Sobota . 04.04.2020 . 22:26
   
 
 
 
  Polskie Araby

Strona główna

 
 
facebook
polskiearaby.com
--
--
--
--
--
Kontakt
Wydawca:
Krzysztof Dużyński
redakcja@polskiearaby.com
Opinie wyrażane w tekstach publikowanych w portalu polskiearaby.com są osobistymi ocenami autorów.
Dział techniczny:
webmaster@polskiearaby.com
Reklama:
reklama@polskiearaby.com
nasz cennik
--
 
 
Archiwum autora
O tempora! O mores!

W czasie obrad sejmowej komisji rolnictwa poświęconej koniom arabskim jeden z obecnych na sali przedstawicieli rolniczych związków zawodowych, wyraźnie poruszony zachowaniem się grupy osób skupionych wokół A. Stojanowskiej i J. Białoboka, która na oślep atakowała wszystko i wszystkich tych, którzy angażowali się w państwową hodowlę koni arabskich po ich odwołaniu, w niezwykle emocjonalnym wystąpieniu zaapelował o porozumienie słowami: “przecież konie arabskie nie są partyjne, tu chodzi o ich dobro, a nie o wasze interesy”.

Ja także do pewnego momentu tak myślałam. Aż zrozumiałam, w jak wielkim tkwiłam błędzie. Błąd ten polegał na tym, że po odwołaniu “triady” ze stanowisk w stadninach państwowych, nie dość stanowczo oddzieliłam los ludzi od losu stadnin. Również osobiste relacje i wieloletnia znajomość przysłaniały mi jasność osądu. Na szczęście nigdy nie musiałam rozważać kwestii politycznych, ponieważ, podobnie jak większość ludzi w naszym kraju, moim poglądem politycznym jest dobro ojczyzny, a w mojej rodzinie krąży anegdota, że jedynym, który należał do partii, był jeden z pradziadków, który w powstaniu styczniowym należał do partii Bieleckiego – i to byłoby tyle.

Niestety ostre podziały polityczne w społeczeństwie mają swoje konsekwencje również w odniesieniu do wirtualnego bytu, który ogólnie można określić jako „stadniny koni arabskich w polityce i mediach”. Zapewne wkrótce będziemy mieli kolejne odcinki serialu o stadninach koni arabskich, bo już w najbliższych dniach pojawią się listy kandydatów na prezesów tych stadnin, a zaraz potem poznamy ich wyniki finansowe. Wkrótce po nich pojawią się listy na sierpniową aukcję i maszyna do hejtu ruszy z kopyta. Tymczasem w ramach podtrzymania nastroju lamentu nad upadkiem naszej rodzimej hodowli, internetowa influencerka znana wszystkim jako “Alina z fejsbuka” z nostalgią wspomina lata minione recenzją dawno wydanej książki, smęcąc tam o trudzie i wyrzeczeniach hodowców przez ostatnie 200 lat i biadając, że oto “nasz skarb, który wnieśliśmy do zjednoczonej Europy” został ostatnio utracony (w domyśle, zniszczony przez zmianę w polityce zwaną przez niektórych dobrą). I niesie się po wirtualnym świecie, niczym echo z Jankielowego koncertu, pytanie “Gdzie dziś jesteśmy?” (co rozumiem to jako lament nad upadkiem hodowli, która bez Stojanowskiej, Białoboka, Treli i Polturfu nie ma prawa istnieć).

I tak w niedzielne przedpołudnie, w poczuciu obywatelskiego obowiązku, postanawiam zagubionej Alinie z fejsbuka pomóc znaleźć odpowiedź na nurtujące ją pytanie i piszę słowa, które przeczytać można na zrzucie pod niniejszym tekstem. Zamiast jednak podziękowania za moje zaangażowanie w pomoc w zrozumieniu meandrów hodowli koni arabskich oraz za przekazanie wyników skomplikowanych obliczeń sprzedanych i rozdanych hojnie embrionów, influencerka podnosi larum, że jest obrażana. Konia z rzędem temu, kto zrozumie, o co tu chodzi. Pani pyta “Gdzie jesteśmy?”, a ja grzecznie odpowiadam, jak jest. Jako osoba dobrze zorientowana w branży, czyli hodowca koni arabskich, a ostatnio badacz barwnych i skomplikowanych dziejów polskiej hodowli, próbuję podzielić się wiedzą – a tu krzyk, usuwanie mojego wpisu, publiczne dąsy i spazmy. Dlaczego???

