Monday . 19.08.2019 . 07:43
   
 
 
 
  Polskie Araby

Main page

 
 
facebook
polskiearaby.com
--
--
--
--
--
Contact
Publisher:
Monika Luft
redakcja@polskiearaby.com
The opinions expressed in the articles published on the polskiearaby.com website are the sole responsibility of the author.
Technical section:
webmaster@polskiearaby.com
Advertising:
reklama@polskiearaby.com
our prices
--
 
 
Historia magistra vitae est
Hanna Sztuka | 08.08.2019 | No comments

Temat wojennych losów polskich koni arabskich pojawił się na moim “biurku” już kilka lat temu. Praca nad historią i dokonaniami Zarządu Stadnin Polskich w Niemczech zaczęła się od artykułu o Stefanie Zamoyskim opublikowanym w „HiJ” (aktualnie udostępniony jest na portalu polskiearaby.com).

Dużo wówczas rozmawiałam o tym z P. Izą Zawadzką i to ona zasugerowała mi, że tematu nie należy ograniczać wyłącznie do publikacji w branżowym „Araby Magazine”, a „HiJ” daje możliwość opowiedzenia tej historii szerokiemu gronu czytelników. Ten niezwykły epizod, jakim jest wywiezienie polskich koni hodowlanych przez Niemców, a następnie ich odzyskanie przez Zarząd Stadnin Polskich w Niemczech i powrót koni do Polski, zasługuje na utrwalenie. Po 75 latach od tamtych wydarzeń, nie dość, że nie mamy już świadków tamtego czasu, ale wojenne losy koni i ludzi giną w mrokach (nie tak znów odległych przecież) dziejów. Teksty, które zostały Państwu przedstawione na portalu, a które ukazały się również w czasopiśmie „Konie i Rumaki”, są częścią pracy, którą mam nadzieję kontynuować. Pracując ze źródłami (nie ma ich niestety zbyt wiele), natrafiłam na szereg nieopisanych dotąd historii i na sylwetki ludzi, którym należy się pamięć. Dla Zarządu Stadnin Polskich w Niemczech pracowało ponad 600 osób, w tym ponad 60 oficerów kawalerii, z których znaczna część związała swoje dalsze losy z końmi w Polsce i poza jej granicami. Zachęcona Państwa zainteresowaniem, w najbliższym czasie postaram się przedstawić kontynuację „wojennego” cyklu, a właściwie nową serię artykułów, opisujących czasy odbudowy hodowli koni w Polsce po II wojnie światowej, w latach 1946-1960.

Jednocześnie pragnę podziękować wszystkim, którzy czytają moje teksty (nie tylko historyczne), za wsparcie i za miłe słowa, jakie do mnie nader często docierają. Nie spodziewałam się, że historyczne artykuły o koniach arabskich mogą zainteresować aż tak wiele osób. To dla mnie niezwykle pozytywne zaskoczenie. Jestem zdania, że częścią dbałości o nasze hodowlane dziedzictwo jest również opisywanie historii związanych z hodowlą i ludźmi, którzy ją tworzyli, tak aby następne pokolenia miały szansę tę tradycję kontynuować. Jak mawiali starożytni Rzymianie, historia magistra vitae est – i od tamtego czasu nic się nie zmieniło.

 


Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za artykuły publikowane na blogach. Opinie wyrażane w tekstach są osobistymi ocenami autorów.
Polacy nie gęsi!
Hanna Sztuka | 05.08.2019 | No comments

Od jakiegoś czasu stało się tradycją, że w niedzielnym programie dla rolników „Tydzień” w TVP1, o godzinie 8.00 rano, swoje wystąpienie ma minister rolnictwa. Już za poprzedniego szefa tego resortu przestałam to oglądać, ale w niedzielę 28 lipca zadzwonił do mnie zirytowany wypowiedziami min. K. Ardanowskiego znajomy rolnik (jednocześnie hodowca koni i – nota bene, zatwardziały „PiS-owiec”), z doniesieniem, że minister kolejny raz używa tematu koni arabskich do ataku na swoich poprzedników. Tak więc obejrzałam. I jakież było moje zdziwienie, kiedy zobaczyłam zmęczonego i najwyraźniej zniecierpliwionego poruszaną kwestią polityka! Po niedawnej wpadce z propozycją dla tych, których nie stać na araby (otóż mieliby oni kupować w Janowie kiełbaski i konie na biegunach), pan minister zaatakował tym razem same konie arabskie i ich hodowców. Wszystko odbyło się w stylu późnego Gomułki, a więc padły pogardliwe określenia typu: „niektórzy uważają araby za anioły, więc niech je sobie hodują”, albo “mamy w Polsce wiele koni różnych ras, które są ważne dla rolnictwa i rolnicy mogą na nich zarobić”. Jeśli do tego dołożyć radosne zapowiedzi odpowiedzialnego za tegoroczną aukcję i czempionat narodowy prezesa PKWK Tomasza Chalimoniuka, że do Janowa przyjadą “możni” z całego świata (cokolwiek to znaczy) oraz że będzie sukces, bo „w Janowie nie ma już miejsc noclegowych”, to mamy pełny obraz sytuacji. Jak mawiają Rosjanie, “troszku śmieszno, troszku straszno”.

Jubileuszową, 50. aukcję w Janowie Podlaskim robią więc ludzie, którzy nie uczestniczyli w żadnej z 49 poprzednich. Pan minister w ubiegłym roku nieomal uległ swojej “femme fatale”, czyli Annie Stojanowskiej i ledwo się powstrzymał przed odwołaniem aukcji w ostatniej chwili. Nie był, nie widział – ale wie, że było niedobrze i teraz trzeba to naprawić. Do tegoż naprawiania wyznaczył człowieka, który również na aukcji do tej pory nie bywał (nie mówiąc już o jej organizowaniu), czyli prezesa PKWK. I tak, pomimo że to właśnie Polacy jako jedni z pierwszych na świecie organizowali z sukcesem podobne imprezy, w tym roku cała ekipa aukcyjna – prowadzący, aukcjoner i osoby wspierające – przyjadą z zagranicy. Szkoda, bo przecież „Polacy nie gęsi”!. W ubiegłym roku potrafiliśmy zrobić całą aukcję naszymi ludźmi, którzy wywiązali się z zadania znakomicie. Kto potrafi tak jak Marek Grzybowski, z głębi serca, przekonać klientów, że “…dzisiaj oferujemy państwu perły i diamenty polskiej hodowli”? Dla wynajętych specjalistów będą to tylko jakieś kolejne konie, które mają się sprzedać.

T. Chalimoniuk wziął do pomocy wspomnianą już A. Stojanowską, która po zwolnieniu z pracy w ANR przez trzy lata skutecznie rujnowała wszystko, co związane z polską hodowlą koni arabskich, ze szczególnym okrucieństwem uderzając w „Pride of Poland”. Te wysiłki przyniosły taki efekt, że min. Ardanowski i T. Chalimoniuk słusznie uznali, że trzeba Stojanowską przygarnąć i wtedy będzie spokój (a przy tym odwołać Macieja Grzechnika z funkcji prezesa Michałowa, co odbyło się zapewne na skutek układu ministra ze Stojanowską, która z kolei poparła swoją koleżankę Monikę Słowik, protegowaną T. Chalimoniuka i Grzegorza Pięty z KOWR, na p/o prezesa Michałowa). Jak opłakane skutki ma to dla SK Michałów, widać po wynikach spółki, ale dla ludzi, którzy mają strzec państwowej hodowli nie ma to najwyraźniej żadnego znaczenia. Najważniejsze, że “nominatka” wykona każde polecenie „góry”, nie bacząc na interes firmy. I to jest smutne. Śmieszne zaś jest to, że osoba, która pełni obowiązki prezesa w najlepszej (jak dotąd) stadninie koni arabskich na świecie, nigdy wcześniej nawet nie była na aukcji w Janowie! (Nie wspominając o tym, że jest ignorantką na polu rynku i marketingu koni arabskich). Doszło do tego, że ministerstwo interweniowało w sprawie ogłoszonego przez stadninę – tuż przed aukcją janowską – przetargu na konie w Michałowie, bo p. Słowik nie wiedziała, że tak się nie robi. „Korytarz” twierdzi, że zarówno p/o Michałowa, jak i p/o Janowa nie mają nic do gadania w kwestii wyceny koni – ceny ustaliła bowiem A. Stojanowska (przypominam, że to organizatorka konkurencyjnej aukcji koni arabskich) wraz z T. Chalimoniukiem. Jak więc traktować oświadczenie ministra we wspomnianym wyżej programie, że nikt z klientów nie zna cen rezerwowych? Czy minister sugeruje, że przed aukcjami w ubiegłych latach ceny rezerwowe były klientom znane? A kiedy się dobrze zastanowić, należy dojść do wniosku, że ceny te znać już musi przecież ta grupa klientów A. Stojanowskiej i innych powiązanych z nią pośredników, na zamówienie której wystawiono konie i embriony… Czy po to więc są potrzebne takie osoby jak M. Słowik, aby można było arbitralnie decydować o liście koni sprzedawanych z Michałowa?

Zresztą, lista michałowska jest wyraźnie niespójna i tak nieprofesjonalnie ułożona, że tylko „zamówieniami” na poszczególne konie da się to wytłumaczyć. Przykłady? Bardzo proszę: jako lot. 1 oferowany jest zarodek od czempionki świata Pustyni Kahila, a jako lot. 10 jej matka Pustynna Malwa. Biorąc pod uwagę, że Pustynia Kahila nie urodziła jeszcze żadnego źrebaka i może nie urodzić, ponieważ jest prawdopodobnie nieźrebna, to z punktu widzenia hodowli jest to działanie na szkodę stadniny. Kolejny przykład: lot. 6 to zarodek od Platynowej Czempionki Świata Emandorii, podczas gdy jako lot. 13 wystawiono jej najlepszą córkę, ubiegłoroczną młodzieżową czempionkę Polski Emanollę, która jeszcze nie urodziła dla Michałowa żadnego źrebaka. Czy wystawienie embrionu od Emandorii nie jest czasem spełnieniem oczekiwań klientki, która od dwóch lat bezskutecznie zabiegała o to w Michałowie, składając niezwykle hojne oferty, konsekwentnie jednak odrzucane przez ówczesnego prezesa M. Grzechnika, jako szkodliwe nie tylko dla michałowskiej, ale też dla całej polskiej hodowli? Jeszcze nie do końca wyjaśniona jest sprawa darmowej dzierżawy Emandorii (powiązanej z pobieraniem od niej embrionów) oraz przedziwnych okoliczności narodzin w USA jej potomka, ogiera Emerald J, w czasie, gdy Emandoria przebywała w Polsce, a już realizuje się najwyraźniej kolejne zamówienia na embriony – tym razem, co konstatuję z prawdziwą przykrością, pod patronatem ministra rolnictwa Rządu RP…

Listę janowską można by uznać za bardziej poprawną, gdyby nie fakt wystawienia na jedną aukcję tak dużej liczby znakomitych klaczy. Zadać należy sobie zatem pytanie, co Janów będzie w stanie zaoferować do sprzedaży w następnych latach? Prawdą jest jednak, że – oprócz Adelity i Pragi – wszystkie pozostałe klacze pozostawiły w stadninie potomstwo i można się domyślać, że Grzegorz Czochański (skazany już na dymisję) walczy jeszcze o życie i stawia wszystko na jedną kartę dla ratowania siebie, a przy okazji finansów stadniny.

