Thursday . 15.11.2018 . 13:35
   
 
 
 
  Polskie Araby

Main page

 
 
facebook
polskiearaby.com
--
--
--
--
--
Contact
Publisher:
Monika Luft
redakcja@polskiearaby.com
The opinions expressed in the articles published on the polskiearaby.com website are the sole responsibility of the author.
Technical section:
webmaster@polskiearaby.com
Advertising:
reklama@polskiearaby.com
our prices
--
 
 
Author Archive
Dwie aukcje – a nawet trzy
Monika Luft | 11.09.2018 | No comments

“Tegoroczne nagłówki prasowe to „kopiuj-wklej” z 2017” – pisałam o aukcji janowskiej. Niemal to samo można w zasadzie powiedzieć o aukcji w Michałowicach, choć (co prawda, to prawda) w tym roku nagłówki były może nieco mniej entuzjastyczne. Przed rokiem michałowicka aukcja zakończyła się – o ile wierzyć mediom – „umiarkowanym sukcesem” i była „udanym startem” (jak pamiętamy, końcowy wynik zamknął się wówczas sumą 73 tys. euro). Tym razem media głównego nurtu starały się po prostu nie podawać końcowego wyniku, pisząc jedynie o „wielkim święcie koni arabskich” i „najpiękniejszych arabach”.

Jeśli jednak tegoroczna aukcja janowska w stosunku do roku 2017 zanotowała postęp, czyli wyraźnie lepszą sprzedaż (pojawili się także nowi klienci), tak aukcja michałowicka może pochwalić się sprzedażą czterech koni za ogólną kwotę 60 tys. euro. Czyli średnia cena za konia podczas potwornie zhejtowanej aukcji w Janowie  – 83,5 tys. euro, okazała się wyższa od całego końcowego wyniku aukcji w Michałowicach. „Mamy bardzo mało klientów” – oświadczyła w swym słowie wstępnym Anna Stojanowska. I rzeczywiście: klientki zjawiły się dwie – Shirley Watts, która tym razem (w przeciwieństwie do ub. roku) dorzuciła do puli sumę 30 tys. euro za dwa konie – oraz Belgijka, która również wydała w Michałowicach 30 tys. euro. Przytoczmy może w tym miejscu dwa przykłady spośród licznych po-janowskich utyskiwań: „Wielkie święto koni w Janowie Podlaskim i tylko… 26 kupców” („Kurier Lubelski”, 13 sierpnia); „To już nawet nie jest upadek, to jest dno” (Anna Stojanowska w RMF FM, wypowiedź odnotowana także przez „Dziennik Wschodni” w wydaniu 17-19 sierpnia).

Powróćmy do Michałowic. Kuriozalna formuła imprezy w zasadzie nie pozwalała nawet nazwać jej „aukcją” – nie doszło bowiem do żadnej licytacji! Ogłaszano jedynie ustaloną cenę minimalną za konia – i albo był kupiec albo nie (na ogół nie, skoro sprzedano cztery z 13 koni). Zapowiedziano kilkakrotnie, że każdego zaoferowanego konia będzie można kupić za cenę wywoławczą. „Nie chcemy, by aukcja była aukcją nieczystą, fałszywą” – usłyszeliśmy.

Wkrótce okazało się, że niełatwo dotrzymać słowa. Klacz Markiza of Justice, zaoferowana w cenie 65 tys. euro, wzbudziła ponoć zainteresowanie (telefoniczne) kupca z Kuwejtu. Gdy nikt nie przebił początkowej oferty (wystarczającej, zgodnie z ogłoszoną regułą, do przybicia transakcji), poinformowano, że właściciele klaczy zmienili zdanie i za tę sumę konia nie sprzedadzą, klient zaś stwierdził, że wobec tego poczeka… Kto był obecny lub oglądał transmisję, ten to wie, bo wersja „oficjalna” jest inna – wg niej, to kupiec wycofał się z transakcji (jak mogliśmy przeczytać w krakowskim „Dzienniku Polskim” z 11 września).

Dla organizatorów „aukcji” katastrofalny wynik nie jest zapewne problemem – można przypuszczać, że zebrali wystarczające środki od licznych sponsorów, wśród których znalazły się takie stadniny, jak Al Thumama Stud, Al Zobair Stud, Halsdon Arabians, Suweco Stud, Al Sayed Stud, Al Bidayer Stud, Rabab Stud i in. Co innego prywatni hodowcy, którzy publicznie wyjawili ceny za swoje konie – ceny, które w większości przypadków nie wzbudziły najmniejszego odzewu. Teraz będzie im znacznie trudniej sprzedać konie „z domu”, zwłaszcza że wielu właścicieli ma na ogół o wiele wyższe wymagania cenowe niż te ogłoszone w Michałowicach.

„Dziś ta łódź może jeszcze nie zatonęła, ale mocno nabrała wody” – jeszcze raz zacytuję samą siebie (tym razem z tekstu o Pride of Poland 2017). Cóż, teraz owa rozchybotana łódź po prostu się wywróciła. Konsekwencje ponoszą wszyscy zainteresowani. Jednak nie zanosi się na to, by ci, którzy łodzią chybotali, mieli się opamiętać. Ale tak już jest, że pycha często przesłania rozum.