Może dlatego, że dla Aliny z fejsbuka, która bezceremonialne, kompromitując zasłużony wcześniej tytuł, podszywa się pod „Araby Magazine”, nie jest ważne, jak było naprawdę. Dla niej prawda ma „wersje”, a historyczna prawda, oparta na dokumentach i twardych dowodach, tej pani nie przekonuje. Jak większość jej rówieśników, korzystających z dostępnych im przywilejów, nie przyjmuje do wiadomości, że powojenna hodowla koni arabskich w Polsce była co najmniej tak skomplikowana, jak ustrój, który panował w kraju. Konie arabskie zrabowane przez państwo prywatnym hodowcom były w PRL cennym źródłem dewiz i tylko temu zawdzięczamy dzisiejsze legendy i przetrwanie hodowli do lat 90. Stadniny były oazami luksusu w porównaniu z PGR-ami, a praca np. dla Animexu była oknem na świat w dosłownym tego słowa znaczeniu. Na pytanie, czy ludzie, którzy przy tym pracowali, wspierali komunę, czy z nią walczyli, każdy może sobie odpowiedzieć sam. Dziś łatwo jest Alinie z fejsbuka atakować Marka Grzybowskiego (który zakładał Solidarność w Animexie – nie zaś ona), bo ma kobieta parcie na szkło, a Grzybowski nie traktuje tego poważnie. Pani ta nauczyła się przez ostatnich kilka lat bezkarnie atakować ludzi, którzy myślą inaczej, niż ona i którzy na historię i stan obecny naszej hodowli patrzą realnie, a nie przez wizjer kamery TVN. Alina z fejsbuka rzuci się na każdego, kto powie lub opublikuje niewygodną dla niej prawdę – a prawda jest taka, że stare czasy nie wrócą, ponieważ przeminęły, jak przemija młodość i uroda.

Rzymianie wołali: „O tempora! O mores!”. Już wówczas trudno było ludziom pogodzić się ze zmianami zachodzącymi w polityce i w społeczeństwie. Alinie z fejsbuka, która nie może się pogodzić z faktem, że dawne czasy już nie wrócą, a jej idole nie byli rycerzami bez skazy, radzę zastanowić się nad tym, co czuł na przykład książę Roman Sanguszko, którego w latach dawnych, podczas pobytu w Brazylii, postanowili odwiedzić dyrektorzy Krzyształowicz i Jaworowski. Początkowo Sanguszko odmówił, ponieważ dla niego ci panowie reprezentowali znienawidzony reżim, który odebrał mu majątek, w tym i konie arabskie, które jego rodzina hodowała od połowy XVIII wieku. Ale potem zgodził się na rozmowę, jednak atmosfera nie była ani ciepła ani serdeczna. Wydaje się, że mógł mieć książę uzasadnione do reżimu pretensje… Pomimo wielkiej niechęci do komuny i jej reprezentantów, Sanguszko zdobył się na książęcy gest wobec polskiej hodowli i przekazał, za pośrednictwem polskiej ambasady w Brazylii, mikrofilmy sławuckiej księgi stadnej*, którą szczęśliwie udało mu się ocalić podczas II wojny światowej. Tak wygląda prawdziwa miłość do Polski i hodowli oraz działanie dla jej dobra, któremu można przeciwstawić postawę Białoboków, Stojanowskiej, Aliny z fejsbuka i innych osób, które tylko dla udowodnienia swoich racji lub odzyskania władzy, wpływów i korzyści są gotowe stadniny państwowe zniszczyć.





—————————————————-
*Mikrofilmy przekazane Polsce przez księcia Romana Sanguszkę znalazły się w prywatnych zbiorach i, pomimo starań, nie udało się ich dotychczas odzyskać dla polskiej hodowli.

