHR (DE) po Major (DE) i SHAMS SHARAV (IL) po Simeon Sharav (AU). W tej sytuacji – takiej klęski urodzaju - znowu zabraknie stosownej liczby klaczy dla Ekwista i Eternala, a już na pewno dla miejscowego Formana. Casus tego ostatniego: zbyt “troskliwego” (ergo ledwie śladowego) użycia w Michałowie, to już nie teza czy założenie, a smutny fakt. Koń spełniający wszelkie kryteria, by być cennym reproduktorem; sam urodziwy i stylowy, a do tego wywodzący się z charyzmatycznej, wybitnie uniwersalnej linii żeńskiej i “zanikającego” rodu męskiego - otrzymuje po kilka klaczy rocznie (a też nie słychać, by biły się o niego Janów czy Białka). Na naturalne więc, w tym stanie rzeczy, pytanie: jak w takich warunkach ma zaistnieć w stadzie i pozostawić sukcesora rodu - nie potrafią odpowiedzieć nawet najstarsi Górale. Na jego przykładzie widać pewną nieszczerość (grę pozorów) michałowskich hodowców. Z jednej strony ściągąją ogiery zza granicy, z drugiej - własnego lekceważą w sposób bezpardonowy. Czy da się pogodzić te dwa fakty? Nie bardzo, gdyż albo robi się coś szczerze ( konsekwentnie), albo tylko firmuje się fikcję. Przeciwskutecznymi działaniami są próby podejmowane w imię czegoś, a przy tym w trybie praktycznie uniemożliwiającym ich realizację. Ongiś prezes Trela “ratował” już ród Krzyżyka or.ar. - ściągając z Anglii do Janowa michałowskiej hodowli Ferryta. Niestety na dobrych intencjach się skończyło, gdyż nie znalazł dla niego więcej, niż 5 klaczy. W wyniku tego przyszło tam po nim na świat jedynie 3 źrebaki, co nie pozwoliło mu zaistnieć w stadzie. Pointa tutaj jest taka, że niespełniając “warunków brzegowych” skazujemy każdy projekt na porażkę (cuda bowiem zdarzają się niezmiernie rzadko)…

  

PODLASIE

  

W Janowie Podlaskim, gdzie hodowlą koni arabskich zawiaduje człowiek nie znający się na rzeczy - nie ma miejsca nawet na należytą świadomość i pogłębioną refleksję. Mamy więc tam do czynienia z porażającą prostotą - by nie rzec prymitywizmem – decyzji i działań. Pan prezes jako laik w temacie, tak też - iście po dyletancku - podszedł do tematu doboru osobniczego w stadninie, wybierając na ojców tylko najgłośniejsze ogiery i nicki (Saklawi I -Szamrajówka). Wszystkie inne arbitralnie usunął w cień, lub w ogóle odsunął od reprodukcji. W wyniku tych działań praktycznie tylko “linia wyścigowa” - jako nieliczna i specyficzna – będzie przeznaczona pod ogiery z rodu męskiego Amera or.ar., tj. importowanego SS MOTHILLA (GB) po Nizam (GB) i miejscowego BANDOLERO po Portmer (SE). Niemal wszystkie inne janowskie klacze trafią pod ogiery z rodu Saklawi I or.ar. (najczęściej) w nicku z “linią P”, z którego wywodzą się: masowo użyty w zeszłym sezonie POMIAN po Gazal Al Shaqab (QA); depczący mu po piętach w rywalizacji o tytuł “króla stada - POGROM po QR Marc (US) i POGANIN po Laheeb (IL), jak też usunięty już z listy, Paladid. Co więcej, stawkę “czołowych” zasiliły właśnie kolejne 4 ogiery tego “golden cross”, a do tego synowie Kahila Al Shaqab (US), tj.: PARIS (Palmeta), PEON (Penta), PISTOLERO (Pinga) i PITAWAL (Pepita). Wszystko to dzieje się w sytuacji, gdy już w 2017 roku źrebięta po Saklawi I or.ar. stanowiły ponad 80% stawki, gdy po Kuhailan Haifi or.ar. było ich 8%, po Latifie 7% /linia wyścigowa/, a po Ilderimie or.ar. 4%. W zeszłym roku ponad 80%, w tym ponad 90%, a w przyszłym aż strach pomyśleć jaki procent klaczy przeznaczonych pod jeden tylko ród męski (tu także Empire, QR Marc /US/ i EKS Alihandro /ZA/). Nie mamy tu więc do czynienia z czymś doraźnym i przypadkowym, a z jawną i regularną praktyką (procederem). W obliczu tych faktów nie sposób nie zadać pytań w jakim kierunku tak naprawdę zmierzamy i czy w istocie jest to kierunek szanujący naszą tradycję hodowlaną i uwzględniający harmonijny rozwój rodzimego stada? No a co z resztą (większością) rodów? Czy kilka klaczy - w najlepszym razie - na sezon dla Ilderima or.ar. czy nawet Bairactara or.ar. (vide ALMANZOR po El Nabila B /HU/) - mają “załatwić sprawę”? Nie sądzę, natomiast wiem, że takie działania to niechybny przepis na “aferę biologiczną” i wiele problemów już w niedalekiej przyszłości. Ten proceder nie miałby szans zaistnienia u prawdziwych hodowców; mających wiedzę oraz świadomość tego, jak niebezpieczne jest przeinbredowanie i jak ważna jest różnorodność genotypowa dla należytego poprowadzenia stada. Wprawdzie rozumiem, że nie mogę wymagać od kogoś, komu z gruntu obca jest dana wiedza, by kierował się jej zasadami, ale nie zetknąłem się tu również choćby z odrobiną rozsądku i wyobraźni. W tym stanie rzeczy nie pozostaje mi już nic innego, jak tylko zwrócić się do władzy zwierzchniej – także, nie tylko w kontekście tych patologicznych poczynań - o przerwanie tego szaleństwa i odwołanie tegoż człowieka z pełnionej funkcji. Każdy kolejny miesiąc zarządzania przez niego stadniną, to dla niej czas nie tylko w dużej mierze stracony, ale też zagrażający jej należytemu, harmonijnemu rozwojowi (vide wyżej).