Za rok przypada stulecie hodowli koni arabskich w Janowie, a jednocześnie miałaby się odbyć jubileuszowa, 50. aukcja. Wystosowałam w związku z tym do KOWR cztery pytania: 1. Jaki jest stan przygotowań do 50. aukcji w 2019 roku? 2. Kto będzie jej organizatorem? Czy tak jak w tym roku – trzy państwowe stadniny koni arabskich? 3. Czy także w przyszłym roku aukcja janowska i Czempionat Narodowy Koni Arabskich będą rozdzielone? 4. Kto z ramienia KOWR jest odpowiedzialny za organizację przyszłorocznej jubileuszowej gali aukcyjnej Pride of Poland?
A oto odpowiedź, która nadeszła: „Obecnie trwają prace nad wypracowaniem formuły przyszłorocznego Narodowego Pokazu Koni Arabskich i Aukcji Pride of Poland. O ich postępach będziemy na bieżąco informować opinię publiczną”.

Skoro po każdej aukcji ktoś musi położyć głowę pod topór, już teraz warto by poznać nazwisko tego kamikadze. Ale najwyraźniej na razie nikt nie chce podjąć się tej roli. Bo nic, ale to nic nie wskazuje na to, by łódź była w stanie swobodnie pożeglować…

Sędziowie pod lupą
Monika Luft | 09.08.2017 | No comments

Związani z branżą “arabską” użytkownicy Facebooka po zakończonym w miniony weekend pokazie AHO w Chantilly (5-6 sierpnia), emocjonowali się mniej wynikami, a bardziej dyskusją, wywołaną przez wpisy Ferdinanda Huemera (La Movida Arabians) z Austrii. Hodowca, niegdyś przewodniczący ECAHO, od lat nie wystawiał koni na pokazach; tradycją jest za to, że po pokazie w Wels przyjmuje gości w swojej stadninie. W tym roku postanowił powrócić z końmi na ringi pokazowe. W Chantilly wystartował m.in. jego ogier Lawrence El Gazal, reproduktor znany w Polsce z potomstwa urodzonego w Białce. Wydawało się, że wysoko oceniony w klasie Lawrence El Gazal (92,95, w tym 5×20) ma zwycięstwo “w kieszeni” – tak się jednak nie stało. Mimo że trójka sędziów wskazała go jako kandydata na złotego medalistę, przegrał z koniem, który miał tylko jedno takie wskazanie. Dwie klacze hod. La Movida Arabians także znalazły się w finałach, ale jedna z nich zdobyła “zaledwie” srebro, a druga w ogóle nie zaistniała na podium. Te trzy przegrane, jak napisał w kilku emocjonalnych postach na Facebooku hodowca, to skutek pominięcia jego koni w końcowym orzeczeniu przez jedną i tę samą osobę.

  

Abstrahując od zadziwiającego systemu liczenia punktów w Chantilly, urągającemu logice i poczuciu sprawiedliwości (klacz z La Movidy, która dostała w sumie cztery sędziowskie głosy, dwa wskazujące na srebro i dwa na brąz, przegrała z rywalką, która otrzymała tylko jeden sędziowski głos – wskazujący na brąz), uzasadniony może być żal hodowcy, nierozumiejącego, dlaczego koń, który wygrywa klasę z wysoką notą, zostaje przez sędziego całkowicie pominięty, gdy przychodzi do wyboru medalistów. Nie dowiedzieliśmy się, jak wytłumaczyła swoją decyzję wzmiankowana sędzia – wiadomo tylko, że wysłała do Ferdinanda Huemera list, który ten uznał za zamknięcie sprawy.

  

Przy okazji jednak wylała się w internecie istna rzeka skarg na sędziowanie na pokazach. Słowa takie jak “niekompetencja”, “prezenty”, a w końcu “korupcja”, padały nader często w komentarzach, liczonych w setkach. Wygląda na to, że publiczna skarga Huemera nieprzypadkowo wywołała lawinę nieprzychylnych sędziom opinii. Tego, czy korupcja wśród sędziów jest zjawiskiem w “arabskim” biznesie znaczącym czy incydentalnym, nie da się oczywiście jednoznacznie stwierdzić, ponieważ nie istnieją w tej dziedzinie żadne badania, a bywa, że przegrani w gniewie rzucają oskarżenia mające bardzo wątłe podstawy. Zastanawia jednak zauważalny w skali międzynarodowej spadek prestiżu “klasy sędziowskiej”, otaczanej niegdyś wielkim szacunkiem w środowisku.