 


Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za artykuły publikowane na blogach. Opinie wyrażane w tekstach są osobistymi ocenami autorów.
Jeszcze Janów nie zginął…

Ksawery Pruszyński, który służył w szeregach 1. Dywizji Pancernej, mawiał: „Kawaleria była dla Polaków tym, czym marynarka wojenna dla Brytyjczyków, bistro dla Francuzów, a makaron dla Włochów; była częścią życia narodu”.

I właśnie dziedzictwo polskiej jazdy przeniesione przez pokolenia, ta duma narodowa, jest dla nas dzisiaj ważnym składnikiem polskiej tradycji. A najważniejszym obecnie symbolem ciągłości polskiej hodowli koni jest Stadnina Janów Podlaski. Wielokrotnie niszczona, potem odbudowywana, zawsze wychodziła poza osiągnięcia poprzedniej epoki. Stała się sławna w 20-leciu międzywojennym i tej międzynarodowej sławie zawdzięcza powojenną odbudowę i przetrwanie, co w warunkach realnego socjalizmu wcale nie było ani proste ani oczywiste.

W roku 2019 minęło sto lat od chwili utworzenia działu hodowli koni czystej krwi arabskiej w Janowie Podlaskim. W tym czasie Janów stał się wiodącą marką w tej dziedzinie na świecie. W latach 70. i 80. XX wieku Stadnina Koni Janów Podlaski, zdobywając rynek amerykański, stała się ikoną światowej hodowli. Kiedy w roku 2017 przypadało 200-lecie Janowa, nie zostało to właściwie wykorzystane. Legenda Janowa, wydzierana sobie nawzajem z rąk przez rządzących, opozycję i internetową gawiedź, gościła nieustannie w mediach jako element walki politycznej, a sterowane przez pozostających w cieniu dyrygentów tej hałaśliwej orkiestry media społecznościowe wzniosły się na wyżyny hejtu. I tak, w latach 2016-2019, Janów Podlaski stał się jedyną rozpoznawaną przez wszystkich obywateli stadniną koni w Polsce. Przez ostatnie cztery lata media głównego nurtu skutecznie przekonały Polaków, że Janów upadł, że został zniszczony przez nielubianą przez nie władzę. Cel został osiągnięty. Pani w „okienku” na lotnisku Okęcie pyta, czy ten Janów jeszcze jest, taksówkarz w Krakowie jest pewny, że go już nie ma, a niemiły pan, irytujący się w poczekalni przychodni medycznej w Warszawie, pomstuje na dobrą zmianę, która wszystko zniszczyła, “nawet Janów proszę pani!”. A we mnie narasta sprzeciw wobec takiej narracji i każdemu po kolei tłumaczę, że nic nie jest czarno-białe i zachęcam do odwiedzenia Janowa, aby się przekonać o tym na własne oczy…

Ale jak przekonać ludzi, którzy nigdy wcześniej w Janowie nie byli, że owszem, są problemy, i to ogromne, ale Janów był, jest i będzie. Konia z rzędem temu, kto wskaże drugą po Stadninie Koni Janów Podlaski polską markę, która jest rozpoznawalna na całym świecie i jednoznacznie polska. Są i tacy, którzy nie wiedzą, gdzie leży Warszawa, ale Janów potrafią wskazać na mapie i marzą, aby tam pojechać lub, jeśli byli, to wrócić. Co więc takiego się stało, że Stadnina Janów Podlaski stała się ofiarą naszej krajowej polityki? Przecież tego nikt obcy nam nie zrobił. Zrobiliśmy to sami. Podróżując w ostatnich latach na wiele pokazów zagranicznych, spotykałam się poza granicami kraju z pytaniami o Janów, ale zawsze były one życzliwe i raczej rozmówcy wykazywali troskę, podziw dla dorobku polskiej hodowli. U nas jest inaczej. Temat Janowa wywołuje irytację, natychmiast nawiązuje się do polityki, niezależnie od poglądów politycznych rozmówcy, i sprowadza się głównie do tego, że Janów został zniszczony i wiadomo, czyja to wina.