Tu nasuwa się jeszcze jedno pytanie. Czy osoby, które zaakceptowały sprzedaż Emanolli i Pragi, czyli najlepszych córek ogiera Vitorio TO, zdają sobie sprawę z faktu, że ceną za dzierżawę tego ogiera z USA było 8 embrionów od czempionki USA, michałowskiej Wieży Mocy? Czy naprawdę o to właśnie chodzi w hodowli państwowej? A gdzie praca hodowlana? Gdzie ciągłość rodzin żeńskich, skoro wyprzedaje się ich najlepsze przedstawicielki? Niepokoi sytuacja związana z Galeridą i Adelitą. Obydwie młode i utytułowane – niestety, nie zostawiają w stadninie córek. Dlaczego więc akurat te dwie klacze? Czyżby ktoś je „zamówił”? Jeśli tak, to u kogo? Czy p/o prezesów mają aby świadomość, czym jest – podkreślam raz jeszcze – ciągłość w zachowaniu linii żeńskich? Śmiem wątpić (o nadzorze z KOWR nawet nie wspomnę, bo wg mojej wiedzy, po prostu go nie ma). Tak więc wszyscy ci państwo nie mają pojęcia (bo nie mogę napisać, że zapomnieli), że coś takiego w ogóle istnieje. Nie wiedzą, że do sprzedaży przeznacza się nadwyżkę hodowlaną, czyli konie, które nie są niezbędne do kontynuowania hodowli. Klacze mogą zostać sprzedane wówczas, gdy zostawią w stadninie lepsze od siebie córki lub gdy dana linia jest licznie reprezentowana. W przypadku wymienionych klaczy takie warunki nie zostały spełnione. Zatem najwyraźniej, wg decydentów, sukces będzie wtedy, jak się wyprzedamy, nie zważając na dobro hodowli… Zdaję sobie sprawę, oczywiście, że ten hodowlany wątek to zbyt wiele, jak na percepcję obecnych decydentów, ale mimo to uważam, że trzeba o tym mówić! Może ktoś w końcu przedłoży interes polskiego państwa nad inne interesy? Nie krytykuję zresztą całej listy, ale muszę zwrócić uwagę na przytoczone wyżej przykłady oraz na fakt handlu konkretnymi embrionami, których sprzedaż odbędzie się, w moim przekonaniu, z rażącą szkodą dla polskiej hodowli.

Kierując te słowa do Pana Ministra (choć wiem, że ich najpewniej nie przeczyta lub, w najlepszym razie, zlekceważy, w imię swojego politycznego interesu), z życzeniami udanej 50. janowskiej aukcji, zacytuję na zakończenie tej notatki fragment wstępu, jaki napisałam do ubiegłorocznego katalogu:

Historia polskiej hodowli koni arabskich wiąże się ściśle z burzliwą historią naszego kraju. Wielokrotnie niszczona przez wojenne zawieruchy, zawsze sumiennie odbudowana, za każdym razem wykraczająca poza osiągnięcia poprzedniej epoki…

Polskie Stadniny Państwowe koni czystej krwi arabskiej, przez ostatnie siedem dekad pod opieką polskiego państwa, stały się wzorem prawidłowo prowadzonej hodowli. W oparciu o konie ze stadnin państwowych odbudowana została w Polsce hodowla prywatna, która dziś jest już na światowym poziomie.

Polski koń arabski jest w dużym stopniu odbiciem cech ludzi, którzy go wyhodowali: piękny i dzielny, silny i ambitny. Klacze mają w sobie czar żeńskości, macierzyństwa i egzotycznej urody. Potęgę i sukces polskiego programu hodowlanego zbudowano na doświadczeniu oraz wiedzy przekazywanej przez pokolenia i jest ona naszym kulturowym dziedzictwem.


P.S. Jeszcze à propos zapowiedzi: wstęp na aukcję miał być, jak ogłosił minister, darmowy, a okazał się niemal najdroższy w jej historii; żądanie zaś wykupienia biletu wstępu /800 zł!/ od osób wpłacających wadium, czyli od potencjalnych kupców, to już w ogóle jakieś kuriozum. Dodajmy, że do dziś klienci Janowa bezskutecznie czekają na zaproszenie na tak ważną dla branży imprezę – czyżby większość zaproszeń pan T. Chalimoniuk rozdał ważnym dla siebie gościom? A może po prostu tak jak w polskiej tradycji: na pogrzeb nikogo się nie zaprasza?

 


Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za artykuły publikowane na blogach. Opinie wyrażane w tekstach są osobistymi ocenami autorów.
Aukcja Janów nr 50. Fakty i mity
Hanna Sztuka | 22.07.2019 | No comments

Niedawno, na fali kolejnego lamentu w mediach nad losem stadnin koni arabskich, przeczytałam komentarz Daniela Passenta (nota bene, tajnego współpracownika bezpieki o ps. „John”) o tym, jak to PiS zniszczył stadniny, których nawet komuniści za PRL-u nie zdołali zniszczyć. Skłoniło mnie to do rozważań o tym, jak funkcjonujące w przestrzeni publicznej bajki i mity przesłaniają rzeczywisty obraz hodowli koni arabskich w naszym kraju.

A oto fakty: obecne stadniny państwowe, czyli Janów Podlaski, Michałów i Białka, są w stu procentach dziedzictwem PRL-u. W roku 1946 w kraju były 54 klacze czystej krwi, ocalone z działań wojennych, czyli rewindykowane z Niemiec (w tej liczbie 14 klaczy babolniańskich zakupionych przez Zarząd Stadnin Polskich w Niemczech), z Czechosłowacji (grupa ze Starego Sioła, która powróciła z Józefem Tyszkowskim) oraz kilka klaczy, którym udało się przetrwać w okupowanej Polsce. Większość z tych klaczy stanowiła wcześniej własność prywatną i została odebrana hodowcom przez Niemców, a następnie, po powrocie do kraju, upaństwowiona, jak wówczas nazywano konfiskatę. Z upaństwowionych (w większości) koni, tuż po wojnie utworzono stadniny, których wcześniej nie było: Albigową, Nowy Dwór, Klemensów, a następnie Michałów. Z sobie tylko wiadomych powodów komuniści niechętnie widzieli powrót koni arabskich do Janowa Podlaskiego i dopiero pojawienie się na początku lat 60. możliwości eksportu tych koni za dewizy, otworzyło wrota stajni janowskich dla arabów (jednak jeszcze przez wiele lat dominowała tu hodowla koni półkrwi). Wszystkie stadniny zostały zorganizowane w taki sposób, że były w istocie PGR-ami, tyle że hodującymi konie. Wielkoobszarowe gospodarstwa rolne, których rolą było utrzymanie stadnin, zajmowały się także hodowlą innych zwierząt, w tym hodowlą bydła mlecznego, a także uprawą roślin. Ta struktura organizacyjna pozostała niezmieniona do dziś, przy czym, do czasu akcesu Polski do Unii Europejskiej, państwo dotowało hodowlę zarodową, w tym koni czystej krwi. W drugiej połowie lat 60. znacząco wzrosło zainteresowanie polskimi końmi arabskimi na Zachodzie i wtedy okazało się, że konie arabskie są dla biednego kraju kurą znoszącą złote, a właściwie zielone od dolarów jaja. Prawdopodobnie tylko dzięki temu hodowla koni arabskich przetrwała, bowiem nie oczekiwano już od Janowa czy Michałowa produkcji koni dla rolnictwa, zatem oba przedsiębiorstwa stawały się dla socjalistycznej gospodarki niepotrzebne. Pozwolono jednak hodować takie konie, jakich oczekiwał rynek zachodni. Aby uporządkować sprzedaż i zwiększyć przychody, w roku 1970 Centrala Importowo-Eksportowa “Animex” zaczęła organizować aukcje w Janowie Podlaskim.

W roku 1995 Animex został sprywatyzowany, a grupa pracowników z tzw. Biura koni, z Markiem Grzybowskim na czele (od 1974 aukcjonerem), utworzyła spółkę Polish Prestige, która zajmowała się organizacją aukcji do roku 2000 (tzw. aukcja „milenijna”). W roku 2001 organizację aukcji powierzono firmie “Polturf”, najpierw jako spółce cywilnej, a potem w zadziwiający sposób, bez żadnego przetargu, osobie fizycznej prowadzącej działalność gospodarczą pod nazwą “Polturf Barbara Mazur”. Pomimo protestów Marka Grzybowskiego, kwestionującego uczciwość postępowania przetargowego, Polturf przejął organizację aukcji janowskiej na, jak się okazało, kolejnych 15 lat, zmieniając przy tym nazwę wydarzenia na „Pride of Poland”.

W tym miejscu docieramy do kolejnego mitu, a właściwie bajki, jaka funkcjonuje w świadomości opinii publicznej, a więc roli Barbary Mazur jako samodzielnego twórcy janowskiej aukcji. Większość odbiorców dzisiejszych mediów nie pamięta nie tylko pierwszych aukcji, ale nawet aukcji Polish Prestige, bowiem szeroki udział obywateli polskich, w tym polskich hodowców, datuje się mniej więcej od roku 2000. Dlatego warto przypomnieć, że nie jest prawdą, jakoby Barbara Mazur oraz triumwirat w osobach Anna Stojanowska, Jerzy Białobok i Marek Trela, stworzyli wspólnie janowską aukcję. B. Mazur (prywatnie koleżanka A. Stojanowskiej) była potrzebna po to, by pozbyć się „obcego” Marka Grzybowskiego i przejąć całkowitą kontrolę nad aukcją. Argumentowano wówczas, że prowizja firmy Polish Prestige jest zbyt wysoka, a działania marketingowe niewystarczające. Polturf wygrał przetarg na organizację aukcji, startując z kwotą prowizji 6%, aby potem podnieść swoje wymagania najpierw do 10%, a następnie do 12% (czyli wyższej niż pobierała wcześniej firma Polish Prestige). Polturf przejął też gotowy format “Polish Arabian Summer Festival”, stworzony, a następnie dopracowywany przez 30 lat przez Animex, a potem firmę Polish Prestige. Eksploatował go, niewiele zmieniając, do roku 2015. Jedyne, co się faktycznie zmieniło, nie dotyczyło aukcji jako takiej – była to bowiem zmiana lokalizacji w związku z budową w Janowie zespołu nowoczesnych budynków na potrzeby aukcji.