  

W czym leży problem? Być może najbardziej sporną kwestią jest łączenie przez niektórych sędziów funkcji niezależnych arbitrów z pośrednictwem w sprzedażach. Ktoś, kto handluje cudzymi końmi, na ogół pragnie, by klienci byli zadowoleni. Klienci zaś będą zadowoleni (i wrócą do swego partnera biznesowego) wówczas, gdy zakupione lub dzierżawione przez nich konie będą dobrze wypadać na pokazach. Na pozytywne wyniki mogą mieć bezpośredni wpływ ci sami sędziowie – sędziując osobiście lub też prosząc o przysługę zaprzyjaźnionych jurorów… Mogą, lecz nie muszą, ale tak czy inaczej efekt jest taki, że zdarza się, iż nikt nie jest zadowolony z werdyktu. Ani ci, którzy przegrali, ani ci, którzy co prawda wygrali, lecz ich zwycięstwo zostało powszechnie uznane za wynik niejasnych (czy też jasnych) handlowych powiązań.

  
Problemem mogą być zresztą nie tylko sędziowskie “sympatie”, ale i “antypatie”.

  

Tak więc zaufanie do sędziów i ocena ich pracy spada – i to jest fakt. Do końca tego roku sędziowie ECAHO mają podpisać umowy, w których wyszczególnia się możliwe pola konfliktu interesów podczas sędziowania. Czy to naprawi sytuację? Jak wiadomo, skuteczność każdej regulacji zależy od jej egzekwowania. Jeśli zapisy umowy służyć będą wyłącznie “dyscyplinowaniu” niepokornych sędziów, a więc takich, którzy wyłamują się z określonych układów towarzyskich czy biznesowych, z całą pewnością nie pomoże to w podnoszeniu wiarygodności ogółu jurorów.

  

Niektóre z konfliktów interesów wymienione w nowych kontraktach sędziowskich:

  • jeśli koń jest trenowany bądź prezentowany przez członka rodziny sędziego
  • jeśli koń został sprzedany lub kupiony przez sędziego lub za jego pośrednictwem
  • jeśli koń jest własnością (w całości lub w części) sędziego bądź członka jego rodziny lub partnera biznesowego
  • jeśli koń kiedykolwiek był przez sędziego dzierżawiony
  • jeśli koń został wyhodowany lub jest własnością stadniny, w której sędzia jest lub był zatrudniony
  • jeśli koń był w jakikolwiek sposób związany (np. poprzez trening) z sędzią
  • jeśli z udziałem sędziego trwają negocjacje w celu kupna lub dzierżawy konia
  • jeśli w ciągu 365 dni przed sędziowanym pokazem sędzia wszedł w biznesową relację z wystawcą konia – w tym doradztwo, kupno lub sprzedaż koni.

 
Sędzia ma obowiązek zaprzestania sędziowania, gdy zorientuje się, że istnieje konflikt interesów z wystawcą bądź prezenterem danego konia.

Media a sprawa arabska
Monika Luft | 27.02.2016 | No comments

Nie sądziłam, że doczekam czasów, gdy o koniach arabskich mówić się będzie w programach informacyjnych w najlepszym czasie antenowym, a gazety ogólnopolskie będą publikować całokolumnowe teksty poświęcone hodowli. Dziś, w sobotę, araby dostały nawet okładkę w „Wyborczej” („Koń a sprawa polska”). Cieszyłabym się, gdyby tylko stało się to w innych okolicznościach.

Do tej pory miałam poczucie, że moje otoczenie nie ma pojęcia, co mnie tak pochłania. Jakieś konie, więc pewnie siedzę sobie w siodle. Gdybym zaczęła mówić o pokazach, źrebiętach, czy stanówkach, słuchacz po minucie odleciałby w siną dal. A dziś? Dziś nagle wszyscy sami dzwonią i pytają: co z tymi arabami? Okazało się, że zajmuję się niezwykle istotną dla polskiej kultury i dziedzictwa narodowego dziedziną, o którą toczą się boje w sejmie i która nie schodzi z łamów mediów wszelkiego rodzaju. Ale czy ktoś rozumie, o co tak naprawdę chodzi?

Oto poseł Jacek Żalek mówi w TVN o „koniach pełnej krwi arabskiej”, a Daniel Olbrychski o słynnym i zasłużonym „dyr. Krystałowiczu”. Można by usprawiedliwiać obu panów przejęzyczeniami, gdyby nie to, że powtarzają swe pomyłki raz po raz. Jeden zarzuca drugiemu nieznajomość rzeczy, podczas gdy w rzeczywistości obaj debatują o sprawach całkowicie sobie obcych. Czy wspaniały aktor i zapalony jeździec miał kiedykolwiek do czynienia z embriotransferami? Co pan poseł wiedział jeszcze przed tygodniem o dzierżawach koni arabskich? Gdy dwóch laików zaczyna mówić w tzw. „prime-timie” o pobieraniu zarodków od klaczy, konfuzja się pogłębia.

„Gazeta Wyborcza”, piórem znawcy, bo Jerzego Sawki (wrocławski Tor Partynice), pisze o absurdalności zarzutów pod adresem prezesów stadnin, dwukrotnie podkreślając wycenę klaczy Pianissima: 3 tys. euro. Może to złośliwy i nieustępliwy chochlik, ale gdy miesza się tysiące z milionami, dyskusja szybko schodzi na manowce. Ale, ale! Są i pozytywy. Już tylko bardzo nieliczni piszą i mówią o „Michałowicach”, zamiast o Michałowie, co przez lata było zmorą relacji po-aukcyjnych. Punkt dla mediów.