  

Ewidentny brak fachowości, wyobraźni i odpowiedzialności prof. Pietrzaka za powierzone mu stado, jest nie tylko bulwersujący, ale i nie do zaakceptowania na dłuższą metę; natomiast jego ignorancja, w połączeniu z niebywałą arogancją, przestają już być jego osobistym problemem, a zaczynają być takim dla całej janowskiej hodowli. Pierwsza z brzegu niedogodność tego stanu rzeczy jest taka, że w przypadku jakichkolwiek zapytań nie ma się tam do kogo zwrócić, gdyż ów pan jest nie tylko osobą mocno zdystansowaną wobec świata i ludzi, ale i pozamerytoryczną. Jako taki zaprowadził w Janowie niebywałą, wręcz “alternatywną”, rzeczywistość, której nie sposób ująć w żadne logiczne, racjonalne czy merytoryczne ramy. Jest ona bardzo hermetyczna, gdyż izolująca się na wszelkie sposoby. Niewiele więc można się o niej dowiedzieć w necie (z ichniejszej strony internetowej, najbardziej topornej, jaką tylko można sobie wyobrazić). Praktycznie można zetknąć się z nią - jakimś jej wycinkiem – jedynie bezpośrednio i tylko pod czujnym okiem zamówionego wcześniej przewodnika, który (za drobną opłatą) oprowadzi nas po tym już zaiste “matrixie nad Bugiem” …

  

RESUME

  

Jedynym dziś rodem męskim mogącym liczyć na bezwarunkową sympatię, łaskę i hojność rodzimych włodarzy jest Saklawi I or.ar. Świadczą o tym dobitnie podane tu przykłady, jak też nieubłaganie i wciąż rosnąca skala jego użycia, chociaż już dziś mieszcząca się w przedziale od 70 do nawet 90 % puli klaczy (istne szaleństwo). Pomimo więc stwierdzonej (na Ponidziu, gdyż na Podlasiu takowej nie zauważono) świadomości stanu rzeczy, jak też werbalnej chęci działań mających na celu ochronę rodzimych wartości w hodowli, to podjęte na tym polu próby są jednak niewystarczające, gdyż niekonsekwentne, nie do końca trafione oraz mizerne w skali. Tym sposobem nieuchronnie zmierzamy więc w kierunku przeobrażenia stada w typie “Pure Polish”, w stado w barwach “Straight Egyptian Polska” - co nie jest zgodne ani z naszym programem hodowlanym, ani, tym bardziej, rodzimą tradycją i filozofią. Pomimo tego rzecz ma miejsce, dzieje się w najlepsze na naszych oczach i nikomu nawet specjalnie to nie przeszkadza. Mnie tak - “S.O.S dla Pure Polish”…

Sędziowie pod lupą
Monika Luft | 09.08.2017 | No comments

Związani z branżą “arabską” użytkownicy Facebooka po zakończonym w miniony weekend pokazie AHO w Chantilly (5-6 sierpnia), emocjonowali się mniej wynikami, a bardziej dyskusją, wywołaną przez wpisy Ferdinanda Huemera (La Movida Arabians) z Austrii. Hodowca, niegdyś przewodniczący ECAHO, od lat nie wystawiał koni na pokazach; tradycją jest za to, że po pokazie w Wels przyjmuje gości w swojej stadninie. W tym roku postanowił powrócić z końmi na ringi pokazowe. W Chantilly wystartował m.in. jego ogier Lawrence El Gazal, reproduktor znany w Polsce z potomstwa urodzonego w Białce. Wydawało się, że wysoko oceniony w klasie Lawrence El Gazal (92,95, w tym 5×20) ma zwycięstwo “w kieszeni” – tak się jednak nie stało. Mimo że trójka sędziów wskazała go jako kandydata na złotego medalistę, przegrał z koniem, który miał tylko jedno takie wskazanie. Dwie klacze hod. La Movida Arabians także znalazły się w finałach, ale jedna z nich zdobyła “zaledwie” srebro, a druga w ogóle nie zaistniała na podium. Te trzy przegrane, jak napisał w kilku emocjonalnych postach na Facebooku hodowca, to skutek pominięcia jego koni w końcowym orzeczeniu przez jedną i tę samą osobę.

  

Abstrahując od zadziwiającego systemu liczenia punktów w Chantilly, urągającemu logice i poczuciu sprawiedliwości (klacz z La Movidy, która dostała w sumie cztery sędziowskie głosy, dwa wskazujące na srebro i dwa na brąz, przegrała z rywalką, która otrzymała tylko jeden sędziowski głos – wskazujący na brąz), uzasadniony może być żal hodowcy, nierozumiejącego, dlaczego koń, który wygrywa klasę z wysoką notą, zostaje przez sędziego całkowicie pominięty, gdy przychodzi do wyboru medalistów. Nie dowiedzieliśmy się, jak wytłumaczyła swoją decyzję wzmiankowana sędzia – wiadomo tylko, że wysłała do Ferdinanda Huemera list, który ten uznał za zamknięcie sprawy.