Wokół Polturfu i szczególnie osoby Barbary Mazur krążyło wiele plotek, wynikających głównie z pojawiających się znaków zapytania. Jakim cudem osoba, która miała na koncie kilka nieudanych aukcji folblutów, została nagle organizatorem najbardziej prestiżowej aukcji koni arabskich na świecie? Albo: jak to możliwe, by prezesi Białobok i Trela, zarabiający po ok. 300 tys. zł rocznie, pozwalali zarobić koleżance A. Stojanowskiej (która sama zarabiała jako urzędnik dużo mniej niż prezesi) miliony złotych rocznie? Rozważano nieraz, w bardzo różnym gronie, czy, kto i z kim się dzielił? Tymczasem wokół Polturfu powstała istna pajęczyna klientów i opłacanych współpracowników, zwana w środowisku hodowców “kółkiem różańcowym”. Kółko to zazdrośnie strzegło swoich finansowych tajemnic. Większe transakcje były “dopinane” wcześniej przez prezesów stadnin – w czym nie ma wprawdzie nic nagannego, ale transakcje te finalizowano w taki sposób, że prowizję kasował Polturf. A to już bywało zastanawiające. Mechanizm ten ujawniła najbardziej patologiczna spośród transakcji, (nadal będąca w trakcie prześwietlania), a mianowicie sprzedaż klaczy Ejrene podczas Pride of Poland 2012.

A było to tak: J. Białobok uzgodnił z klientem zainteresowanym dzierżawą czempionki świata i USA, klaczy Emandoria, że warunkiem dzierżawy tej klaczy będzie zakup na aukcji klaczy Ejrene za określoną sumę. Jak się okazało, suma ta wyniosła 440 tys. euro. Całkiem kreatywny pomysł, tyle że klient, dzierżawiący Emandorię przez rok, otrzymał prawo do pobrania od niej dwóch embrionów, za co już Michałów (wg umowy) nie dostał ani grosza. To nie koniec, gdyż klacz, wystawiana na płatnych pokazach przez dzierżawcę, zarobiła tym sposobem ogromne kwoty, co przecież było łatwe do przewidzenia. Czyżby oddający konia w dzierżawę, doświadczony w branży, prezes Białobok, podczas negocjacji tych przychodów nie przewidział? W rezultacie owej transakcji, Emandoria wygrała (w okresie dzierżawy) nagrody finansowe w wysokości – bagatela! – ponad 300 tys. euro. Pobrane od niej embriony miały w tamtym czasie szacunkową wartość co najmniej 150 tys. każdy (to daje kolejne 300 tys. euro). Podsumowując: klient, z tytułu współpracy z Michałowem, otrzymał 600 tys. euro plus klacz Ejrene. Zapłacił zaś 440 tys. Ta suma, jakoby wylicytowana na aukcji (co wzbudziło niemałą sensację, bo rzeczywista wartość klaczy Ejrene wynosiła ok. 100 tys. euro), znacząco napompowała wynik aukcji 2012. Dodatkowo, Polturf skasował 12% prowizji – 52800 euro, obniżając w ten sposób przychód Michałowa z całości omawianej transakcji. Czysty zysk! Tylko czy aby na pewno dla Michałowa? Trudno także nie zauważyć, że podczas tamtej aukcji tylko jeden klient miał świadomość, że zakup Ejrene wiąże się z dodatkowymi, hojnymi świadczeniami. Inni klienci, licytujący w dobrej wierze, mają prawo czuć się wyprowadzeni w pole.

A czy nie jest interesujące również i to, że po nieudanej aukcji 2011, kiedy to klient z Australii nie odebrał 11 (!!!) wylicytowanych koni (głównie michałowskich, ale i prywatnych), na początku 2012 roku podniesiono prowizję Polturfu z 10 do 12%, pomimo negatywnej opinii wewnętrznej w ANR? Ówczesny dyrektor nadzoru właścicielskiego Grzegorz Młynarczyk nakazał zniszczenie protokołów kontroli (ciekawe, kto i w jaki sposób go zainspirował), które jednoznacznie wskazywały na nieprawidłowości w rozliczeniach z Polturfem i sugerowały zmiany kadrowe. I tak, bez przeszkód, udało się organizatorom aukcji w niezmienionym składzie dotrwać do 2015 roku. Potem jednak sprawa wyszła na jaw i zakończyła się dla w/w urzędnika wyrokiem w sprawie karnej. Ale warto było przetrwać, bo prowizja z aukcji w 2015 roku wyniosła ponad 600 tys. euro, czyli około 2,5 mln złotych. Dzisiaj sprawę ustawienia przetargu publicznego (jakim jest aukcja janowska) bada prokurator. Jak sądzę, o sprzedaży Ejrene i darmowej dzierżawie Emandorii jeszcze usłyszymy. Już dziś ćwierkają miejskie wróble o tym, że A. Stojanowska skarży się publicznie, iż musiała się tłumaczyć przed prokuratorem z tej sprawy. Myślę, że zaangażowane w „Ejrene-gate” osoby powinny się wytłumaczyć także publicznie. Mają przecież dużą wprawę w wystąpieniach w różnych telewizjach – przez ostatnie trzy lata zajmowały się tym z ogromną pasją. Zapytałabym wówczas także i o to, jaką rolę w transferach naszych koni do USA miała amerykańska spółka, dziwnym trafem nosząca znajomą nazwę: Pride of Poland LLC? Może A. Stojanowska wyjaśniłaby przy okazji, na jakiej podstawie usiłowała wymusić na stadninie białeckiej w 2015 roku zapłatę 20 tys. euro na rzecz amerykańskiego pośrednika za sprzedaż klaczy Perfirka, pomimo że Polturf skasował swoje 12%? Takich pytań postawiłabym jeszcze kilka. Sprawa jest, jak mawiają prokuratorzy, wielce rozwojowa.

Tymczasem janowska aukcja od 2016 roku jest jak kukułcze jajo – przerzucana z rąk do rąk. W 2016 i 2017 była organizowana przez MTP i wszystko (prócz sprzedaży koni, która to sprzedaż Targów nie interesowała, bo nie miały od niej prowizji) było lepsze, niż gdy zajmował się tym Polturf. W roku 2018, na skutek głośnych sukcesów organizacyjnych i sprzedażowych podczas zimowych aukcji w Michałowie, obowiązkiem zorganizowania aukcji w Janowie obarczono prezesa SK Michałów dr. inż. Macieja Grzechnika. Aukcja, jak wiemy, odbyła się cudem, bo kłody rzucane pod nogi mogły ją w każdej chwili wywrócić. Mimo to, impreza, w nowej, autorskiej odsłonie, zrywającej z paździerzowo-wiklinowym wystrojem i plastikowymi krzesełkami, zakończyła się wynikiem 734 tys. euro, czyli o 200 tys. lepszym niż rok wcześniej. To było jak płachta na byka. Nastąpił więc atak „bojówki medialnej” TVN na Macieja Grzechnika, którego efektem było rzekome kopnięcie dziennikarza. Wykreowany „medialny fakt” nie miał nic wspólnego z rzeczywistością, ale spełnił swoje zadanie przysłonięcia udanej imprezy. Hejt, którego skala, rozpętana przez formalne i nieformalne podwładne A. Stojanowskiej, również wymaga publicznego wyjaśnienia. Oczekuję, że A. Stojanowska wytłumaczy, dlaczego dzwoniła do wszystkich możliwych potencjalnych klientów aukcji, zniechęcając ich do udziału w niej (i dlaczego w zatrącający o manię sposób zwalczała Macieja Grzechnika, doprowadzając w końcu do jego odwołania). Wcześniejsze jej działania dowodzą, że miała takie możliwości. Robiła to przecież przed pokazami w Białce i w Janowie w 2016 i 2017 roku. Środowisko zna te i inne zarzuty pod jej adresem – wiele z nich padło w liście otwartym jednego z członków PZHKA. List był szeroko komentowany przez hodowców – naszych kolegów i koleżanki. Apel do Stojanowskiej brzmiał tak: “Nie bojkotuj pokazu w Białce, nie blokuj sędziów… tak nie można… to jest niezgodne z jakimikolwiek zasadami… Chcemy pokazywać konie, one są naszym życiem, pasją, inwestycją często bardzo dużych pieniędzy, na które ciężko musimy pracować!”. A. Stojanowska została tam nazwana wdzięcznie “mściwą Anią”, działającą na szkodę polskiej hodowli: „zaczęłaś budować, Aniu, “armię” gryzipiórków, którzy za Ciebie i na Twoje zlecenia do tej pory krytykują wszelkie działania związane z polskimi końmi arabskimi. Pozyskałaś media, wcześniej również organizowałaś konferencje prasowe, wreszcie upolityczniłaś konie arabskie w Polsce!!! Współpracujesz z opozycją polityczną, przekazujesz informacje, często ściśle branżowe, a posłowie ci nie potrafią poprawnie po angielsku, publicznie, wypowiedzieć tego, co im napisałaś… trochę żenujące… Udzielasz wywiadów, sama realizujesz wywiady, wszystko odbywa się w bardzo ścisłym “starym gronie Twoich przyjaciół”, bądź nowych zaufanych ludzi. Posiadasz również duże wsparcie profesjonalnych agencji marketingowych oraz PR”.

Dziś A. Stojanowska unika miejsc, gdzie pojawiają się osoby nieulegające (jak pan minister) jej „czarowi”, lecz – wręcz przeciwnie – nie tylko znające jej prawdziwe oblicze, ale nastawione nader krytycznie do jej działań. Woli ciche korytarze Ministerstwa Rolnictwa, gdzie może, po cichu właśnie, udzielać swych „cennych” rad i – znów po cichu – razem z Tomaszem Chalimoniukiem ustalać kwoty, za jakie państwowe konie miałyby zostać sprzedane. Decydentom nie przeszkadza fakt, że jest to osoba, która prowadzi działalność konkurencyjną, w postaci własnych (cóż, że wielce nieudanych) aukcji.

(Tu przytoczę kolejną opinię wspomnianego wyżej hodowcy: „Pan Minister Rolnictwa i Rozwoju Wsi Jan Ardanowski zaprosił Ciebie i Pana Białoboka do Rady ds. Hodowli Koni Arabskich… sądzę, że w tamtym czasie miał zbyt małą wiedzę na temat przeszłej i teraźniejszej sytuacji”.)

Tymczasem minister Ardanowski podjął znakomitą decyzję, by służby specjalne obserwowały tegoroczną aukcję. Moim zdaniem, nie będą miały wiele do roboty. Wystarczy, jak przypilnują ministerialnych doradców: A. Stojanowską i J. Białoboka. Nikt bowiem tak jak ta dwójka nie dysponuje równie wielkim doświadczeniem, by skutecznie zaszkodzić reputacji polskiej hodowli i namieszać na aukcji.