Niektóre tytuły starają się bawić skojarzeniami końskimi – („Szarża PiS na polskie araby”, „Czy konie mnie słyszą?” – GW)  – po czym wszyscy, dosłownie wszyscy, czy to prasa, czy telewizja, kończą swe relacje jedną i tą samą frazą: „tylko koni żal”. Jeśli konflikt będzie się przedłużać, należałoby chyba poprosić jakichś twórców o wymyślenie innego hasła, które można by podsunąć redakcjom.

Aby ułatwić dziennikarzom z mediów „nie-końskich” zadanie, mam na podorędziu garść nagłówków w zależności od dalszego przebiegu wydarzeń. Dla „Gazety Wyborczej”: „Rząd przejechał się na arabach”. Dla „Faktów”: „Araby wysadziły PiS z siodła”. Dla „Newsweeka”: „PiS odjechał na arabskim grzbiecie”. Dla „Wiadomości”: „Opozycja na złym koniu jeździ”. Dla Wprost: „Ujawniamy Księgi z tysiąca i jednej arabskiej nocy”.

Podziękowań nie trzeba.

Dziesięć zobowiązań hodowcy koni arabskich według Judith Forbis
Monika Luft | 01.01.2015 | No comments

Początek nowego roku to chyba najlepsza okazja, by – u progu sezonu – zastanowić się, co jest dla hodowcy naprawdę ważne. Oto dziesięć wskazówek, które pod koniec ubiegłego wieku sformułowała Judith Forbis (Ansata Arabians, USA). Choć minęło od tamtej pory sporo czasu, mam wrażenie, że wcale nie straciły na aktualności. Oddaję głos legendarnej hodowczyni:

DZIESIĘĆ ZOBOWIĄZAŃ HODOWCY KONI ARABSKICH*

1. Kochaj konie, a w szczególności arabskie. Miej świadomość, że choć człowiek jest panem stworzenia, nie oznacza to, że jest władcą zwierząt.

2. Poznaj rasę, zanim przystąpisz do jej hodowli. Studiuj opowieści związane z tymi zwierzętami, ich historię i cechy. Dowiedz się jak więcej o ludziach, którzy zajmowali się hodowlą koni czystej krwi.

3. Wyobraź sobie swój ideał konia arabskiego i skup się na dążeniu do celu. Nie przestawaj wierzyć w spełnienie marzeń.

4. Wczuj się w swojego konia, zarówno psychicznie, jak i fizycznie. Poruszaj się stępem, kłusem i galopem na czworaka; rżyj, kop w powietrzu, grzeb nogą w ziemi, baw się, ścigaj, skacz i ocieraj nosem o swego towarzysza. Potem dosiądź swego konia i obserwuj, jak on wykonuje te same czynności.

5. W hodowli staraj się przede wszystkim uzyskać typ. Bez typu nie ma rasy.

6. Stosuj metody hodowlane z umiarem – czy to chów na linie, czy też inbred lub outcross. Traktuj rodowody jak wskazówki na mapie, nie jak przykazania. Kieruj się intuicją.

7. Miej świadomość, że u podstaw sukcesu leżą przygotowania, próby, wytrwałość i cierpliwość. Zwłaszcza wielkie pokłady tej ostatniej cechy będą ci niezbędne.

8. Bądź gotów zrezygnować z niektórych cech na rzecz innych. Cechy dziedziczne często ujawniają się w co drugim pokoleniu.

9. Pamiętaj, że archetypem konia arabskiego jest koń siwy.

10. Nie rozpaczaj, gdy twój największy ulubieniec dokonuje za młodu wybryków wyglądających jak dążenie do “samozagłady”. To niewątpliwa oznaka wielkości.

* Zdecydowałam się nazwać powyższe wskazówki “zobowiązaniami”, nie zaś “przykazaniami”. Zobowiązań jest o wiele więcej niż dziesięć, a przykazanie istnieje tak naprawdę tylko jedno: KOCHAJ. Jeśli się kocha, pozostałe dziewięć punktów staje się zbędne.

Judith Forbis

Arabian Horse World, maj 1997, tłum. Joanna Krawczyk

Oczko, mózg i gust
Monika Luft | 18.08.2009 | Comments: 8

Bardzo ucieszyły mnie słowa Franciszka Starowieyskiego z jego „Przewodnika zacnego kolekcjonera”, którymi tłumaczył on swą pasję kolekcjonowania: „Kolekcjonuje się po to, by poszerzać swoje horyzonty, a nie żeby zaoszczędzone zaskórniaki w tajemnicy przed żoną wydać”. Idealnie zgadza się to bowiem z moją osobistą odpowiedzią na pytanie: „Po co te konie…?!” Otóż ja też uważam, że konie arabskie kupuje się i hoduje przede wszystkim po to, by poszerzać horyzonty.