  

Przy okazji jednak wylała się w internecie istna rzeka skarg na sędziowanie na pokazach. Słowa takie jak “niekompetencja”, “prezenty”, a w końcu “korupcja”, padały nader często w komentarzach, liczonych w setkach. Wygląda na to, że publiczna skarga Huemera nieprzypadkowo wywołała lawinę nieprzychylnych sędziom opinii. Tego, czy korupcja wśród sędziów jest zjawiskiem w “arabskim” biznesie znaczącym czy incydentalnym, nie da się oczywiście jednoznacznie stwierdzić, ponieważ nie istnieją w tej dziedzinie żadne badania, a bywa, że przegrani w gniewie rzucają oskarżenia mające bardzo wątłe podstawy. Zastanawia jednak zauważalny w skali międzynarodowej spadek prestiżu “klasy sędziowskiej”, otaczanej niegdyś wielkim szacunkiem w środowisku.

  

W czym leży problem? Być może najbardziej sporną kwestią jest łączenie przez niektórych sędziów funkcji niezależnych arbitrów z pośrednictwem w sprzedażach. Ktoś, kto handluje cudzymi końmi, na ogół pragnie, by klienci byli zadowoleni. Klienci zaś będą zadowoleni (i wrócą do swego partnera biznesowego) wówczas, gdy zakupione lub dzierżawione przez nich konie będą dobrze wypadać na pokazach. Na pozytywne wyniki mogą mieć bezpośredni wpływ ci sami sędziowie – sędziując osobiście lub też prosząc o przysługę zaprzyjaźnionych jurorów… Mogą, lecz nie muszą, ale tak czy inaczej efekt jest taki, że zdarza się, iż nikt nie jest zadowolony z werdyktu. Ani ci, którzy przegrali, ani ci, którzy co prawda wygrali, lecz ich zwycięstwo zostało powszechnie uznane za wynik niejasnych (czy też jasnych) handlowych powiązań.

  
Problemem mogą być zresztą nie tylko sędziowskie “sympatie”, ale i “antypatie”.

  

Tak więc zaufanie do sędziów i ocena ich pracy spada – i to jest fakt. Do końca tego roku sędziowie ECAHO mają podpisać umowy, w których wyszczególnia się możliwe pola konfliktu interesów podczas sędziowania. Czy to naprawi sytuację? Jak wiadomo, skuteczność każdej regulacji zależy od jej egzekwowania. Jeśli zapisy umowy służyć będą wyłącznie “dyscyplinowaniu” niepokornych sędziów, a więc takich, którzy wyłamują się z określonych układów towarzyskich czy biznesowych, z całą pewnością nie pomoże to w podnoszeniu wiarygodności ogółu jurorów.

  

Niektóre z konfliktów interesów wymienione w nowych kontraktach sędziowskich:

  • jeśli koń jest trenowany bądź prezentowany przez członka rodziny sędziego
  • jeśli koń został sprzedany lub kupiony przez sędziego lub za jego pośrednictwem
  • jeśli koń jest własnością (w całości lub w części) sędziego bądź członka jego rodziny lub partnera biznesowego
  • jeśli koń kiedykolwiek był przez sędziego dzierżawiony
  • jeśli koń został wyhodowany lub jest własnością stadniny, w której sędzia jest lub był zatrudniony
  • jeśli koń był w jakikolwiek sposób związany (np. poprzez trening) z sędzią
  • jeśli z udziałem sędziego trwają negocjacje w celu kupna lub dzierżawy konia
  • jeśli w ciągu 365 dni przed sędziowanym pokazem sędzia wszedł w biznesową relację z wystawcą konia – w tym doradztwo, kupno lub sprzedaż koni.

 
Sędzia ma obowiązek zaprzestania sędziowania, gdy zorientuje się, że istnieje konflikt interesów z wystawcą bądź prezenterem danego konia.

Mój list

Tydzień temu skierowałem pismo do Agencji Nieruchomości Rolnych (ANR), do wiadomości portalu polskiearaby.com. Choć w tym czasie nastąpiły zmiany personalne w SK Janów Podlaski (z pracy zrezygnował p.o. członka Zarządu Mateusz Leniewicz-Jaworski), do dziś nie otrzymałem żadnej odpowiedzi. Dlatego zdecydowałem się upublicznić mój list. Jego treść poniżej.

  

Jako ktoś od 34 lat związany nie tylko emocjonalnie z hodowlą koni arabskich w Polsce, gdyż od 25 l. także  jako publicysta i analityk, autor wielu tekstów m.in. w “Koniu Polskim” i “Końskim Targu”; jako ten, który ongiś przewidział i trafnie nakreślił problemy białeckiego stada (”S.O.S. dla SO Białka”, KT ‘06); wreszcie jako ten, który zaczął poznawać Janów Podlaski jeszcze za czasów śp. dyr. Andrzeja Krzyształowicza - mam, nie tylko moralne prawo, ale i swego rodzaju powinność zwrócić należną uwagę Państwa na aktualną, w wielu punktach nie mogącą być w żaden sposób akceptowalną, rzeczywistość w stadninie janowskiej.