 


Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za artykuły publikowane na blogach. Opinie wyrażane w tekstach są osobistymi ocenami autorów.
Janów zasługuje na więcej!
Hanna Sztuka | 04.07.2019 | No comments

Przez ostatnie trzy lata stadnina w Janowie Podlaskim stała się symbolem walki dobra ze złem w polskiej hodowli koni czystej krwi arabskiej. Do 2016 roku nasza armada, jaką stanowiły stadniny w Janowie i Michałowie, była skuteczna i nieźle sobie radziła na rynku, ale przypominała bardziej dwa okręty podwodne: zamknięte, głęboko zanurzone, tak że nikt postronny nie wiedział, co tam właściwie się dzieje. Aż zmienił się układ polityczny i po rządzącym przez ostatnie 25 lat w polskim rolnictwie PSL przyszła inna opcja polityczna i postanowiła zajrzeć do środka. Zamiast jednak posłużyć się kluczem francuskim i wszystko dobrze rozważyć, wysłano ekipę z łomem, żeby dostać się na okręty, kapitanów wyrzucono za burtę – a na temat tego, co było dalej, każdy w Polsce ma już swoją opinię.

Okręt flagowy – jak nazywano Michałów – miał początkowo więcej szczęścia. Pierwszy błąd w obsadzie stanowiska prezesa (na którego powołano młodą i bez niezbędnego doświadczenia osobę) szybko naprawiono i Michałów dostał wiatr w żagle, radząc sobie w czasie burzy medialnej całkiem dobrze. Tymczasem Janów od początku zmian nie miał szczęścia i, śledząc jego losy przez ostatnie trzy lata, pogrążam się w smutku. Nie widać na horyzoncie jakiejkolwiek nadziei na lepsze. Kiedy w marcu 2018 roku odwołano z funkcji prezesa Sławomira Pietrzaka, było oczywiste, że nie stało się to z powodu złych wyników spółki Janów, lecz dlatego, że sprzeciwił się on pomysłowi Tomasza Chalimoniuka, który przekonał ministra Jurgiela do przeniesienia czempionatu narodowego na Służewiec. Wszyscy pamiętają buńczuczne zapowiedzi prezesa PKWK o narodowej wystawie rolniczej i obietnice zaprezentowania dwutonowego byka. Byka nikt nie zobaczył, ale za to konie i ludzie, jak trzoda, taplali się w błocie, aby na koniec wysłuchać narodowego hymnu w gumowcach. Dziś ten sam człowiek organizuje fetę arabską, tym razem w Janowie, co ogłoszono jako sukces jeszcze nowszej dobrej zmiany. Przypomnijmy jednak także, że główną atrakcją ubiegłorocznego narodowego pokazu było przemówienie ministra rolnictwa. W napęczniałym od wielkich słów speachu, który należy uznać za szczyt nielojalności w stosunku do poprzednika, przeprosił za to, że właściciel napadł na własne okręty i odebrał kasę. Wyrzuconym za burtę podał zaś kaftany bezpieczeństwa. Najciekawsze jednak było butne zapewnienie, że od tej chwili hodowla zostanie odbudowana, a okres błędów i wypaczeń mamy za sobą i teraz już będziemy żyli długo i szczęśliwie. Wyglądało to zatem jak przejęcie abordażem wrogiego okrętu, a nie jak zmiana kapitana u tego samego armatora. Minął rok, więc czas zapytać, co z tego zostało. W czasie rządów ministra Jurgiela Michałów miał przez kolejne dwa lata zysk: w 2016 +1,7 mln, w 2017 +900 tys., Janów Podlaski zaś w 2016 +100 tys., ale już w 2017 -1,5 mln. Jako że w ubiegły piątek odbyło się walne zgromadzenie wspólników Janowa Podlaskiego, znamy już wyniki obu spółek za rok 2018, czyli już w trakcie „odbudowy” obu stadnin przez ministra Ardanowskiego: Michałów obniżył zysk w stosunku do 2017 roku o 2,2 mln, osiągając stratę w wysokości -1.3 mln, Janów Podlaski z podobnym spadkiem o 2 mln, osiągnął finalnie imponującą stratę w wys. -3,5 mln. Zapiera dech w piersiach. Wartość Spółki Stadnina Koni Janów Podlaski spadła przez dwa lata o 5 milionów, bowiem pokrycie straty z kapitału spółki właśnie to oznacza. Zastanawiam się, jak długo jeszcze będzie trwał ten eksperyment przeprowadzany na Stadninie Koni Janów Podlaski? I co teraz? Plotka korytarzowa mówi o odwołaniu p/o prezesa Grzegorza Czochańskiego po aukcji. Ale czy to coś zmieni? Któż rozsądny zechce pójść do zarządu stadniny (mam na myśli menedżerów z doświadczeniem, a nie zdesperowanych bezrobotnych lub urzędników KOWR-u) i pracować z obecną ekipą? To samo dotyczy Michałowa, gdzie wdrożono podobny eksperyment. Po odwołaniu prezesów wyłonionych w konkursach, czyli prof. S. Pietrzaka i dr. inż. M. Grzechnika, do stadnin przyszli ludzie całkowicie nieprzygotowani merytorycznie, ale za to o odpowiednio giętkich kręgosłupach, gotowi wykonać każde polecenie z zewnątrz. Konkursów nie ogłasza się już z obawy, aby fachowcy mający własne poglądy nie dostali się do nadzorowanych przez urzędnicze „orły” stadnin. Osoby, które sterują stadninami i podejmują decyzje, robią to oczywiście nieformalnie, bo odpowiedzialność poniosą zarządy (miejmy nadzieję, że tak się stanie). Ale kto by się tym na razie przejmował! Jest parasol polityczny, a więc hulaj dusza, piekła nie ma. Czekamy do wyborów, a potem jakoś to będzie – nie nasze zmartwienie.

Tymczasem sanktuarium światowej hodowli koni czystej krwi arabskiej, jakim jest Janów Podlaski, powoli się sypie. Obserwuję Janów dość uważnie od 1998 roku, i to nie tylko hodowlę, ale całe gospodarstwo. W tamtym czasie Janów był w pożałowania godnym stanie. Nie jest prawdą, że dr Marek Trela był bezpośrednim następcą Andrzeja Krzyształowicza. Od daty odwołania Krzyształowicza do objęcia przez Trelę stanowiska prezesa minęło ponad 10 lat. To był jednocześnie bardzo trudny czas dla rolnictwa. Po wielu latach smuty, Janów był w opłakanym stanie. Mogę śmiało stwierdzić, że dr Trela zastał Janów drewniany, a zostawił murowany. Skala jego osiągnięć w gospodarstwie jest równa skali jego osiągnięć hodowlanych, a te – jak wszyscy wiedzą – są wybitne. Widziałam, jak przez wiele kolejnych lat dr Trela budował nowy Janów, który jest arcytrudnym w zarządzaniu gospodarstwem. Stworzył nową infrastrukturę, nowy zespół, a smutne stado klaczy w starym typie wprowadził z powrotem na światowy szczyt. Janów miał wtedy duszę, ale miał też głowę. Teraz nie ma ani duszy, ani głowy. Degradacja substancji Janowa jest widoczna i nie do ukrycia. Gigantyczna strata bilansowa jest tylko częścią prawdy o Janowie. Podczas ostatniego przeglądu przyjrzałam się uważnie stadninie, w której nie byłam rok – i widok jest smutny. Urwane rynny, popękane szyby, brak widocznych remontów, brudne stajnie, maneż przy stajni czołowej był sprzątany chyba jeszcze za Treli… Na początku maja widziałam nieuprawione pola na Pożarach i aż się boję myśleć, o co chodzi. Z obór janowskich też nie napływają optymistyczne doniesienia. Dlaczego więc nadzór nic nie robi, aby zmienić tę kryzysową sytuację? Stawiam tezę, że to Pride of Poland zniszczy polską państwową hodowlę koni czystej krwi arabskiej. Dlaczego tak twierdzę? Otóż dlatego, że Janów, Michałów i w ogóle konie arabskie nikogo specjalnie nie interesują, ale związane z nimi wielkie pieniądze i polityka to i owszem. Winą za wprowadzenie polityki do stadnin koni arabskich jeden z członków PZHKA słusznie obciążył A. Stojanowską, z tego właśnie powodu zmuszoną do rezygnacji z funkcji prezesa PZHKA. Konsekwencje wpływu polityki na stadninę są dla Janowa Podlaskiego rujnujące. Rozdzierany przez różne interesy polityczne Janów Podlaski powoli gaśnie.

Głównym tematem publicznej dyskusji jest aukcja Pride of Poland, czyli sprzedaż koni. Jednak niemal wszyscy, z ministrem rolnictwa na czele, poprzez pracowników KOWR, na hodowcach prywatnych skończywszy, zapomnieli, czym są stadniny w rękach państwa. Właśnie nastąpił radosny powrót do handlu zarodkami od najlepszych państwowych klaczy – przecież to desperacka próba wybrnięcia stadnin z finansowych kłopotów! Koniecznym jest zatem, aby wszyscy ci ludzie zapoznali się ze strategiczną rolą stadnin Skarbu Państwa. W październiku tego roku minie 100 lat od chwili utworzenia w Janowie Podlaskim działu koni czystej krwi arabskiej. To w tamtym czasie zakończyła się – wraz z rewolucją bolszewicką – era wielkich kresowych stadnin magnackich. Najcenniejszy ocalały materiał hodowlany wielkim wysiłkiem państwa polskiego zgromadzono w Janowie. Sukces hodowli janowskiej w 20-leciu międzywojennym stał się podstawą do zbudowania marki Janowa Podlaskiego na kolejne, niezwykle trudne lata. Janów Podlaski w dzisiejszym kształcie zawdzięczamy pracy czterech pokoleń, pracy, która opierała się na doświadczeniach hodowlanych magnackich stadnin na ziemiach polskich przez poprzednie kilkaset lat. Stadnina jako miejsce ma ten specyficzny genius loci, który urzeka kolejne pokolenia. Ale obecnie jest w rękach ludzi, którzy tego nie rozumieją, nie czują i myślą jedynie o swoich urzędniczych pensjach. Nikt z tych ludzi nie wie, co zrobić z tym Janowem. Są tylko pewni jednego: nie wolno wpuścić tam niepowołanych ludzi. Jakich? Takich, dla których Janów jest ważny, z wizją, wiedzą i kompetencjami, które mogliby oddać w służbę Janowa (i Michałowa). Oczywiście tacy ludzie mają jedną dyskwalifikującą wadę: niezależność w działaniu i poglądach. Ale inaczej nic z tego nie będzie… W ubiegłym roku byłam gorącą zwolenniczką zmiany nazwy aukcji na „Janów Podlaski Auction” – czyli powrotu do pierwotnej nazwy tego wydarzenia. Nadal tak uważam – Pride of Poland powinna odejść wraz z Polturfem i jego skandaliczną 12% prowizją. To JANÓW PODLASKI jest marką i tylko Janów się liczy. Janów zasługuje na więcej!