W ogóle cała ta niezwykle godna polecenia książka powinna być lekturą obowiązkową każdego właściciela koni arabskich. Bo czyż wyszukiwanie koni o określonych rodowodach lub konkretnej maści (kare!) nie jest czystym zbieractwem? Oto jak Starowieyski, wytrawny kolekcjoner i znawca życia, dzieli tych, którzy oddają się pasji zbierania: „Jeden trzyma przedmioty dla samego ich posiadania, drugi – urządza nimi wnętrze. Większość zbieraczy to ci pierwsi – ludzie, którzy inwestują kapitał w antyki. Pojęcie piękna u nich zanikło. Rozwieszają na ścianach czeki podpisane przez Malewicza, Chełmońskiego czy Malczewskiego”. Ale ci drudzy, zdecydowanie bardziej przez Mistrza cenieni, nie mają wcale łatwego życia: „Czym meblować dom? To dopiero pytanie! Obecnie jest szalenie trudno zebrać zestaw mebli”. Oj, to jest prawdziwy ból… zwłaszcza że poprzeczkę zawiesił Mistrz wysoko: „Nigdy nie zbieram bylejakości. Zbieracz musi znać słowa i pochwały, i pogardy”. I tak radzi: „Jest tylko jedna ważna zasada kolekcjonerska – ilość przechodzi w jakość. Musi to być taki zestaw, by można było z niego wyciągnąć jakiś wniosek: coś napisać czy opowiedzieć ciekawego. Należy mieć pomysł i wiedzieć, jak zbierać”. Ale nawet to nie wystarczy! „Najważniejsze przyrządy kolekcjonera to: dobre oczko, dobry mózg i dobry gust”. Oj, daleka droga przed nami, hobbystami, by zasłużyć sobie na szacunek patrzącego na światek zbieraczy już tylko z góry Franciszka Starowieyskiego. A przecież czasem ciągną się jeszcze za nami grzechy młodości… Na szczęście, „prędko mija nieukojony żal, gdy dawny ukochany przedmiot zostaje zastąpiony lepszą, nową rzeczą”.

Osobną sprawą jest opinia, jaką Mistrz miał o kobietach-kolekcjonerach. Cóż, powiedzmy szczerze, nie było to zdanie zbyt pochlebne: „Kobiety nie są dobrymi zbieraczkami, ponieważ przeważnie nie mają skłonności kolekcjonerskich, cechuje je raczej chęć posiadania: byle kupę, byle zdobyć, byle było śliczne. A kolekcjonowanie to trudna sztuka. Wymaga specjalnego rodzaju talentu i sporej wiedzy”. I dalej: „Jeśli panie koniecznie chcą zajmować się antykami, nie powinny tego robić przed czterdziestką. Wcześniej są przemądrzałe i tylko czynią szkody”.

Oczywiście, miłośnicy koni arabskich nie tylko je kolekcjonują, ale także je kochają… a w każdym razie powinni je kochać. Mimo to odnoszę nieodparte wrażenie, że i w poniższym przysłowiu (nie cytowanym przez Franciszka Starowieyskiego) można by wymienić słowo „samochód” na „koń” i nic by ono nie straciło ze swej przenikliwości: „Właściciel samochodu cieszy się dwa razy: jak kupuje i jak sprzedaje”.

Pokochajmy media raz w roku!
Monika Luft | 04.08.2009 | Comments: 8

Tylko raz w roku media ogólnopolskie zauważają istnienie koni arabskich. Oczywiście okazją jest aukcja, a tematem ceny. I co z tego, że Michałów zmienia się czasem w „Michałowice”, a Janów w „Janowiec”. Ważne, że mówią! Nawet jeśli newsem jest brak newsa… „W latach 90. skończyła się moda na polskie konie arabskie” – ubolewała Panorama (TVP2) w roku 1995. Wtórowały jej polsatowskie Informacje: „Araby z Janowa były droższe od jaguarów i pontiaków. Teraz klienci są mniej szczodrzy”. Wiadomości (TVP1) donosiły zaś: „Handel arabami przeżywa kryzys. Tegoroczne wpływy wynoszą 3-krotnie mniej niż rok temu”. Poza tym, Polsat podkreślał, że araby słyną z nóg, a Jedynka, ustami swego reportera, mówiła o koniach arabskich, „tak zwanych czempionach”, pokazując srokate angloaraby.

Czy coś się zmieniło po dwóch latach? Relacja z roku 1997 w Panoramie: „Na pewno konie nie osiągną już cen sprzed kilku lat”. Wiadomości: „Od tamtej pory (sprzedaży ogiera El Paso) z roku na rok ceny spadały”.

Kasandryczny ton złagodniał w latach dwutysięcznych i ewoluował w kierunku zaciekawienia. „Ciekawa jestem, jak wygląda takie życie reproduktora, ogiera, czy to jest fajne życie? – zastanawiała się prowadząca z Dwójki w roku 2002. – Co on robi przez cały czas?” Rok później Jedynka emocjonowała się w relacji na żywo: „Czy wiedzą państwo, że te konie są podrasowywane?” Prowadzący niepokoił się z kolei (myśląc, że jeszcze nie jest na wizji): „Jest trzeszczenie jak w starym, zepsutym radiu!”.