  

Ostatnio SK Janów Podlaski, jako jedyna (w przeciwieństwie do SK Michałów i SO Białka) nie zareagowała na elementarne, ale tyleż kluczowe pytania portalu internetowego polskiearaby.com odnośnie do sezonu rozpłodowego 2017. Stało się tak - co tyleż znamienne, jak i porażające w swej wymowie - z dwóch zasadniczych powodów…

 

1. Dlatego, iż nikt z kierownictwa nie potrafiłby się merytorycznie odnieść do owych pytań (z braku stosownej wiedzy, doświadczenia i kompetencji);

2. Najpewniej nie wypracowano dotąd takich planów, bowiem wszystko co się tam ostatnio dzieje to jeden wielki chaos, pełna prowizorka i zatrważająca amatorszczyzna.

  

Oczywistym jest więc tu pytanie, jak w takich warunkach, tj. bez kompetentnej a decyzyjnej osoby i bez planów hodowlanych, może należycie funkcjonować najstarsza i najpiękniejsza w Polsce (bodaj najcenniejsza w świecie) stadnina koni arabskich czystej krwi?

  

To jednak jeszcze nie koniec, a ledwie początek bolączek tamtejszej hodowli (czyli jak u Hitchcocka)… Janów dziś to placówka borykająca się z palącą już kwestią niedofinansowania infrastrukturalnego i poważnymi kłopotami natury finansowej, które skutkują już niemal pełną absencją jego reprezentantów na najważniejszych pokazach w Europie. Nie udało się też dogadać w sprawie utrzymania sprawdzonego już poziomu oprawy wizerunkowej, a nowa “strona internetowa” Zarządu jest kpiną z wszystkich zainteresowanych. Wszystko to wpływa nie tylko na degradację obiektu i oczywistą, w tym stanie rzeczy, frustrację załogi, ale też skutkuje już realnym spadkiem wartości janowskiego “palenia” na arenie międzynarodowej (wszystko to ma miejsce, przypomnę, w czasie roku jubileuszowego, 200-lecia stadniny).

  

Nowy (z konkursu) Prezes, prof. S. Pietrzak, nie tylko nie ma żadnego pojęcia o koniach arabskich i o zarządzaniu tego rodzaju placówką, to cechuje go jeszcze niebywała wprost pasywność. Jeśli już przejawia jakąś aktywność, to głównie w próbach doprowadzenia do odwołania mianowanego tam wcześniej M. Jaworskiego (członka Zarządu d/s. hodowlanych). W efekcie wzajemnie sobie niechętni, czy wręcz wrodzy “dżentelmeni” nie tylko z sobą nie współpracują, co jest ich odgórnym obowiązkiem, ale nawet nie rozmawiają. Oczywiście nie pozostaje to bez negatywnego wpływu na wszystko co się tam /nie/dzieje (a, przypomnę, że nie jest to ich prywatny folwark, tylko stadnina państwowa, w której powinny obowiązywać określone typy/normy zachowań, ze świętą i pierwszorzędną powinnością należytego wypełniania swoich obowiązków).

  

Bezskuteczne próby wyrugowania niechcianego współpracownika skupiają lwią część uwagi Prezesa, a też rodzą w nim narastającą frustrację, która odbija się bezpośrednio na tych, wobec których sięga już jego władza. Sam pogubiony i pasywny - nie toleruje na swym terenie nikogo, kto wykaże się choć cieniem inwencji i chęci działania. Każda taka osoba jest szybko zwalniana, co stwarza jak najgorszą atmosferę wśród załogi i wymusza na niej totalną pasywność (tak, by nie podpaść Prezesowi i nie podrażnić jego i tak już “zranionego” ego).

  

W ten sposób zrodził się tam tyleż toksyczny, co niezmiernie patologiczny stan oparty w dużej mierze na elementarnych brakach: KOMPETENCJI, WIZJI i CHĘCI. Owa “degrengolada personalno-decyzyjna” wygenerowała w efekcie UKŁAD DYSFUNKCYJNY zdolny ledwie do AUTODESTRUKCJI, ale już w zupełnie obojętny wobec obowiązków, wyzwań i merytorycznych działań. Tak oto pod ogromnym znakiem zapytania stoi kwestia zapewnienia janowskiemu stadu właściwego toku pracy i prawidłowego funkcjonowania, a bez tego wszak nie będzie możliwe zachowanie jego sławy, renomy i charyzmy (a więc wartości niewymiernych i tyleż bezcennych dla każdej hodowli).

  

Panie Prezesie, czy wie pan o tym wszystkim i czy ma pan świadomość tego, co się w Janowie Podlaskim aktualnie dzieje? Dopytuję o to, gdyż myślę, że chyba nie o taką “dobrą zmianę” komukolwiek w ANR czy Ministerstwie Rolnictwa chodziło. Proszę mnie więc chwilę “posłuchać”.

  

Nie może być tak, by dla kierownictwa ANR i nadzoru właścicielskiego Janów był ważny tylko do momentu, w którym są w nim dziennikarze i kiedy jest o nim głośno w mediach (tylko wtedy jest on przedmiotem rozważań, dobrych chęci i powszechnej troski), gdyż Janów Podlaski to nasza historia, nasz skarb narodowy, nasza chluba i duma, ikona polskiej hodowli koni czystej krwi; miejsce, które stało się ongiś “Mekką konia arabskiego” i którą musi pozostać! Jako taka, stadnina ta w żadnym razie nie zasługuje na to, by ktokolwiek jej cokolwiek ujmował, by traktować ją instrumentalnie i by pamiętać o niej tylko “od wielkiego dzwonu”. Absolutnie nie zasługuje także na to, by szefowali jej ludzie “mali”: duchem, charakterem, wiedzą, wyobraźnią; urzędnicy bez określonej klasy, kultury pracy i elementarnej odpowiedzialności za jej stan doczesny i przyszłe losy.