Nie wchodząc już w ustalanie, kto jest winny obecnej sytuacji, stawiam pytanie do wszystkich – ale głównie do polityków: I co teraz? Czy opozycja jest już zadowolona, że za pomocą mediów przekonała Polaków, iż rządzący zniszczyli stadninę w Janowie? Czy rządzący, dzierżąc władzę nad majątkiem państwowym (w tym także nad Janowem), mają plan ratunkowy dla Janowa ? Pytam, ponieważ nie widzę jakichkolwiek sensownych działań, poza zaklęciami ministra rolnictwa (naprawdę nie wiem, czy sam wierzy, że wszystko jest dobrze…), zmierzających w kierunku naprawy sytuacji ekonomicznej w Janowie. Coś tam się plotkuje o zmianie zarządu, ale moim skromnym zdaniem KOWR wykorzystał już tzw. wariant “do trzech razy sztuka”. Trzy kolejno następujące po sobie zarządy nie sprawdziły się w janowskiej rzeczywistości. Ani zarządy te, ani nadzór ANR, a następnie KOWR, nie mieli pomysłu, kompetencji, wiedzy i wizji, jak taką spółkę poprowadzić. Patrząc na to, jak jest zarządzany Janów przez ostatnie lata, widzę nonszalancję nadzoru, nieporadność i całkowity brak kompetencji do zarządzania spółką gospodarującą na 1 600 ha ziemi, dysponującą ok. 800 szt. bydła i ponad pięćsetką koni. Czy jakikolwiek będący przy zdrowych zmysłach prywatny właściciel powierzyłby taki majątek którejkolwiek z osób, które dotąd zarządzały w Janowie? Czy przez trzy lata patrzyłby bezradnie, jak spółka idzie w dół (wynik finansowy – 2016: +100 tys., 2017: -1,6 mln, 2018: -3,2 mln). Tak, niestety, może dziać się jedynie w spółce państwowej. (Celowo nie przytaczam w tym miejscu rekordowego wyniku finansowego z roku 2015, ponieważ nie był on typowy dla Janowa.) Janów nigdy nie miał dużych zysków bilansowych, ale zawsze był na plusie. W latach 2005-2015 przeprowadzono wiele inwestycji, które unowocześniły gospodarstwo i możliwości wykorzystania Janowa dla promocji i sprzedaży polskich koni arabskich (nie tylko janowskich). Nie jest to właściwie wykorzystane, nikt z odpowiedzialnych ludzi nie wie, jak należałoby się do tego zabrać.

Muszę jednak gwoli prawdzie dodać, że nie jest prawdą, że Janów przed 2016 nie miał żadnych problemów finansowych. Miał, i to poważne, ale ówczesny nadzór nie dopuszczał do ich ujawniania. Zarząd potrafił utrzymywać wynik finansowy na plusie, choć np. wynik za 2011 (+ 60 tys. zł) był nieomal na granicy straty zamaskowanej przez księgową. Obecnemu nadzorowi udało się to jedynie w 2016. Potem nie dało się już straty ukryć. Można również postawić pytanie, jak wyglądałby wynik finansowy za 2015, gdyby nie sprzedaż klaczy Pepita. Z rachunku wynika, że zamiast 3,5 mln na plus, już wtedy byłoby 3 mln straty. Ale, na szczęście, Pepita została sprzedana i zysk poszybował w górę. Czy to jednak dobre dla państwowej stadniny, gdy stabilność finansowa, jej być albo nie być, zależy od sprzedaży jednego konia?

Janów jest trudnym do zarządzania przedsiębiorstwem. Prof. Witold Pruski pisał, że już przed I wojną światową był obiektem deficytowym, a swój rozwój w 20-leciu międzywojennym zawdzięcza dotacjom ministerstwa rolnictwa. Słabe, trudne do uprawy ziemie, rozległe gospodarstwo, z wieloma starymi już budynkami, konieczność utrzymywania dużego zatrudnienia z uwagi na liczbę zwierząt, a to susze, a to powodzie, wahająca się koniunktura na sprzedaż koni – to problemy, z jakim przez lata zmagał się dyrektor Andrzej Krzyształowicz, a potem Marek Trela. Do tego stało się tradycją, że dyrektor był hodowcą, który nadawał kierunek i ostateczny kształt hodowli. Nie trzeba było być wielkim znawcą, aby wiedzieć, że zmiana zarządu w Janowie dokonana w roku 2016 doprowadzi do tego, z czym borykamy się obecnie. Nie chcę tu odnosić się do kwestii powodów i sposobu odwołania Marka Treli, ale jeśli urzędnicy reprezentujący skarb państwa nie przewidzieli skutków swoich działań, to jest to właściwy czas, aby je naprawić.