 


Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za artykuły publikowane na blogach. Opinie wyrażane w tekstach są osobistymi ocenami autorów.
Okręt flagowy tonie! SOS dla Michałowa
Hanna Sztuka | 13.06.2019 | No comments

Wśród 40 spółek z branży rolnej podległych dawnej ANR, obecnie przemianowanej na KOWR, Stadninę Michałów często określano mianem okrętu flagowego ANR. Podsumowując dzieje Stadniny z okazji jej 65-lecia, napisałam serię artykułów opublikowanych w czasopiśmie „Hodowca i Jeździec”. W ostatniej części, która wkrótce się ukaże, pt. „Hodowla i Rozwój, cz. 2”, której współautorem jest dr inż. Maciej Grzechnik, napisaliśmy takie zdanie na temat tutejszego gospodarstwa rolnego: „W całej swojej 65-letniej historii gospodarstwo rolne w Michałowie osiągało na trudnych ziemiach dobre wyniki w produkcji roślinnej i zwierzęcej. W stadninie poczyniono wiele inwestycji w budynki i sprzęt, tak że dysponuje ona pełnym kompletem nowoczesnych maszyn do uprawy i zbioru plonów. Przychody w stadninie podlegają znacznym wahaniom, na co ma wpływ koniunktura na rynku sprzedaży mleka. Ale przede wszystkim są one zależne od wpływów ze sprzedaży koni. W roku 2001 Stadnina Koni Michałów otrzymała nagrodę Prezydenta RP dla najlepszego gospodarstwa rolnego w Polsce”. Rolnictwo, a szczególnie hodowla, to kultura, która wymaga wiedzy, doświadczenia i często bardzo ciężkiej pracy. Dlatego, z perspektywy własnych doświadczeń w zarządzaniu wielkoobszarowym gospodarstwem rolnym, patrzę na Michałów nie tylko jako na najcenniejsze dziś na świecie stado koni czystej krwi arabskich, ale przede wszystkim jako na przedsiębiorstwo rolne. Pomimo zmasowanych ataków medialnych na Janów i Michałów, jakie miały miejsce przez ostatnie trzy lata, Michałów skutecznie obronił swoją pozycję na arenie międzynarodowej i krajowej, a przede wszystkim zachował płynność finansową, wykazując za 2016 i 2017 rok zysk wyższy od przeciętnego w skali ostatnich dziesięciu lat.

Tak było do III kwartału 2018 roku, kiedy na p/o Prezesa Spółki Stadnina Koni Michałów została powołana Monika Słowik. Ciepło lub obojętnie przyjęta przez media, gorąco popierana przez kierownictwo KOWR i członków rady min. Ardanowskiego, uderzyła w Michałów jak torpeda: najpierw powstała mała dziura w postaci wywrócenia wszystkich dotychczasowych kontraktów, co doprowadziło do wycofania się klientów z zakupionych na aukcji koni. Potem nastąpiły trzy nieudane przetargi i wreszcie III Winter Sale z wynikiem 5-krotnie niższym niż w roku poprzednim. Pomimo że na koniec trzeciego kwartału 2018 spółka była w lepszej sytuacji niż rok wcześniej, to ostatecznie strata Stadniny Koni Michałów za rok 2018 wyniosła prawie 1 mln 300 tys. złotych, a ponad 500 tys. ukryto za pomocą zabiegów księgowych. I tak Monika Słowik przeszła do historii Michałowa. Po raz pierwszy od 65 lat Michałów ma stratę! Oczywiście nie oznacza to upadku stadniny. Michałów ma sporą rezerwę, którą stworzył jeszcze dyr. Ignacy Jaworowski. Skrzętnie dbał o nią Jerzy Białobok, a Maciej Grzechnik też dołożył do tej kupki co nieco. Dopiero Monika Słowik zaczęła przejadanie zapasów. W październiku 2018 roku, podczas rozmowy z dyr. Grzegorzem Piętą z KOWR, zwróciłam jego uwagę na całkowity brak kompetencji Moniki Słowik w zarządzaniu gospodarstwem rolnym, czego symptomy były już wtedy widoczne. Wskazywałam, że konsekwencją będzie wysoka strata w spółce, bo osoba ta nie poradzi sobie z zadaniem, jakie jej postawiono. Jest rzeczą nie do wyobrażenia, że najlepszym stadem koni arabskich na świecie zarządza dziś osoba, która nigdy niczego nie hodowała. Pani Słowik opowiada każdemu, kto chce słuchać (nawet RMF), że zajmuje się końmi od dziewiątego roku życia. Czy sugeruje tym samym, że z tego wynikają kompetencje do zarządzania stadniną? Czy syn dorożkarza, który od dziecka zajmuje się końmi ojca, też ma takie kompetencje? Czy Pani Słowik kiedykolwiek pracowała w gospodarstwie rolnym? Czy kiedykolwiek miała do czynienia z bydłem mlecznym? Czy zna i rozumie, czym jest dla środowiska hodowców koni arabskich na całym świecie Michałów? Skąd ma to wiedzieć? Okręt flagowy dostał, zamiast doświadczonego kapitana, podstarzałego rekruta, który na dwa lata przed emeryturą odkrył w sobie nową pasję. Już jeden taki był w Janowie i wiadomo, jak się to skończyło dla nadbużańskiej stadniny.

Okręt trafiony torpedą o nazwie Monika Słowik nabiera wody, gdy tymczasem KOWR-owska orkiestra gra w najlepsze i przy stracie 1mln 300 tys. zł udziela Monice Słowik absolutorium… Decyzja o pokryciu straty z kapitału spółki powoduje zmniejszenie wartości spółki o 1mln 300 tys. zł, czyli kapitał z kwoty 40 735 725 zł zostaje obniżony do kwoty ok. 39 mln. Jest rzeczą znamienną, że kiedy media w styczniu pytały o wysokość straty w Michałowie, Monika Słowik kłamała gładko do kamery, że będzie to ok. 800 tys., a przecież musiała wiedzieć, że jest to już 1 mln 800 tys. i tylko kreatywna księgowość pozwoliła zmniejszyć tę ogromną stratę, do której Pani Słowik doprowadziła Michałów, o 500 tys. zł. Zresztą, mijanie się z prawdą przychodzi Monice Słowik dość łatwo i nie waha się ona pomawiać inne osoby, w tym autorkę niniejszego tekstu, nawet przed sądem. Posługiwanie się podpisem poprzednika w umowie, która nie istnieje, to już właściwie drobiazg. Nie wiem, czy kiedykolwiek  komornik zajął konto Michałowa, a tu proszę: Monice Słowik udało się i tego dokonać!

Tym, co się dzieje w spółce, zaniepokojeni są jej pracownicy, którzy – co prawda anonimowo – ale poinformowali nadzór o tym, że dzieje się coś niedobrego. I co? Ano nic, przyjechała kontrola z KOWR i komisyjnie stwierdziła, że wszystko w porządku. Ja jednak tak nie uważam. Do napisania tego tekstu skłonił mnie głęboki niepokój i troska o dalsze losy Michałowa. To, co widzę i słyszę, jest wręcz nie do uwierzenia. Armagedon w oborze w Lubczy (HF) – produkcja spadła z 11200 do poniżej 10 tys. kg mleka. W stadninie nie ma już słomy ani siana, a będzie jeszcze gorzej, gdyż łąki stoją niekoszone – trawy oczywiście przekwitły i wartość takiego siana zbliży się wkrótce do słomy. Pierwszy pokos lucerny został zebrany dopiero w czerwcu (a nie w maju, jak zwykle). Masowe upadki cieląt w oborze krów Jersey pewnie nikogo nie wzruszą, ale masowe upadki źrebiąt i młodych koni już prędzej. Na wiosennym przeglądzie widziałam 5 klaczy, które wyszły bez źrebiąt, pomimo że były wysoko źrebne lub miały już urodzone źrebięta. Znikło kilka roczniaków, w tym ogierek Wierch od Wieży Mocy, o którym wiem już, że nie żyje. Klaczka klienta z zagranicy, która złamała przy wypuszczaniu na pastwisko dwie przednie nogi, nikogo z KOWR specjalnie nie zainteresowała. Ale wczoraj (11.06) zdarzyło się coś, co sprawiło, że przerwałam milczenie  Dwutygodniowa klaczka od Witonii po Morionie, wypuszczona na cały dzień ze stadem na pastwisko, padła na udar słoneczny… Jak Monika Słowik to wytłumaczy? To kompletny brak odpowiedzialności i znajomości podstawowych zasad, jakimi kieruje się hodowla zwierząt, a koni arabskich w szczególności. Kto wypuszcza tak młode źrebię na cały dzień przy 33-stopniowym upale??? Klaczka ugotowała się żywcem!

Niestety, w chwili, gdy usiadłam do pisania mojego „SOS dla Michałowa”, otrzymałam wiadomość, że padło kolejne źrebię, tym razem od Emily. Okręt flagowy tonie, a KOWR-owska orkiestra gra beztrosko dalej. SOS dla Michałowa!

 


Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za artykuły publikowane na blogach. Opinie wyrażane w tekstach są osobistymi ocenami autorów.
Roman Pankiewicz 1924-2016. „Człowiek, którego kochały konie”
Hanna Sztuka | 07.12.2018 | No comments

W rocznicę śmierci wspominamy Romana Pankiewicza, jeden z największych autorytetów polskiej hodowli koni czystej krwi arabskiej. Nie tylko wybitny hodowca, lecz także autor, który pozostawił po sobie wielką liczbę publikacji na temat hodowli. Traktował swoje pisanie jako obowiązek przekazania dziedzictwa. Dzięki temu mamy między innymi I i II tom „Rejestru Polskich Ogierów Czystej Krwi Arabskiej”, „Polską Hodowlę Koni Czystej Krwi Arabskiej 1918-1939”, „Siedmiu Wspaniałych”, „Arabian Horses in Poland in Their Genealogical Charts 1975-1978” oraz liczne artykuły dla „Konia Polskiego”, „Kuriera Arabskiego” oraz pism zagranicznych. A także niezapomniane wstępy do katalogów aukcji janowskiej, pełne odniesień do polskiej historii oraz znakomite, układane z pasją opisy koni sprzedażnych i hodowlanych. Wszystko to było odbiciem Jego wiedzy i talentu.
 