  

Pragnę więc zaapelować do Pana Prezesa, który w imieniu Skarbu Państwa sprawuje nadzór właścicielski nad SK Janów Podlaski, o podjęcie koniecznych działań mających na celu naprawę opisanego wyżej stanu rzeczy, a tym samym doprowadzenie do sytuacji, w której Janowem zaczną zarządzać ludzie mądrzy i godni tej funkcji, a przede wszystkim do niej merytorycznie przygotowani…

  

Z poważaniem, Robert Raznowiecki

   

PS.

Ja wiem, że z różnych powodów nie ma za wielu takich ludzi w naszym kraju, ale taką z pewnością - na stanowisku dyrektora d.s. hodowli koni - byłaby pani prof. Krystyna Chmiel, od lat związana z tą stadniną, jak też z hodowlą koni arabskich. Ta prawdziwa pasjonatka i miłośniczka arabów jest postacią dobrze znaną i szanowaną w światku arabskim - jako m.in. autorka wielu prac oraz  opracowań na temat koni arabskich, ale też osoba, która ongiś z powodzeniem wykorzystała swą wiedzę w osobistym prowadzeniu hodowli koni tej rasy. Jej obecność i praca na rzecz nadbużańskiej stadniny z pewnością dawałaby gwarancję m.in. tego, iż już więcej tyleż proste co kluczowe pytania odnośnie planów hodowlanych nie pozostałyby bez odpowiedzi ze strony janowskiej…

  

Do wiadomości:

1. Pan W. Humięcki ANR

2. Pan A. Sutkowski ANR

3. www.polskiearaby.com

Media a sprawa arabska
Monika Luft | 27.02.2016 | No comments

Nie sądziłam, że doczekam czasów, gdy o koniach arabskich mówić się będzie w programach informacyjnych w najlepszym czasie antenowym, a gazety ogólnopolskie będą publikować całokolumnowe teksty poświęcone hodowli. Dziś, w sobotę, araby dostały nawet okładkę w „Wyborczej” („Koń a sprawa polska”). Cieszyłabym się, gdyby tylko stało się to w innych okolicznościach.

Do tej pory miałam poczucie, że moje otoczenie nie ma pojęcia, co mnie tak pochłania. Jakieś konie, więc pewnie siedzę sobie w siodle. Gdybym zaczęła mówić o pokazach, źrebiętach, czy stanówkach, słuchacz po minucie odleciałby w siną dal. A dziś? Dziś nagle wszyscy sami dzwonią i pytają: co z tymi arabami? Okazało się, że zajmuję się niezwykle istotną dla polskiej kultury i dziedzictwa narodowego dziedziną, o którą toczą się boje w sejmie i która nie schodzi z łamów mediów wszelkiego rodzaju. Ale czy ktoś rozumie, o co tak naprawdę chodzi?

Oto poseł Jacek Żalek mówi w TVN o „koniach pełnej krwi arabskiej”, a Daniel Olbrychski o słynnym i zasłużonym „dyr. Krystałowiczu”. Można by usprawiedliwiać obu panów przejęzyczeniami, gdyby nie to, że powtarzają swe pomyłki raz po raz. Jeden zarzuca drugiemu nieznajomość rzeczy, podczas gdy w rzeczywistości obaj debatują o sprawach całkowicie sobie obcych. Czy wspaniały aktor i zapalony jeździec miał kiedykolwiek do czynienia z embriotransferami? Co pan poseł wiedział jeszcze przed tygodniem o dzierżawach koni arabskich? Gdy dwóch laików zaczyna mówić w tzw. „prime-timie” o pobieraniu zarodków od klaczy, konfuzja się pogłębia.

„Gazeta Wyborcza”, piórem znawcy, bo Jerzego Sawki (wrocławski Tor Partynice), pisze o absurdalności zarzutów pod adresem prezesów stadnin, dwukrotnie podkreślając wycenę klaczy Pianissima: 3 tys. euro. Może to złośliwy i nieustępliwy chochlik, ale gdy miesza się tysiące z milionami, dyskusja szybko schodzi na manowce. Ale, ale! Są i pozytywy. Już tylko bardzo nieliczni piszą i mówią o „Michałowicach”, zamiast o Michałowie, co przez lata było zmorą relacji po-aukcyjnych. Punkt dla mediów.

Niektóre tytuły starają się bawić skojarzeniami końskimi – („Szarża PiS na polskie araby”, „Czy konie mnie słyszą?” – GW)  – po czym wszyscy, dosłownie wszyscy, czy to prasa, czy telewizja, kończą swe relacje jedną i tą samą frazą: „tylko koni żal”. Jeśli konflikt będzie się przedłużać, należałoby chyba poprosić jakichś twórców o wymyślenie innego hasła, które można by podsunąć redakcjom.

Aby ułatwić dziennikarzom z mediów „nie-końskich” zadanie, mam na podorędziu garść nagłówków w zależności od dalszego przebiegu wydarzeń. Dla „Gazety Wyborczej”: „Rząd przejechał się na arabach”. Dla „Faktów”: „Araby wysadziły PiS z siodła”. Dla „Newsweeka”: „PiS odjechał na arabskim grzbiecie”. Dla „Wiadomości”: „Opozycja na złym koniu jeździ”. Dla Wprost: „Ujawniamy Księgi z tysiąca i jednej arabskiej nocy”.

Podziękowań nie trzeba.