W tym roku znów media okażą zainteresowanie. Do stałych elementów relacji, jak wspomnienie sprzedaży ogiera El Paso, dojdzie jeszcze zapewne informacja o zeszłorocznym rekordzie aukcyjnym Kwestury. Nie zabraknie odniesień do panującego w świecie kryzysu. W zasadzie moglibyśmy już teraz cytować przyszłe doniesienia: „Klienci okażą się prawdopodobnie mniej szczodrzy. Szansa na pobicie ubiegłorocznego rekordu jest bardzo niewielka”.

Ani przewidywalność, ani pomyłki nie powinny jednak zniechęcać nas do dziennikarzy. Pogratulujmy im, gdy swojej relacji z Dnia Arabskiego nie zilustrują wyścigiem folblutów. I nawet gdy zapowiedzą „wieczorne imprezy z cyklu światło i dźwięk” (Panorama ’97), przyklaśnijmy im gorąco. W końcu to tylko raz do roku…

P.S. Zanim na polskicharabach.com ukaże się pełna relacja z Czempionatu Narodowego i aukcji, zainteresowanych zapraszam do śledzenia krótkich komentarzy na www.twitter.com. Wystarczy się zarejestrować, odszukać profil „Monika Luft” i kliknąć „follow”. Cały proces trwa ok. minuty. Życzę nam wszystkim dobrej zabawy!:)

Arabscy Adam i Ewa
Monika Luft | 13.05.2009 | Comments: 16

No i stało się. Na pokazie w Travagliato (Włochy), który odbył się na początku maja, w klasie ogierków rocznych dwa pierwsze miejsca zajęli synowie tej samej klaczy o imieniu Swana (Kubinec – Belissa/Mel Nebli). Swanę jej niemiecki właściciel skojarzył z WH Justicem – efekt tego mariażu, ogierek Lance Lord OS został zwycięzcą klasy – oraz z Ajmanem Moniscione, po którym również uzyskał ogierka, Silverado OS (2 miejsce w klasie).

Cóż w tym takiego przełomowego? Otóż wydaje mi się, że to pierwszy tak wyraźny przypadek w Europie, że w jednej i tej samej klasie rywalizowały ze sobą źrebaki uzyskane drogą embriotransferu tego samego roku od tej samej matki. Skoro zresztą uplasowały się tak wysoko, prawdopodobnie następnym razem od klaczy Swana pobrane zostaną nie dwa, ale co najmniej cztery embriony. Albo sześć, osiem… Dlaczego nie?

Uważam, że to dobry sygnał dla hodowli. Pierwsza korzyść: redukcja liczby klaczy-matek. W Polsce jest już ich ponad tysiąc! I po co aż tyle? Utrzymanie konia arabskiego przecież kosztuje. Biorąc pod uwagę, że można uzyskiwać kilka źrebaków rocznie od jednej klaczy, można by – dajmy na to – czterokrotnie zredukować populację. Nosicielki embrionów nie muszą być przecież arabkami, często oglądamy zdjęcia wymuskanych źrebiąt arabskich u boku ciężkich klaczy innych, mniej wymagających ras. Druga korzyść: wzrost cen za klacze hodowlane. Jak należy się domyślać, po sukcesie w Travagliato wartość klaczy Swana jest znacznie wyższa, choć ona sama zajęła ostatnie, piąte miejsce w swojej klasie. Trzecia korzyść: o ileż łatwiej będzie spamiętać rodowody, skoro potomstwo pochodzić będzie od tak niewielkiej liczby rodziców!

Trochę szkoda tylko, że tak strasznie nudna stanie się lektura katalogów pokazowych. Powtarzalność imion już nie tylko ogierów, ale i klaczy przyprawiać nas będzie o ziewanie, ale ten mały minus nie powinien przysłonić ww. plusów…

Tak, tak, pamiętam, w Polsce ma być dozwolona tylko dwójka źrebiąt rocznie od jednej klaczy. To i tak już dobrze, bo oznacza redukcję stada o połowę. A w przyszłości zapewne uda się poszerzyć te możliwości do trzech lub czterech. W ten sposób być może przebędziemy „arabską” drogę odwrotną – od wielu koni do końskich Adama i Ewy. Jeden reproduktor i jedna klacz, po cóż nam więcej? Drogą eliminacji na placu boju pozostaną przecież te najlepsze, a ich potomstwo, niemal identyczne i bliskie doskonałości, nie będzie już musiało się ze sobą krzyżować, bo w razie potrzeby powieli się rodziców drogą klonowania. Tak rozwiążemy wszystkie dyskusje i dylematy dotyczące hodowli, co wreszcie powinno zadowolić licznych malkontentów.