Wielkie są również Jego zasługi w odbudowie polskiej hodowli prywatnej, dla której od początku lat 90. był mentorem i wsparciem (patrz: artykuł Czas romantyków), piastował też funkcję Honorowego Prezesa PTHKA. Wiele można jeszcze o Nim powiedzieć, ale chcę przypomnieć mało znany, lub wręcz zapomniany czas, kiedy to Roman Pankiewicz (w latach 1959-1967) był pracownikiem Stadniny Koni Michałów. Świetną okazją do upamiętnienia postaci Romana Pankiewicza była Nagroda WAHO przyznana michałowskiej klaczy Zagrobla podczas tegorocznego Czempionatu Narodowego. To właśnie za sprawą Romana Pankiewicza jej babka Złota Iwa trafiła do Michałowa i założyła tam cenną rodzinę. (Polecam artykuł prof. Krystyny Chmiel w HiJ nr 4 (59), jesień 2018 „Od Sardhany do Zigi Zany”).
 
Aby ocalić od zapomnienia postać Romana Pankiewicza – pracownika Stadniny Koni Michałów, postanowiliśmy, wspólnie z prezesem Maciejem  Grzechnikiem, wmurować pamiątkową tablicę w michałowskim Maneżu. Poniżej opis inwestycji z archiwum Stadniny Koni Michałów dotyczący tego projektu, który niestety nie został do końca zrealizowany i tablica pamiątkowa musi poczekać na lepszy czas dla „Wygnańca”.
 
„STAJNIA Nr1, MANEŻ oraz tablica pamiątkowa poświęcona Romanowi Pankiewiczowi – obchody 65-lecia Stadniny Koni Michałów (Michałów, luty 2018)
 
W roku 2018 Stadnina Koni Michałów celebruje swoje 65-lecie. Aby godnie uczcić tę datę i jednocześnie pozostawić w Stadninie trwały ślad po dorobku ludzi, którzy dla niej pracowali, został stworzony projekt remontu stajni Nr 1 wraz z Maneżem. Budynki te, należące do najstarszej części założenia architektonicznego Stadniny Michałów, z uwagi na znaczne zużycie wnętrza, wymagały pilnego remontu.
 
Prace zostały przeprowadzone etapami – jesienią 2017 wykonano prace budowlane (wyburzenie starych ścian wewnętrznych, całkowita naprawa tynków, wymiana instalacji wodnej, wymurowanie nowych ścian wewnętrznych oraz malowanie). Wiosną 2018  stworzono autorski projekt zabudowy stajni Nr1 oraz Maneżu. Wnętrze stajni zostało zaprojektowane z intencją przeznaczenia obszernych, jasnych boksów dla wyźrebień klaczy (dodatkowym atutem jest tu bezpośrednie połączenie z pomieszczeniem socjalnym dla pracowników i toaletą, co znacząco wpłynie na poprawę warunków pracy osób dozorujących w nocy wyźrebienia). Boksy w dawnej stajni czołowej (łącznik) zostały zaprojektowane dwufunkcyjnie, z możliwością wykorzystania ich zarówno dla klaczy, jak i ogierów. Dodatkowo, na etapie realizacji projektu, zlecono poszerzenie drzwi w 5 boksach dla klaczy,  aby usprawnić dostęp podczas mechanicznego usuwania obornika, oraz wykonanie według technicznego projektu wykonawcy możliwości całkowitego otwarcia frontów 4 boksów w łączniku (nowatorskie rozwiązanie oparcia frontów na specjalnej konstrukcji na bazie łożyska).
 
Projekt zmiany formy estetycznej maneżu mający na celu podkreślenie czystości formy architektonicznej Maneżu jest kontynuacją realizacji wnętrza stajni Nr1 i powinien być konsekwentnie realizowany w przyszłości w kolejnych remontowanych budynkach stadniny. Wystrój Maneżu nawiązujący do najlepszej polskiej tradycji wykorzystania elementów drewnianych spełniających jednocześnie funkcję użytkową i dekoracyjną, podkreśla wyjątkową rolę Maneżu jako centrum stadniny.
 
Połączenie remontu stajni Nr1 i Maneżu z wmurowaniem tablicy pamiątkowej poświęconej Romanowi Pankiewiczowi jest głównym punktem celebrowania w Stadninie Michałów jej 65-lecia. Roman Pankiewicz (1924-2016) pracował w Stadninie Michałów w latach 1959-1967. Jego zasługi, zarówno dla Stadniny Michałów, jak również dla całej polskiej hodowli koni czystej krwi arabskiej, są niekwestionowanym faktem. Z tego powodu została zaprojektowana tablica pamiątkowa (projekt Romana Krzyżaniaka) poświęcona Romanowi Pankiewiczowi, która zostanie uroczyście odsłonięta w dniu 5 października 2018 roku podczas przeglądu hodowlanego z okazji 65-lecia Stadniny Koni Michałów”.
 
…Niestety, z przyczyn niezależnych ode mnie, do uroczystości upamiętniającej Romana Pankiewicza nie doszło. Znów nikomu nie zależy na Jego upamiętnieniu w Michałowie.
 
Roman Pankiewicz


Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za artykuły publikowane na blogach. Opinie wyrażane w tekstach są osobistymi ocenami autorów.
Selfie z Equatorem
Monika Luft | 04.12.2018 | No comments

„Przystojniak z Narodowej Wystawy Rolniczej w Poznaniu. Warto zobaczyć!” – taki oto tekst ze zdjęciem gniadego konia w boksie ukazał się na twitterowym profilu Prezydenta RP Andrzeja Dudy. Po bliższej analizie zdjęcia doszłam do wniosku, że przedstawia ono Equatora, choć mało do siebie podobnego i nie wyglądającego na czempiona świata w jakiejkolwiek dziedzinie. No, ale wiadomo, że przypadkowe, zrobione komórką zdjęcie nie mogło wydobyć urody ani charyzmy konia. Przeczucie co do jego tożsamości potwierdziło się jednak, bo na innym zdjęciu z tej serii widać nie tylko Prezydenta RP, ale także (choć mocno „uciętych”) ministra rolnictwa Jana Krzysztofa Ardanowskiego i zastępcę dyrektora generalnego KOWR Grzegorza Piętę. Zresztą, po dwóch dniach na stronie KOWR ukazało się potwierdzenie, że Equator rzeczywiście był pokazany w Poznaniu – musiał więc tam pojechać prosto, lub niemal prosto z Paryża (nie będę dociekać, czy został na okoliczność tej wycieczki ubezpieczony, czy też nie…).

Jak należało się spodziewać, zdjęcie Prezydenta RP z Equatorem nie tylko nie wywołało pozytywnych reakcji, a wręcz stało się „memotwórcze” – pojawiły się kompilacje i fotomontaże przedstawiające głowę państwa w mało korzystnych kontekstach. I tak, zamiast pozytywnego PR, dostaliśmy czarny PR. Czyli – miało być dobrze, a wyszło jak zwykle.

Czy naprawdę, jeśli już doszło do „spotkania na szczycie” – Prezydent RP z Czempionem Świata z Paryża – tak trudno było sprawić, by obie strony na tym zyskały? Wystarczyło wyprowadzić konia z boksu, ustawić trofea i postarać się o porządne zdjęcie, np. razem z ozdobnym siodłem, ufundowanym przez króla Maroka, które także przyjechało z Paryża. Zarówno Prezydent RP, jak i Equator – co dla wielbicieli rasy arabskiej jest istotne – wyglądaliby godniej. Wystarczyło także nadmienić w poście, co to za koń – nie jakiś anonimowy „przystojniak”, ale świeżo mianowany Czempion Świata Koni Arabskich. To naprawdę nie wymagało jakiegoś wielkiego wysiłku, lecz tylko chwilowego skupienia i „pokierowania ruchem”. Przy okazji szeroka opinia publiczna, za pośrednictwem Twittera, dowiedziałaby się o paryskim sukcesie polskiej hodowli, na czym chyba powinno zależeć „młotkowanym” w mediach bez ustanku kowrowskim urzędnikom.

Oczywiście kiks z Equatorem nie jest winą Prezydenta RP, lecz ludzi z jego otoczenia oraz autorów pomysłu zawiezienia ogiera na wystawę. Ktoś po prostu powinien nad tym panować. W przypadku głowy państwa, nawet selfie z koniem, zwłaszcza jeśli ma być opublikowane, jest rzeczą sporej (choć na pewno nie najwyższej) wagi. Przeważyła bylejakość i brak wyobraźni. Pogratulować efektu: „antyprezydenckie” memy hulają po necie, a o sukcesie Equatora nikt, poza wąską grupą osób zainteresowanych, się nie zająknął.


Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za artykuły publikowane na blogach. Opinie wyrażane w tekstach są osobistymi ocenami autorów.
KTO ZABIŁ DAMĘ PIK?
Hanna Sztuka | 08.10.2018 | No comments

Wiele wskazuje na to, że w Michałowie dokonano zbrodni. Oczywiście sprawa nie trafi do gazet ani nie będzie przedmiotem interpelacji poselskiej, bo zbrodni dokonały osoby chronione siłą KOWR. Nowa sytuacja w Michałowie charakteryzuje się również tym, że nikt nie będzie się czuł odpowiedzialny, ponieważ nie wiadomo, kto decyduje. A wyrok został wykonany. Zarzuty, jakie postawiono Damie Pik, to uporczywe trwanie przy życiu, pomimo krzywd, jakich doznała od swoich opiekunów: nieudanej operacji ścięgna (w dzieciństwie) i zmian degeneracyjnych po ochwacie przebytym w roku 2015. Nie było szans na ułaskawienie, pomimo wykazania się przez Damę Pik cennym potomstwem, jak choćby ogier DASTAN i najcenniejszy, bardzo obiecujący, młody reprezentant rodu Krzyżyka, roczny DEL RIO. Pluton egzekucyjny złożony z pań o szerokim doświadczeniu w hodowli koni czystej krwi arabskiej (nabytym w Książu???) wykonał wyrok, jednocześnie zarzucając poprzednikom… tolerowanie długotrwałego cierpienia, bez perspektywy wyleczenia, spowodowanego przewlekłym ochwatem z rotacją kości kopytowej oraz zaawansowanymi zmianami degeneracyjnymi ścięgien kończyny prawej przedniej. „Ze względu na cierpienie klacz powinna być poddana eutanazji, a ona jest kosztownie leczona środkami przeciwzapalnymi, które nie zmniejszają jej bólu i nie spowodują powrotu do zdrowia…” (podpisane p/o prezesa Monika Słowik, dnia 11 września 2018).

To pewnego rodzaju nowość, gdyż w arabskich stadninach państwowych konie stare i chore do tej pory były traktowane z należnym im szacunkiem i otoczone staranną opieką. Te najcenniejsze mają zapewnione dożywocie; dla innych szukano odpowiedniego miejsca na starość. DAMA PIK widocznie w oczach decydentek nie zasłużyła się w stadninie niczym szczególnym. A może po prostu o tym nie wiedziały?