Przez pierwsze dwa lata próbowano finansowe problemy jakoś maskować kreatywną księgowością, ale w 2018 strata wyskoczyła na 3,2 mln zł. Jak wielka jest niefrasobliwość urzędników KOWR, widać po ich komentarzach do straty w Janowie (ale również, po raz pierwszy, dzięki p.o. prezesa, w Michałowie), że „skoro wskaźnik likwidacyjny spółki jest prawidłowy, to w związku z tym nie widzimy problemu”. Co to oznacza? Moim zdaniem, całkowite lekceważenie problemu, które powoduje obniżenie wartości spółki Stadnina Koni Janów Podlaski o prawie 5 mln zł w ciągu dwóch lat, ponieważ stratę bilansową zgromadzenie wspólników finansuje z kapitału spółki. Strata za rok 2019 powinna być nieco mniejsza, gdyż Janów sprzedaje już srebra rodowe. Teraz może zacząć sprzedawać meble. Ale co to da? Niewiele. Ceny janowskich koni są niebezpiecznie, nawet poniżej słabego rynku, niskie. Te konie, które należy z Janowa sprzedać, nie znajdują nabywców. Jeśli nadal będą sprzedawane klacze, należące do hodowlanej elity, hodowla się skończy w jedno pokolenie. Bez sukcesów na pokazach, na wyścigach, w sprzedaży Janów się nie podniesie. A bez hodowli stanie się lokalną atrakcją turystyczną, jaką jest dziś słynna Babolna na Węgrzech, w której można zobaczyć ślady dawnej świetności, powspominać lub ponarzekać na rząd, jak kto woli. Resztka życia, jaka tli się jeszcze w Janowie, może pomóc mu się odrodzić, choć bez wsparcia państwa i dobrego zarządzania jest to niemożliwe.

Oczywiście nikt nie dopuści do upadłości Janowa. Państwowe spółki nie upadają, są przyłączane do lepiej prosperujących spółek i sobie żyją nadal własnym życiem – jak np. Białka. Przykłady można mnożyć i bynajmniej nie jest to pomysł obecnie rządzących. Wniosek ministra rolnictwa do Sejmu (przedstawiony na Sejmowej Komisji Finansów Publicznych 11.12.2019) o zgodę na dokapitalizowanie Spółki Stadnina Koni Janów Podlaski kwotą 5 mln złotych jest drogą w dobrym kierunku, pod warunkiem jednak, że dokapitalizowanie nastąpi na początku roku 2020, a nie w roku bilansowym 2019, po to tylko, by ukryć stratę. Jeśli kwota 5 mln ma przywrócić wysokość kapitału spółki sprzed roku 2017, to należy doliczyć do tego stratę za rok 2019, która może wynieść ponownie ok. 2 mln. Zatem potrzebna jest kwota większa niż 5 mln.