Okpił koniarz koniarza
Monika Luft | 03.10.2008 | Comments: 5

Starzy ludzie znają życie – co do tego nie ma żadnych wątpliwości. A starzy ludzie, którzy zawodowo parają się obserwacją świata, tym bardziej. Dlatego wierzyć należy chyba staremu hrabiemu Fredrze, gdy utyskuje na to i na tamto (a utyskuje niemal na wszystko), że jakieś powody musiał mieć… Owe utyskiwania, które noszą tytuł „Zapiski starucha”, wpadły mi w ręce przy „fredrowskiej” okazji i pobudziły taką oto pozytywną refleksję: czasy się jednak zmieniają! A w każdym razie taką mam nadzieję… Bo co pisze Fredro np. o koniarzach? Kilka przykładów: „U koniarza – ni brata, ni swata”. „Wyścigi koniarzy: kto okpi lepiej”. „Koniarz, gdyby mógł, okpiłby sam siebie”. Oj, nie miał chyba Aleksander Fredro dobrych doświadczeń, a zebrał ich, jak wiadomo, wiele, jako oficer w armii Napoleona (po jego klęsce napisał: „Wyjechaliśmy razem, z odmiennych pobudek: Napoleon na Elbę, ja zasię do Rudek”), a potem właściciel majątku, w którym koni nie brakowało (czy były wśród nich arabskie, a przynajmniej orientalne, tego źródła nie podają). Pozytywna moja refleksja zaś wynika stąd, że podczas gdy dobry hrabia nie poświęca koniarzom ani jednego ciepłego słowa, ja bym nie była aż tak surowa. Nie do wszystkich na pewno można dziś zastosować kolejny subtelny w swej wymowie aforyzm Fredry: „Okpił koniarz koniarza. – Wyrok polubowny stanął: aby okpić trzeciego”… Nie wiem, jak inni, ale ja znam kilku, którzy pasją, ambicją i ciężką pracą przeczą słowom hrabiego! I za to im bardzo – w imieniu wszystkich, którym na sercu leży dobra opinia o koniarzach – dziękuję.

Różnić się pięknie: Janów 2008
Monika Luft | 19.08.2008 | Comments: 7

W artykule podsumowującym tegoroczny Janów Rafał Czarnecki stwierdza: „Doczekaliśmy czasów, w których żaden sektor własności nie jest dyskryminowany i ci hodowcy, którzy za PRL-u mogli tylko marzyć o posiadaniu arabów, dziś z powodzeniem konkurują ze stadninami Skarbu Państwa. I to jest właśnie zwiastun nowej ery”. Ale niektórzy uważają inaczej. I dobrze, bo gdyby wszyscy byli jednomyślni, to o czym byśmy dyskutowali? Oto więc Wojciech Kuźmiński, prezes ANR, w wywiadzie opublikowanym w „janowskim” dodatku promocyjnym do Gazety Wyborczej (z 7 sierpnia), mówi o państwowej hodowli: „W przypadku koni czystej krwi arabskiej trudno jest mówić o jakiejkolwiek konkurencji ze strony hodowców prywatnych, i to nie tylko tych krajowych, ale również zagranicznych”. Nie wiem, czy Pan Prezes miał na myśli m.in. zagranicznych hodowców (prywatnych) choćby Gazala Al Shaqab, Laheeba albo Enzo, żeby wymienić tylko te, które były używane w polskich stadninach (przede wszystkim państwowych). Nie wiem także, o jakich zagranicznych hodowców państwowych może mu chodzić – czy o (częściowo już sprywatyzowaną) stadninę w rosyjskim Tiersku, czy może o państwową hodowlę we Francji? O to autor wywiadu nie dopytał. Ale z pewnością Pan Prezes ma prawo do własnego zdania!

 

Z ciekawością przeczytałam też rozważania Rafała nt. sędziowania. Jako komentarzem posłużę się wypowiedziami Ferdinanda Huemera dla najnowszego „Tutto Arabi”. Otóż ten międzynarodowy sędzia i właściciel stadniny La Movida (patrz tekst: Dzień Otwarty w La Movida), zapytany o sędziowanie, mówi: „Różnica między sędzią poprawnym a bardzo dobrym polega na jego osobowości i etycznym zmyśle, którego częścią jest niezależność. Nikt z nas nie jest całkiem obiektywny i wolny, gdy staje przed nim koń należący do dobrego znajomego”. I dodaje: „Jeszcze bardziej niebezpieczne jest zaangażowanie finansowe: gdy sędzia jednocześnie pośredniczy w handlu końmi (i nie mam tu na myśli sprzedaży produktów własnej hodowli).” Zaznacza także: „Ja osobiście nie zapraszam do sędziowania tych osób, które znane są z tego, że handlują końmi lub są tzw. konsultantami. Jestem to winien uczestnikom organizowanych przeze mnie pokazów”.

 

 

Ferdinand Huemer ubolewa także nad tym, że pokazy zdominowane zostały przez wielki kapitał: „Pokazy stały się polem gry dla kilku bardzo zamożnych kolekcjonerów” – mówi. I dalej: „Na większości pokazów europejskich nasze konie muszą konkurować z najlepszymi końmi na świecie, które zostały nabyte przez swych bogatych właścicieli-kolekcjonerów wyłącznie po to, by nieustannie pozostawać w niepobitym kręgu zwycięzców pokazowych. Europejskie konie, które zajmują – dobre przecież – miejsca w pierwszych piątkach klas, nie budzą żadnego zainteresowania kupców”. „Brak sukcesów – dodaje Huemer – wkrótce sprawi, że coraz mniej będzie europejskich hodowców, którzy zechcą wystawiać swoje konie, zwłaszcza że koszty są coraz wyższe. A to wpłynie na przyszłość naszej hodowli”.