Dziesięć zobowiązań hodowcy koni arabskich według Judith Forbis
Monika Luft | 01.01.2015 | No comments

Początek nowego roku to chyba najlepsza okazja, by – u progu sezonu – zastanowić się, co jest dla hodowcy naprawdę ważne. Oto dziesięć wskazówek, które pod koniec ubiegłego wieku sformułowała Judith Forbis (Ansata Arabians, USA). Choć minęło od tamtej pory sporo czasu, mam wrażenie, że wcale nie straciły na aktualności. Oddaję głos legendarnej hodowczyni:

DZIESIĘĆ ZOBOWIĄZAŃ HODOWCY KONI ARABSKICH*

1. Kochaj konie, a w szczególności arabskie. Miej świadomość, że choć człowiek jest panem stworzenia, nie oznacza to, że jest władcą zwierząt.

2. Poznaj rasę, zanim przystąpisz do jej hodowli. Studiuj opowieści związane z tymi zwierzętami, ich historię i cechy. Dowiedz się jak więcej o ludziach, którzy zajmowali się hodowlą koni czystej krwi.

3. Wyobraź sobie swój ideał konia arabskiego i skup się na dążeniu do celu. Nie przestawaj wierzyć w spełnienie marzeń.

4. Wczuj się w swojego konia, zarówno psychicznie, jak i fizycznie. Poruszaj się stępem, kłusem i galopem na czworaka; rżyj, kop w powietrzu, grzeb nogą w ziemi, baw się, ścigaj, skacz i ocieraj nosem o swego towarzysza. Potem dosiądź swego konia i obserwuj, jak on wykonuje te same czynności.

5. W hodowli staraj się przede wszystkim uzyskać typ. Bez typu nie ma rasy.

6. Stosuj metody hodowlane z umiarem – czy to chów na linie, czy też inbred lub outcross. Traktuj rodowody jak wskazówki na mapie, nie jak przykazania. Kieruj się intuicją.

7. Miej świadomość, że u podstaw sukcesu leżą przygotowania, próby, wytrwałość i cierpliwość. Zwłaszcza wielkie pokłady tej ostatniej cechy będą ci niezbędne.

8. Bądź gotów zrezygnować z niektórych cech na rzecz innych. Cechy dziedziczne często ujawniają się w co drugim pokoleniu.

9. Pamiętaj, że archetypem konia arabskiego jest koń siwy.

10. Nie rozpaczaj, gdy twój największy ulubieniec dokonuje za młodu wybryków wyglądających jak dążenie do “samozagłady”. To niewątpliwa oznaka wielkości.

* Zdecydowałam się nazwać powyższe wskazówki “zobowiązaniami”, nie zaś “przykazaniami”. Zobowiązań jest o wiele więcej niż dziesięć, a przykazanie istnieje tak naprawdę tylko jedno: KOCHAJ. Jeśli się kocha, pozostałe dziewięć punktów staje się zbędne.

Judith Forbis

Arabian Horse World, maj 1997, tłum. Joanna Krawczyk

Od Kowalczyka do Kamili

W miniony weekend w czeskim Moście Kamila Kart w pięknym stylu wywalczyła brązowy medal Mistrzostw Europy Seniorów w Rajdach na dystansie 161 km. Nasza zawodniczka dosiadała francuskiej klaczy półkrwi o imieniu Raila des Sables. Polka zdobyła brąz niesamowitym finiszem, wyprzedzając na ostatnich metrach o kilka długości zawodnika z Francji. Dobry wynik osiągnęła również  inna Polka, Ola Ciesielska, która rywalizację zakończyła na 24. miejscu, jadąc na włoskiej hodowli Gardu Pintu.

Nie ma się czym chwalić, ale dobrze pamiętam występ Jana Kowalczyka na Olimpiadzie w Moskwie i złoty medal w konkursie skoków. To był pamiętny rok 1980, a Kamili Kart nie było jeszcze na świecie. Dacie wiarę, że od tego czasu żaden polski senior dosiadający konia nie zdobył medalu na imprezie rangi mistrzowskiej…? Aż wreszcie w minioną sobotę, po 33 latach, dokonała tego Kamila, jedna z najlepszych zawodniczek w rankingu FEI na świecie.

Polskie rajdy mają dzisiaj wielkie powody do świętowania. I prawdę powiedziawszy, świętują trochę na przekór. Na przekór Polskiemu Związkowi Jeździeckiemu, którego rajdy interesują tyle, co zeszłoroczny śnieg. Na przekór kompletnemu brakowi zainteresowania tą dyscypliną ze strony arabskich stadnin państwowych. Na przekór totalnej ignorancji ze strony PZHK, a także Jockey Clubu i środowiska wyścigowego, chociaż nie od dziś wiadomo, że sporo koni po torach kontynuuje karierę sportową w rajdach.

W Moście, w ramach konkursu Otwartych Mistrzostw Europy, świetne drugie miejsce zajął wyhodowany przez Krzysztofa Grudziąża Farak, dosiadany przez zawodnika z Emiratów Arabskich. Jest to kolejny sukces polskiego konia w zawodach rangi mistrzowskiej. Mimowolnie człowiek zastanawia się, czego nam brakuje, żeby taki polski Farak czy inny nasz koń zdobywał tytuły pod Polakami? Myślę, że w dużej mierze pieniędzy! Polskich rajdowców zwyczajnie dzisiaj nie stać na dosiadanie dobrych koni. Jestem przekonany, że mogłoby się to zmienić, gdyby wyżej wymienione instytucje i środowiska zainteresowały się dyscypliną, której zawodnicy i konie przynoszą nam medale.