Czy minister rolnictwa przekona Sejm do udzielenia takiej zgody, przekonamy się wkrótce. Wniosek przedstawiony Komisji Finansów był tak słabo przygotowany, że śmiem wątpić. Dlatego też, choć plotka korytarzowa niesie, że w Janowie nastąpi zmiana zarządu, przyjmuję tę informację jako bez znaczenia. Każde pieniądze wrzucone do Janowa (dotyczy to też niestety i innych stadnin ze stratą) będą tam zmarnowane. Znaczenie może mieć dopiero dobry plan naprawczy dla Stadniny Koni Janów Podlaski, który będzie jednocześnie jego drogą rozwoju – i na to powinny być przeznaczone środki. Dopiero do tak postawionego zadania należy szukać człowieka, który podejmie się go zrealizować. Jeśli KOWR znajdzie straceńca, który zgodzi się przyjąć funkcję prezesa zarządu w Janowie bez wyznaczenia mu jasno zadań i nie wprowadzi na poważnie planu naprawczego, rokowania dla spółki są słabe. Środowisko jest na tyle małe, że o gorączkowych poszukiwaniach nowych ludzi do Janowa i do Michałowa jest wiadomo od wielu miesięcy. Ale jeszcze nie znalazł się chętny. Zagmatwane relacje pomiędzy KOWR i PKWK, ręczne sterowanie spółkami z Warszawy, skutecznie zniechęca poważnych kandydatów na stanowiska prezesów. W ogłoszenie otwartych konkursów już nie wierzę, bo wtedy nie wiadomo, kto się przyplącze i dopiero będzie kłopot… Do Janowa nie odważy się już wybrać żaden przypadkowy kandydat z klucza politycznego, bo TVN24 jest czujny i tylko czeka na kolejnego ekonomistę, który właśnie odkrył nowe hobby. A jak pojawi się ktoś ze środowiska, do tego z kompetencjami, atak nastąpi ze strony opozycji (przećwiczyliśmy to w Michałowie). A Janów nie może też czekać w takim, jak obecnie, zawieszeniu, bo to droga do upadku.

Wiem, że dawanie rad i do tego publicznie, może być denerwujące dla odbiorców, ale chyba czas to głośno powiedzieć. Janów ma wszelkie narzędzia i warunki, aby nie przynosić strat. Gospodarstwo rolne jest po to, aby utrzymać konie, nie ma być kulą u nogi, tylko wsparciem. Wymaga to starannego gospodarowania na polach, łąkach, w oborze i w stajni. Ludzie muszą być dobrze wynagradzani, bo inaczej odejdą (exodus pracowników z Janowa nie jest tajemnicą). Do Janowa musi wrócić dobra atmosfera, która poprawi się natychmiast, jak zacznie skutecznie działać plan naprawczy. Do Janowa musi trafić człowiek, który przywróci ciągłość tradycji, który zna się na koniach, krowach, rolnictwie, poczuje więź z tym miejscem, zna rynek i międzynarodowe otoczenie hodowli. Człowiek, który zrealizuje niedokończone inwestycje, doprowadzi do odnowienia zabytkowych budynków i wyznaczy nowe cele. A przede wszystkim przywróci “janowski” kierunek hodowli, zarówno koni arabskich, jak i angloarabskich. Ale czy człowiek o takich kompetencjach, jak już będzie chciał, czy będzie w stanie współpracować z nadzorem, który wszystko wie lepiej, a każda różnica zdań kończyć się będzie groźbą rozwiązania umowy w gwałtownym trybie? Jeszcze Janów nie zginął, ale ludzie odpowiedzialni za jego los muszą się spieszyć z działaniem, bo każdy dzień jest stratą dla Janowa. Nad urzędnikami, którzy mają obowiązek dbać o powierzony im majątek są politycy, którzy ich powołali i popierają. Urzędnicy przychodzą i odchodzą raczej bez konsekwencji, ale politycy, którzy za niecałe cztery lata znów poproszą swoich wyborców o głosy, muszą uważać, żeby tym razem wyborcy nie wypomnieli im zniszczenia stadniny w Janowie – i dotyczy to nie tylko ministra rolnictwa.

 


Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za artykuły publikowane na blogach. Opinie wyrażane w tekstach są osobistymi ocenami autorów.
Gdy nie może być lepiej, zawsze może być inaczej!

Moja subiektywna recenzja Zimowej Aukcji na Służewcu spotkała się z bardzo dużym zainteresowaniem czytelników i to, o dziwo, z różnych stron “arabskiej” barykady. Postanowiłam więc pogłębić analizę tego, co widziałam, a raczej tego, co usłyszałam, czyli słynnego już wystąpienia pana Ministra Rolnictwa. W jego wypowiedzi zaintrygował mnie m.in. wątek dotyczący odwiedzających go „fachowców od koni”.