 

 

Historia dowodzi, że większość wspaniałych pokazowych koni pochodzi od matek, które same wcale nie osiągały świetnych wyników pokazowych” – przekonuje także Huemer. Wnioski? „Dość już mamy sztucznej śmietanki pokazowej, która może istnieć tylko dzięki bardzo bogatym właścicielom, będącym często jednocześnie głównymi sponsorami tychże imprez”.

 

 

Tak czy inaczej, jak długo będą się odbywać pokazy, tak długo będziemy na nie narzekać – a powody zawsze się znajdą! Lubiącym powracać do przeszłości polecam artykuł prof. Ludwika Maciąga z 2000 r. (Z archiwum Kuriera Arabskiego: Janów Podlaski dziś, a jutro?). Pan Profesor wyraził swoje poważne wątpliwości. Czy coś się od tamtego czasu zmieniło? Na to już każdy sam musi sobie odpowiedzieć…

Dzienne Polaków rozmowy
Monika Luft | 15.07.2008 | Comments: 2

Przypominany właśnie przy okazji filmu kinowego serial ”Seks w wielkim mieście” nasunął mi pewne skojarzenie. Otóż tam cztery kobiety spotykają się regularnie, by dyskutować o facetach. A ja znam takich facetów, którzy spotykają się regularnie, żeby dyskutować o koniach arabskich. I tak jak każda z bohaterek „Seksu…” ma inne zdanie na temat, jak faceta przyciągnąć, utrzymać, a potem porzucić, tak każdy hodowca ma inne poglądy w kwestiach hodowlanych.
 

Wyobraźmy więc sobie, że są to np. panowie Antek, Kazik, Jędrek i Stefan. Dziś akurat toczą spór o to, jak żywić konie w sezonie letnim.
 

Pan Antek, „tak na chłopski rozum”, jak zwykł powtarzać, jest przekonany, że samo pastwisko nie wystarczy – zwłaszcza źrebnym klaczom z sysakami u boku, których organizm podejmuje duży wysiłek. Matkom w swoim stadzie zapewnia więc dwa razy dziennie nie tylko owies, ale i specjalną paszę dla karmiących klaczy. Przy czym źrebaki mają oddzielne, mniejsze żłoby, żeby hodowca mógł kontrolować, ile zjedzą. Tymczasem pan Kazik jest zdania, że gdy tylko pojawi się trawa, na owsie można zacząć oszczędzać. Konie same, czy to klacze, czy źrebaki, zapewnią sobie przez cały dzień skubania odpowiednią ilość jedzenia, a na noc dostają przecież jeszcze do boksów siano. Do października taka dieta musi im wystarczyć! Pan Jędrek trochę przytakuje Kazikowi, a trochę zaprzecza. Z jednej strony uważa, że dla konia lepiej, żeby był nieco wychudzony niż zapasiony, ale z drugiej zdaje sobie sprawę, że łąka łące nie równa. Jeśli więc łąki są bogate i nie ma suszy, można według niego nie dokarmiać koni, ale jeśli nie, to trzeba to robić. Ostatni z czwórki, Pan Stefan, jest zwolennikiem „zimnego wychowu” arabów. Jego konie całe dnie i noce spędzają na pastwiskach, mróz czy spiekota. Gdy chcą sobie dodatkowo podjeść, mają siano w karmniku. Pan Stefan czasem dorzuci im owsa, marchewki czy jabłek. Nie patrzy, który koń ile zjada. Koń ma swój rozum – argumentuje.
 

Rezultat? Konie pana Antka są okrąglutkie, żeber nie widać, zady wypełnione. Ich właściciel puchnie z dumy: błyszczą się, a uśmiechy na pyskach! U pana Kazika nawet klacze źrebne są w kondycji wyścigowej. Pan Kazik z dumą podkreśla, że są „suche jak na pustyni”. Pan Jędrek z kolei ma konie chudsze i grubsze – jedne wyglądają jak okazy zdrowia, ale inne są a to zapadnięte a to podkasane… Pan Jędrek uważa, że każdy koń ma swoją urodę i już. Jedne ładnie wyglądają, gdy są zaokrąglone, a inne wręcz przeciwnie. I jest bardzo dumny ze swego stada. Pan Stefan zaś dumny jest podwójnie. Nie dość, że jego konie silne, to dzielne! Sierść zimową mają co prawda niemal przez cały rok, a pozostali panowie nabijają się, że „Stefan wyprostuje każdą głowę”. Ale w końcu nie głowa najważniejsza u araba!
 

A co sądzą panowie na temat kucia, leczenia, treningu, krycia…? To w następnych odcinkach naszego serialu.

 
  The publishing of articles and photos from the polskiearaby.com website on other websites must be preceded each time by written consent
from the publisher of the polskiearaby.com website.
 
 
   
  --