Z mojego punktu widzenia: wyrok śmierci wykonany na DAMIE PIK uważam za zbrodnię dokonaną na bezbronnej klaczy, która bohatersko od wielu lat walczyła o życie z cierpliwością i pokorą, jaką mają w sobie szlachetne zwierzęta. Jej stan nie zmienił się drastycznie od 2017, kiedy to urodziła szczęśliwie ogierka Del Rio, którego wykarmiła i odchowała bez większych problemów. Z powodu ograniczeń spowodowanych jej problemami z nogami została wstrzymana od krycia w 2017, a w roku 2018 podjęto próby pozyskania embrionu. Pomimo że próby te nie zostały zakończone sukcesem, klacz, która regularnie wchodziła w ruję i się zaźrebiała, rokowała nadzieję na udany embriotransfer w przyszłości. Stan zdrowotny Damy Pik był stabilny, klacz jadła, dużo leżała, ale wychodziła na krótkie spacery, nie miała odleżyn i nie chorowała. Podawane środki przeciwzapalne i przeciwbólowe (wg pani Słowik kosztowne) poprawiały jej komfort życia niezwykle skutecznie. Dama Pik miała indywidualny program żywienia, w tym pasze zamawiane wyłącznie dla koni z ochwatem (których w Michałowie jest znacznie więcej niż powinno być).

Z punktu widzenia hodowlanego Dama Pik reprezentowała bardzo nieliczną w Michałowie rodzinę żeńską SEMRIE or.ar. i z tego powodu zabicie jej jest wielką stratą dla hodowli. Linię SEMRIE or.ar. reprezentują w stadninie jedynie cztery klacze oraz trzy klaczki dwuletnie i jedna urodzona w 2018 roku. Z klaczy formalnie reprezentujących tę rodzinę żeńską wysoką wartość hodowlaną przedstawia wyłącznie Diara oraz nieżyjąca już Dama Pik. Pozostałe klacze, czyli Dagma – użytkowana w rekreacji, słabo rokująca pierwiastka Dama Kahila, a także przeciętna i mało szlachetna Dama Karo, nie stanowią dla przetrwania rodziny SEMRIE or.ar. żadnego wsparcia. Dama Pik ur. 2010 (po Enzo od Dama Kier po Gazal Al Shaqab) zostawiła w hodowli ogiera Dastan ur. 2015 roku, klaczkę Deltala ur. 2016 po ogierze Equator, i ogierka Del Rio ur. 2017 po ogierze Forman. Do tej pory jako jedyna przedstawicielka tej rodziny żeńskiej pozostawiła wartościowe potomstwo. Diara, sama niezwykle typowa i żeńska, nie wykazała się jeszcze w hodowli niczym szczególnym.

Tak więc bezrefleksyjne pozbycie się DAMY PIK, bez zabezpieczenia materiału genetycznego, to zbrodnia wynikająca prawdopodobnie z ignorancji i głupoty. Hodowla koni arabskich to kultura również w traktowaniu zwierząt z szacunkiem i troską. Dokonanie eutanazji na klaczy, która chciała żyć, pomimo ciężkich zmian ochwatowych, świadczy o tym, że osoby, które podjęły tę decyzję, pozbawione są nie tylko wiedzy na temat hodowli, z jaką splot nieszczęśliwych dla Damy Pik okoliczności związał z Michałowem, ale przede wszystkim szacunku dla koni, ich wartości hodowlanej oraz ich prawa do życia i godnej śmierci.

Zatem, jeśli już w bezdusznych sercach i pustych głowach pojawił się pomysł pozbycia się ze stajni konia, bo za drogo kosztuje jego leczenie, należało zadbać przynajmniej o zabezpieczenie niezwykle cennego dla stadniny materiału genetycznego klaczy Dama Pik. Po zabiciu córki Eksterna (bez powiadomienia o tym fakcie jej właściciela), klaczki Weronika, która z braku właściwego nadzoru w stadninie złamała sobie dwie nogi na raz, zabicie Damy Pik kilka tygodni później jawi się jako kolejny akt jakiegoś ponurego scenariusza rozgrywającego się obecnie w Michałowie.


Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za artykuły publikowane na blogach. Opinie wyrażane w tekstach są osobistymi ocenami autorów.
Dwie aukcje – a nawet trzy
Monika Luft | 11.09.2018 | No comments

“Tegoroczne nagłówki prasowe to „kopiuj-wklej” z 2017” – pisałam o aukcji janowskiej. Niemal to samo można w zasadzie powiedzieć o aukcji w Michałowicach, choć (co prawda, to prawda) w tym roku nagłówki były może nieco mniej entuzjastyczne. Przed rokiem michałowicka aukcja zakończyła się – o ile wierzyć mediom – „umiarkowanym sukcesem” i była „udanym startem” (jak pamiętamy, końcowy wynik zamknął się wówczas sumą 73 tys. euro). Tym razem media głównego nurtu starały się po prostu nie podawać końcowego wyniku, pisząc jedynie o „wielkim święcie koni arabskich” i „najpiękniejszych arabach”.

Jeśli jednak tegoroczna aukcja janowska w stosunku do roku 2017 zanotowała postęp, czyli wyraźnie lepszą sprzedaż (pojawili się także nowi klienci), tak aukcja michałowicka może pochwalić się sprzedażą czterech koni za ogólną kwotę 60 tys. euro. Czyli średnia cena za konia podczas potwornie zhejtowanej aukcji w Janowie  – 83,5 tys. euro, okazała się wyższa od całego końcowego wyniku aukcji w Michałowicach. „Mamy bardzo mało klientów” – oświadczyła w swym słowie wstępnym Anna Stojanowska. I rzeczywiście: klientki zjawiły się dwie – Shirley Watts, która tym razem (w przeciwieństwie do ub. roku) dorzuciła do puli sumę 30 tys. euro za dwa konie – oraz Belgijka, która również wydała w Michałowicach 30 tys. euro. Przytoczmy może w tym miejscu dwa przykłady spośród licznych po-janowskich utyskiwań: „Wielkie święto koni w Janowie Podlaskim i tylko… 26 kupców” („Kurier Lubelski”, 13 sierpnia); „To już nawet nie jest upadek, to jest dno” (Anna Stojanowska w RMF FM, wypowiedź odnotowana także przez „Dziennik Wschodni” w wydaniu 17-19 sierpnia).

Powróćmy do Michałowic. Kuriozalna formuła imprezy w zasadzie nie pozwalała nawet nazwać jej „aukcją” – nie doszło bowiem do żadnej licytacji! Ogłaszano jedynie ustaloną cenę minimalną za konia – i albo był kupiec albo nie (na ogół nie, skoro sprzedano cztery z 13 koni). Zapowiedziano kilkakrotnie, że każdego zaoferowanego konia będzie można kupić za cenę wywoławczą. „Nie chcemy, by aukcja była aukcją nieczystą, fałszywą” – usłyszeliśmy.

Wkrótce okazało się, że niełatwo dotrzymać słowa. Klacz Markiza of Justice, zaoferowana w cenie 65 tys. euro, wzbudziła ponoć zainteresowanie (telefoniczne) kupca z Kuwejtu. Gdy nikt nie przebił początkowej oferty (wystarczającej, zgodnie z ogłoszoną regułą, do przybicia transakcji), poinformowano, że właściciele klaczy zmienili zdanie i za tę sumę konia nie sprzedadzą, klient zaś stwierdził, że wobec tego poczeka… Kto był obecny lub oglądał transmisję, ten to wie, bo wersja „oficjalna” jest inna – wg niej, to kupiec wycofał się z transakcji (jak mogliśmy przeczytać w krakowskim „Dzienniku Polskim” z 11 września).

Dla organizatorów „aukcji” katastrofalny wynik nie jest zapewne problemem – można przypuszczać, że zebrali wystarczające środki od licznych sponsorów, wśród których znalazły się takie stadniny, jak Al Thumama Stud, Al Zobair Stud, Halsdon Arabians, Suweco Stud, Al Sayed Stud, Al Bidayer Stud, Rabab Stud i in. Co innego prywatni hodowcy, którzy publicznie wyjawili ceny za swoje konie – ceny, które w większości przypadków nie wzbudziły najmniejszego odzewu. Teraz będzie im znacznie trudniej sprzedać konie „z domu”, zwłaszcza że wielu właścicieli ma na ogół o wiele wyższe wymagania cenowe niż te ogłoszone w Michałowicach.

„Dziś ta łódź może jeszcze nie zatonęła, ale mocno nabrała wody” – jeszcze raz zacytuję samą siebie (tym razem z tekstu o Pride of Poland 2017). Cóż, teraz owa rozchybotana łódź po prostu się wywróciła. Konsekwencje ponoszą wszyscy zainteresowani. Jednak nie zanosi się na to, by ci, którzy łodzią chybotali, mieli się opamiętać. Ale tak już jest, że pycha często przesłania rozum.

Za rok przypada stulecie hodowli koni arabskich w Janowie, a jednocześnie miałaby się odbyć jubileuszowa, 50. aukcja. Wystosowałam w związku z tym do KOWR cztery pytania: 1. Jaki jest stan przygotowań do 50. aukcji w 2019 roku? 2. Kto będzie jej organizatorem? Czy tak jak w tym roku – trzy państwowe stadniny koni arabskich? 3. Czy także w przyszłym roku aukcja janowska i Czempionat Narodowy Koni Arabskich będą rozdzielone? 4. Kto z ramienia KOWR jest odpowiedzialny za organizację przyszłorocznej jubileuszowej gali aukcyjnej Pride of Poland?
A oto odpowiedź, która nadeszła: „Obecnie trwają prace nad wypracowaniem formuły przyszłorocznego Narodowego Pokazu Koni Arabskich i Aukcji Pride of Poland. O ich postępach będziemy na bieżąco informować opinię publiczną”.

Skoro po każdej aukcji ktoś musi położyć głowę pod topór, już teraz warto by poznać nazwisko tego kamikadze. Ale najwyraźniej na razie nikt nie chce podjąć się tej roli. Bo nic, ale to nic nie wskazuje na to, by łódź była w stanie swobodnie pożeglować…


Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za artykuły publikowane na blogach. Opinie wyrażane w tekstach są osobistymi ocenami autorów.
W czyjej służbie jest Marek Szewczyk?

W czyjej służbie jest Marek Szewczyk?
(bo na pewno nie pełnej i obiektywnej prawdy)


Z dużym niesmakiem zapoznałem się tym razem z najnowszym tekstem Marka Szewczyka (autora blogu “HipoLogika”), zatytułowanym: “Konie i Rumaki” w służbie czarnego pijaru”, gdyż jest on utrzymany w aroganckim, napastliwym  tonie, a do tego zaciemnia obraz stanu rzeczy.