Pan minister był uprzejmy powiadomić słuchaczy, że często przychodzą do niego ludzie, którzy twierdzą, iż znają się na koniach. Tu pełna zgoda – to całkiem możliwe. W drugiej części wypowiedzi dodał, że wszyscy oni twierdzą również, że inni – ci, co mówili, że się znają – to “idioci”… Gdybym nie znała od lat środowiska koniarzy, upierałabym się, że to niemożliwe. Ale środowisko znam i wiem niestety, że tak może być. W dzisiejszym świecie, który obywa się bez autorytetów, każdy, ale to dosłownie każdy, może sobie mówić i pisać (szczególnie w sieci), co tylko przyjdzie mu do głowy i liczyć, że jemu podobni będą to czytać i komentować. Minister, jako polityk i jednocześnie urzędnik państwowy, musi czasem takich ludzi wysłuchiwać lub też czytać korespondencję, którą do niego kierują. Nie ma czego zazdrościć!

Zimowa Aukcja na Służewcu spowodowała dwa takie epistolarne dzieła, które wyszły do ministra z grona osób “zajmujących” się końmi arabskimi i wprawiły w osłupienie hodowców arabów (co do reakcji pana ministra – nie mam wiedzy). Jako że obie wymienione wyżej grupy są żywo zainteresowane tematem, tak więc treść tych „upublicznionych” listów jest im zapewne znana. Ograniczę się więc do ogólnej analizy.

Alina Sobieszak, uważająca się za Araby Magazine (założycielem tytułu był PZHKA, wydawcą „Koń polski”; wreszcie p. Izabella Pawelec-Zawadzka przygotowała kilka numerów sfinansowanych przez sponsorów, głównie przez Janów i Michałów, a ostatni numer wyszedł w 2015 roku – co oczywiście pani S. nie przeszkadza, gdyż uczciwość i moralność stawia na pierwszym miejscu), w swoim liście pouczała ministra, które konie wolno mu sprzedawać, a których nie; najlepiej zaś, jakby przestał się nimi w ogóle zajmować – a odzyska ona wtedy nadzieję, że będzie tak jak było. Z kolei Robert Raznowiecki, odkąd Marek Grzybowski wspomniał o nim w jednym zdaniu obok prof. K. Chmiel, poczuł się na tyle mocny, że poszedł za ciosem i postanowił odwołać p/o prezesa Janowa, Grzegorza Czochańskiego. W żołnierskich słowach komentarza do swego listu do ministra pisze: “Nie może więc być tak, by dziś tym miejscem (czyli Janowem) miał rządzić niepodzielnie człowiek pokroju pana Czochańskiego. Persona będąca swego rodzaju “obelgą” dla jego czci i pamięci (tu nie wiem do końca, o co chodzi) (jej zaprzeczeniem). Urzędnik nie mający należnych przymiotów, ani należnych kompetencji, by kierować taką placówką. Ktoś nie znający zagadnienia, a przy tym nie szanujący i nie kochający koni arabskich. Osoba, której bodaj największym osiągnięciem był udział (w roli statysty) w teledyskach disco-polo… Tak naprawdę człowiek ów nigdy nie powinien był zostać p/o prezesa tak zasłużonej placówki. No, ale stało się – został (złóżmy to na karb takich, a nie innych czasów, nie sprzyjających hołdowaniu jakimkolwiek zasadom i wartościom)…”. Autor listu wypowiada się w sieci także na temat rzekomych zaniedbań zarządu Janowa i tutejszego hodowcy oraz o kondycji, żywieniu koni itp. Powstaje pytanie, skąd ma tak dokładne informacje? Autor tych opinii na aukcji przecież nie był, w stadninie – o ile mi wiadomo – również nie, więc skąd bierze się jego wiedza, wygłaszana z tupetem i pewnością siebie? Janów ma swoje problemy, ale puszczanie w obieg nieprawdziwych informacji jest działaniem na szkodę stadniny, do tego z “gębą” pełną frazesów na temat jej ratowania. Raznowiecki pisze o świecie zasad i wartości – ale o jakie wartości chodzi? Jaki jest ten jego świat? Bo widać jedynie frustrację pod rękę z pychą oraz bufona dosiadającego karła wiedzy.