Siedemdziesiąt Koni - Z RAJDOWEGO ZAŚCIANKA

Listy startowe są już teoretycznie zamknięte. Teoretycznie, bo jeszcze jakieś pojedyncze osoby, które przespały termin zapisują swoje konie. I oczywiście nie odmawiamy. Bardzo cieszymy się z dużej obsady konkursów zwłaszcza tych towarzyskich, bo to oznacza , że lokalni koniarze spróbują swoich sił w rajdach. Niewiarygodną wręcz obsadę ma klasa „P” do której zgłoszono 22 konie. Kiedyś w Kuźni jechałem ten dystans w obsadzie szesnastokonnej i nie pamiętam żeby kiedykolwiek w naszym kraju była większa. W konkursie głównym mamy siedem koni i też jest to rekordowa obada w historii Mistrzostw Polski Juniorów. Ale nie o rekordy tu chodzi, a dobry klimat dla rajdów i możliwie szeroki front promujący użytkowanie koni arabskich. Spodziewamy się sporej liczby hodowców, których jak najserdeczniej i nieustannie zapraszamy. Zaścianek nasz powoli szykuje się do oblężenia niczym Zbaraż, który dobywał Chmielnicki i Chan ze wszystkimi ordami. Oprócz koni, zawodników ekip spodziewamy się kilkutysięcznej publiczności. Powiaty zamojski i hrubieszowski są w trakcie oplakatowania, na początku tygodnia w okolicznych sklepach i placówkach użyteczności publicznej pojawią się ulotki z informacją o dyscyplinie, tak aby edukować rajdową publiczność.

3 x P

Na tegorocznych Dniach Konia Arabskiego trzy wyrażenia na literę „P” miały dla mnie dojmujące znaczenie, ale z nich tylko jedno „P” przynosi nam chlubę, a mianowicie:

P linia
Rodzina żeńska Szamrajówki (osławiona linia „P”), która już w latach 80-tych XX w. rozpoczęła swój marsz ku wielkości na naszej scenie hodowlanej, okazuje się być dziś już bezsprzecznie najcenniejszą linią hodowlano-pokazową w Polsce. Potwierdziła to dobitnie w tym roku (202. od chwili przyjścia na świat jej protoplastki w chutorze Szamrajówka), w którym to nie było takiego czempionatu, gdzie w „Top Five” nie znalazłby się jej przedstawiciel. Co więcej, na w sumie 8 laurów czempiona/wiceczempiona zdobyła ona aż 5 tytułów (z tego dwa dubletem), plus najbardziej zaszczytny laur Best in Show – detronizując na tym polu Milordkę, dotychczasową dominatorkę. W Janowie też uzyskaliśmy ostateczne potwierdzenie – zauważonego w Białce – faktu, iż totalną klapą i klęską jest męski rocznik 2011 (a już na pewno w wydaniu państwowych stadnin), dlatego nieporozumieniem była niższa lokata Pomiana, niż Baroka i Emirzo, w „Top Five”. Czempionat Klaczek Młodszych (nie tylko pierwsza wygrana dubletem, ale też 4 miejsca na 5 możliwych) wykazał dobitnie jaką hegemonką jest w polskiej hodowli Szamrajówka. Reasumując: dziś nie tylko Pianissima, tegoroczna laureatka Nagrody WAHO, i Palmeta są prawdziwym skarbem Janowa (tudzież wszystkich Polek i Polaków), ale też już cała „linia P” – prawdziwa i rzeczywista „Pride of Poland” i „Polish Prestige” (do kupy).

Kolejne dwa „P”, to już zupełnie inne „przypowieści” – powody raczej do sromoty, niż do jakiejkolwiek satysfakcji. Drugi z nich znajdziecie poniżej, a pierwszym jest:

Ponurość
Jeszcze nigdy (lub bardzo dawno) w dziejach Narodowych Pokazów Koni Arabskich w Janowie Podlaskim nie mieliśmy do czynienia z tak ponurym, minorowym nastrojem. Złożyło się na to kilka faktów, jak np. widok niemal pustych sektorów nie tylko dla krajowych gości i hodowców, ale także dla gości zagranicznych i VIP-klientów. W znacznej części do owego ponurego klimatu podczas pierwszych dwóch dni przyczyniła się też grupa ponurych, smętnych sędziów (z nieśmiertelnym F. Huemerem, zblazowaną Ch. Chazel i pewnym siebie J. Laciną na czele). „Mało przyjazny” stosunek tych państwa do naszej hodowli arabów powinien być znany wcześniej organizatorom, dlatego ten skład jury (który uzupełniał Peter J. Pond z wyspy kangurów) nie powinien nigdy zaistnieć! Jednak zaistniał i był to klasyczny „samobój”, za który ktoś powinien „beknąć”, gdyż nasze Narodowe Pokazy powinny być chyba reklamą i świętem polskiej hodowli, a nie „wielką smutą”. Tych kilkoro ponurych państwa pokazało się – moim zdaniem – z jak najgorszej strony; tak w wymiarze kompetencji (tych nie stwierdziłem), jak też braku klasy i kultury. Ich oschłe zachowanie i regularne zaniżane ocen przyczyniło się znacząco do „stłamszenia” radości płynącej z tego święta polskiej hodowli. Nie wiem jak dla kogo, ale dla mnie niezwykle ponurym momentem były też ostatnie chwile pierwszego wejścia na ring aukcyjny Ejrene, kiedy to prowadzący licytację aukcjoner wprost „wychodził ze skóry” (prosił, błagał, zaklinał, uciekając się też do swego rodzaju groźby i szantażu emocjonalnego wobec klientów), by wreszcie już mógł „przyklepać” to 450 tysięcy euro (żebrząc wręcz o te brakujące 10 tysięcy) – co absolutnie nikogo nie wzruszyło (w rezultacie czego klacz schodziła zrazu nie sprzedana i była to dogłębnie żenująca chwila). Ponury nastrój (i tyleż żenadę) pogłębiły jeszcze totalny chaos panujący w płaszczyźnie organizacyjnej na linii aukcjonerzy-klienci, którego ofiarą padła choćby wybornego pochodzenia (pełna siostra Eryksa) Emmonida… Reasumując: Ciemno wszędzie, głucho wszędzie, co to będzie, co to będzie…?