Rozumiem, iż tyleż starą, ile wypróbowaną metodą jest “obrona przez atak”, jednak trzeba uważać, by nie “przekroczyć granic obrony koniecznej” (co najmniej w sferze dobrego smaku) – co w tym przypadku miało miejsce. Przede wszystkim, redaktorze Szewczyk, nim pan komuś publicznie zarzuci “kłamstwo”, to wcześniej dobrze by było zdać sobie sprawę z tego, kiedy tak naprawdę mamy z nim do czynienia – wbrew bowiem pozorom, różnica pomiędzy kłamstwem a podaniem nieprawdziwej informacji jest dość istotna. W pierwszym przypadku musi zachodzić świadoma intencja wprowadzenia kogoś w błąd (często w celu osiągnięcia określonych korzyści), a zatem jawna manipulacja oparta na złej woli, perfidii i wyrachowaniu. Tymczasem w przypadku inkryminowanego tekstu (Marty Borowskiej, pt. “Pianissima i El Dorada – biotechnologia w służbie hodowli, czyli zarodki na wyprzedaży”), nie można stwierdzić, czy był on manipulacją inspirowaną złą wolą, czy też wynikiem niepełnej wiedzy (nieświadomości) autorki. Zakładając, że każda nieprawdziwa informacja to kłamstwo, musielibyśmy też przyjąć, iż kłamał pan, pisząc iż “bogu ducha winny Jerzy Białobok oberwał rykoszetem” . Tymczasem, kreśląc te słowa, nie miał pan świadomości ich nieprawdziwości, a co za tym idzie, nie zachodziła tu intencja wprowadzenia kogokolwiek w błąd – nie kłamstwo więc tu można panu zarzucić, a jedynie pomyłkę (czy bardziej nawet sklerozę). Ergo nie można zarzucać kłamstwa komuś, kto nie ma złej intencji lub też – z jakichś powodów – nie ma pełnej świadomości wypowiadanych słów. Po drugie, nim w pełni intencjonalnie zarzuci pan komuś kłamstwo, to proszę się wpierw zastanowić, czy – w tym momencie – sam się pan o takie nie ociera.

Schizofrenią trąci natomiast fakt, iż usilnie doszukuje się pan jakiegoś układu (mającego rzekomo na celu kreowanie „czarnego pijaru” wobec byłych prezesów) – w sytuacji, gdy sam jest pan rzecznikiem innego (“przyganiał kocioł garnkowi”). Proszę też nie mydlić nikomu oczu, iż sili się pan kiedykolwiek na jakikolwiek obiektywizm; w sytuacji, gdy wiele pańskich tekstów w “Hipologice” świadczy niezbicie o tym, iż w pełni bezkrytycznie (więc nie dziennikarsko) staje pan po jednej tylko stronie sporu. Nie przez przypadek też to właśnie pana wyznaczono (w III 2016 r.) na prowadzącego ową niesławną konferencję A. Stojanowskiej, J. Białoboka i M. Treli (żenującą klimatem i warstwą merytoryczną, a haniebną warstwą manipulacyjną). Wszystko to nie daje podstaw, by stroić się w szaty bezstronnego obserwatora i obiektywnego komentatora stanu rzeczy, natomiast świadczy o tym, że jest pan tu stroną oraz „pijarowcem” i propagandzistą wyżej wspomnianych. Już zupełnie czymś niebywałym, w mojej ocenie, jest niedwuznaczne nawoływanie do sabotowania danego pisma – tylko dlatego, że nie spodobał się panu (a głównie patronom) zamieszczony w nim tekst. Gdzie tu wolność słowa i swoboda wypowiedzi? To może od razu zamknąć pismo, bo ośmieliło się opublikować coś w istocie mało pochlebnego dla pana mecenasów? Wstyd, panie Szewczyk; tym większy, iż był pan przez lata redaktorem naczelnym “Konia Polskiego” – choć, z drugiej strony, w istocie ciężko stawiać pana za wzór rzetelnego i profesjonalnego dziennikarstwa. Dla mnie osobiście bardzo niesmaczne jest sugerowanie, że każdy krytyczny głos pod adresem byłych prezesów ma na celu wyłącznie ich “oczernianie”, bo to tak, jakbym słyszał biskupa, który zawsze uzna zarzuty pedofilskie pod adresem konkretnego księdza za “atak na cały Kościół”. Proszę więc o nieco umiaru i pokory, redaktorze Szewczyk  (niefortunny były prezesie PZJ) w formułowaniu tego rodzaju wniosków, bo nie uchodzi.

Jeśli nawet założyć, czego nie przesądzam, iż w niektórych kwestiach autorka tekstu rozminęła się nieco z prawdą, to – zamiast wyzywać ją od kłamców, a przy tym tworzyć tyleż fantazyjne, co wykluczające się teorie spiskowe – należy sobie raczej zadać pytanie, czyja to wina, że wokół tego tematu (“wolnego rynku zarodków”) narosło aż tyle niejasności, spekulacji i kontrowersji? Byli panowie prezesi nie musieli wszak – w pogoni za pieniądzem – odchodzić od polskiej tradycji i filozofii hodowlanej, opartej na miłości, podziwie i szacunku dla konia, jak też praw natury. Nikt nie nakazał im prowadzenia takiej właśnie działalności, ale skoro już w nią weszli, to przynajmniej mogli zachować jak najpełniejszą transparentność w tej mierze, by nie było tu żadnych wątpliwości i znaków zapytania. Tymczasem nie tylko wręcz zapamiętali się w tym procederze – nie licząc się tu z nikim, ani niczym – to jeszcze zamienili państwowe stadniny niemal w prywatne folwarki, traktując macice najlepszych polskich klaczy niemalże jako matryce do wybijania złotych dukatów (do tego w możliwie największej tajemnicy, a przy tym też pogardzie dla wszystkich z zewnątrz, spoza układu). Dlatego teraz nie mają prawa oburzać się i unosić, gdyż jako dorośli ludzie powinni zdawać sobie sprawę z tego, że “kto sieje wiatr, ten zbiera burzę” (prędzej czy później).

Czego by nie pisać dziś o tych sprawach i jakby nie próbować tego bronić, to w pewnym momencie zjawisko znane jako “biotransfer zarodka”, stało się zakrojonym na szeroką skalę, bezdusznym procederem, który niemalże wymknął się spod kontroli (vide „odnaleziona” Epica KA). Robienie interesów za pomocą jednak dość drastycznych, gdyż mechanicznych ingerencji w żywy organizm (w macice klaczy), już samo w sobie – jakby nie patrzeć – jest wątpliwe etycznie, natomiast dodatkowo poraża tu skala tegoż procederu (mówimy o kilkudziesięciu takich przypadkach w obrębie dekady /myślę, że ok. 80/). Czego więc tu bronić, panie Szewczyk? Także w ocenie krytykowanego tekstu musi się pan na coś zdecydować, bo raz odsądza pan ów tekst (en block) od czci i wiary – nazywa go “paskudnie kłamliwym” –  po czym przyznaje, że wiele wątków jest w nim “podejrzanie” prawdziwych. No więc albo, albo (nie można jednocześnie zjeść ciastka i mieć ciastka).

Na koniec uporządkujmy kilka faktów:

1. Pianissima przez 12 lat swego życia urodziła tylko jednego źrebaka w macierzystej stadninie (Paminę po Pogrom), a w ogóle dwa (jeszcze Pię po Ganges). Na, w sumie, dziewięcioro jej potomków, mniejsza część, gdyż tylko cztery, stały się własnością SK Janów Podlaski (jeszcze Pianova po Eden C i Prometeusz po FA El Shawan). Poprzez owe – nieodłącznie jej towarzyszące w USA – “płukania zarodków”, nie tylko wróciła stamtąd jałowa (choć miała wrócić źrebna), to jeszcze przez dwa kolejne lata nie zaźrebiła się – o czym nikt ani się nie zająknie, choć była to ogromna strata dla naszej hodowli, owe trzy zmarnowane lata wyeksploatowanej tak Pianissimy (co więcej, podobne problemy miała też Eula, już nie mówiąc o Olicie). Koszt jej ubezpieczenia na poziomie 500 tys. euro (euro czy dolarów?) także musi budzić wątpliwości, gdyż był on co najmniej czterokrotnie zaniżony w relacji do jej wartości rynkowej. Co nas może obchodzić fakt, ile tysięcy dolarów wydawał rocznie na jej promocję, występy i trening jej dzierżawca? Nie może nas to obchodzić, gdyż żadną miarą nie możemy tego sprawdzić ani potwierdzić. Natomiast, jeśli prawdą jest, że SK Janów Podlaski otrzymała za nią dwa razy po 100 tysięcy dolarów, to opinia publiczna powinna się dowiedzieć, gdzie ostatecznie trafiły te pieniądze, na co je wydano i jaki konkretny pożytek przyniosły tejże nadbużańskiej hodowli. Proszę się, w tej mierze, nie chować dłużej za “tajemnicą handlową”, bo to nie były niczyje prywatne klacze, a własność państwowa.

2. El Dorada… Czyli jednak prawdą jest, że w odnośnej klauzuli nie było zawarowanej liczby zarodków mogących być od niej pobranych w USA! To bardzo ważna informacja, świadcząca ewidentnie o tym, że te polskie interesy w tego rodzaju przypadkach nie były tak świetnie gwarantowane, jak starano się nam przez lata wmówić. Co więcej, to właśnie Jerzy Białobok szczególnie “szalał” na polu handlu zarodkami – tak na kierunku amerykańskim (Zagrobla, El Dorada, Emandoria, Wieża Mocy), jak też belgijskim (Espadrilla, Emocja, Palanga). W ten sposób, chcąc nie chcąc, uczestniczył w tym już zaiste chorym procederze prowadzonym przez Knocke Arabians (BE), polegającym na produkowaniu (inaczej tego nie można nazwać) na masową skalę zarodków po og. QR Marc  (US), kiedy to rodziło się po nim “od jednej klaczy” (Dajana, Polonia) po dwadzieścia i więcej źrebiąt w ciągu kilku sezonów. Gdzie w tym wszystkim była hodowla jako taka – pytam? Gdzie romantyzm tejże i fantastyczna niepewność w oczekiwaniu na to, co przyniesie nam natura? To, co się dzieje teraz, głównie w Belgii właśnie, to jakiś chory chocholi taniec, niemający wiele wspólnego z prawdziwą hodowlą koni (jeśli już, to z inżynierią i produkcją). Jak na coś takiego mogli w ogóle pójść byli polscy hodowcy tych pięknych, dumnych i szlachetnych zwierząt? I w imię czego? Tych “kilku srebrników”? Tak się zastawiam, jak w ogóle można bronić ludzi, którzy z hodowli zrobili przemysł; którzy, zamiast prowadzić ją z poszanowaniem praw biologii i natury, poszli w biznes z ludźmi pozbawionymi wszelkich zasad i jakichkolwiek zahamowań na tym polu? Tu nie ma czego bronić, redaktorze Szewczyk, i nawet kogo!


Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za artykuły publikowane na blogach. Opinie wyrażane w tekstach są osobistymi ocenami autorów.
 
  The publishing of articles and photos from the polskiearaby.com website on other websites must be preceded each time by written consent
from the publisher of the polskiearaby.com website.
 
 
   
  --