Pazerność
W moim głębokim przekonaniu, w czasach niewątpliwego kryzysu finansowego na świecie – organizatorzy danej imprezy powinni wykazać choć odrobinę umiaru, elastyczności i dalekowzroczności – ergo profesjonalizmu. Tymczasem mieliśmy tu do czynienia – o zgrozo – z zupełnie odwrotną, przeczącą jakiemukolwiek zdrowemu rozsądkowi sytuacją, tj. żądań jakichś horrendalnych stawek i opłat wobec gości. Rzecz doprawdy niebywała, ukazująca z całą mocą rangę niekompetencji i skalę pazerności niektórych, dla których to liczy się tylko maksymalny zysk i nic/nikt więcej. W efekcie wielu potencjalnie chętnych znalezienia się w Janowie (na święcie konia arabskiego, a nie mamony wszak) wystraszyła i zniesmaczyła ta sytuacja, a w konsekwencji zniechęciła i zawróciła z drogi. Niemałą pazernością, pierwotnym brakiem elastyczności i kompletnym nieliczeniem się z prawami rynku „popisał się” również jeden z prezesów, który zbyt wygórowanych żądań cenowych wobec Ejrene nieomal nie przypłacił utratą części wylicytowanej pierwotnie kwoty (jak to było ongiś w przypadku Fallady). Szczęściem, w tym przypadku, wszystko skończyło się dobrze, ale na przyszłość trzeba jednak wcześniej ustalać realne granice ceny minimalnej (kompatybilne z rzeczywistością, a nie li tylko marzeniami), by unikać takich żenujących volt (powrotów niesprzedanych zrazu klaczy na ring aukcyjny, choć lepsze to, niż gdyby miała zostać niesprzedaną). Należy tu bezwzględnie mieć na uwadze, że nie zawsze ma się takiego farta, jak choćby ze sprzedażą Piacenzy (młodej i tyleż niewiele ponad przeciętnej klaczki za wybitnie/dziwnie duże pieniądze). Reasumując: chęć maksymalizacji zysku – jak najbardziej tak, ale pazerność – już nie, bo często chytry dwa razy traci…
PS.
Na koniec absolutnie nie zgadzam się z głosami (zarzutami) odnośnie „mało wyrównanej oferty” tegorocznej czy „zbyt dużym rozziewie w wartości oferowanych koni”. Po pierwsze żadna aukcja na świecie nie składa się tylko z koni najwyższej jakości; po drugie polskiej hodowli nie stać na wystawianie co roku większej liczby gwiazd; po trzecie wreszcie tegoroczny zestaw był całkiem interesujący, tylko został on w dużej mierze przedwcześnie „spalony” przez filmiki (anty) reklamowe amatorskiej ekipy z USA – mającej wprawdzie wielkie aspiracje, a już znacznie mniej argumentów ku temu, by coś należycie zrobić.
Czasami lepiej nieco mniej pokazać (przed finałem; pozostawiając lekki niedosyt), niż pokazać za dużo (a do tego nieudacznie). Reasumując: co za dużo, to niezdrowo…

Siedem Wspaniałych - Z RAJDOWEGO ZAŚCIANKA

Uczniowski Klub Jeździecki Rumak zgłosił do MPJiMJ, aż trzy zawodniczki. Tym sposobem w konkursie głównym wystartuje siedem par, co jak na nasze polskie warunki jest przyzwoitą obsadą. Oczywiście przyjmujemy ciągle zgłoszenia i czekamy na kolejne pary. UKJ Rumak w konkursie głównym reprezentować będą: Majka Grabska na koniu Galia rasy małopolskiej hodowli i własności Grzegorza Lesia,  Diana Pac na Amglezie oo (NN) wyhodowanym w SK Kurozwęki i Magdalena Jabłońska na Estadosie hod. SK Kurozwęki. Rumak prowadzony przez Grzegorza Lesia to znany od wielu lat klub z Podkarpacia. Zapraszamy i prosimy o jeszcze. Może tak wreszcie do konkursu głównego zgłosi się jakiś młody mężczyzna, bo jak na razie mamy siedem wspaniałych pań. Inna kwestia, że to niewiasty dzisiaj siadają na konie, a panowie swoimi wypasionymi terenówkami jeżdżą głównie do kosmetyczki. Rozpoczął się właśnie ostatni tydzień kiedy przyjmowane są zgłoszenia na zawody. W tej chwili widać już, że pierwszego września we wszystkich konkursach wystartuje u nas ponad 60 koni.

 
  The publishing of articles and photos from the polskiearaby.com website on other websites must be preceded each time by written consent
from the publisher of the polskiearaby.com website.
 
 
   
  --