Gdyby oboje państwo zastanowili się przez chwilę nad konsekwencjami szkalowania Janowa w mediach, być może zdaliby sobie sprawę z rozmiaru szkód, jakie wyrządzają. A może taki zmasowany atak na Janów ma swoje ukryte cele? Możliwe, że Raznowiecki poczuł wolę objęcia po Czochańskim prezesury w Janowie, Sobieszak zaś ma ambicje zostać tam hodowcą albo, lepiej, rzecznikiem prasowym, bo szczególnie lubi występować w telewizji (zwłaszcza w TVN24). Albo głównym specjalistą od marketingu (no przecież parzyła kawę jeszcze w Animexie, a potem prowadziła nawet recepcję w Polturfie!). Może to jest jakiś pomysł… Może to metoda, aby ich emocje wystygły. Może, gdy sobie powędrują codziennie po stajniach (trzeba wstać o świcie), oborach, warsztatach, gdy rozwiążą do południa nierozwiązywalne problemy z wodą, kanalizacją, cieknącym dachem, uszkodzonym wozem paszowym czy chorymi cielakami, pracownikami na zwolnieniach i w innych stanach świadomości, gdy przyjmą interesantów w biurze i jeszcze odpowiedzą (koniecznie do 12.00!) na nagłe pytania z KOWR, to pojmą, że to wszystko nie takie proste. Idąc tym tropem, proponuję, aby na głównego hodowcę do Michałowa dać Agnieszkę Bojanowską, która uważa, że pomoc w kuchni u pani Jaworowskiej w czasie przeglądów hodowlanych uczyniła ją autorytetem w dziedzinie hodowli michałowskiej. P/o prezesa w Michałowie nie trzeba nawet zmieniać, ponieważ Monika Słowik jest wystarczająco niekompetentna i pasuje jak ulał do takiej drużyny. Ciekawe jednak, że choć charakterystyka p/o. prezesa Janowa autorstwa Raznowieckiego równie dobrze pasowałaby do p/o. prezesa Michałowa, to tutaj nasz znawca głosu nie zabiera… Czyżby związane to było z powrotem do kopertowych sprzedaży – czyli łaska prezesa nieodzowną jest, aby nabyć konia – które uprawiane są ostatnio w Michałowie? Czy prywatne interesy naszego krytyka nie wchodzą czasem w paradę? Wszak już jednego konia dzięki temu, pierwszy raz w życiu, zakupił (i to się nazywa doświadczenie w hodowli!) Może coś jeszcze, z łaski p/o., uda się kupić, do tego niedrogo? Na wszelki wypadek pochwalić należało idiotyczną sprzedaż na Winter Auction najlepszego w michałowskim tatersalu konia za tzw. psie pieniądze: “Monika Słowik z Weroniką Sosnowską nie miały problemu z tym, aby rozpoczynać licytację michałowskich klaczy (…) od poziomu tysiąca czy dwóch tysięcy euro. Pokazały w ten sposób właściwą logikę i konsekwencję (…) Udowodniły tak, że znają i rozumieją uwarunkowania aktualnej rzeczywistości i należycie odczytują realia rynku (wsłuchują się w jego mowę i nastroje). (…) Brawo”. Pięknie napisane – niczym cytat z socrealistycznego poematu.

Jest takie powiedzenie, że jak nie może być lepiej, to zawsze może być inaczej. Politykom zależy, by wokół Janowa panował spokój. Udało się to osiągnąć przed tegoroczną aukcją w Janowie, zapraszając do rady przy ministrze Stojanowską i Białoboka, animatorów medialnego zamieszania wokół stadnin. Może więc teraz czas uczynić podobny gest w stosunku do Sobieszak, Bojanowskiej, Raznowieckiego i powiedzieć: sprawdzam!

Pan minister obiecuje konkursy. Obiecuje zatrudnić fachowców, a tymi przecież jesteście właśnie wy! Proszę, skoro wiecie, jak to zrobić, to do roboty!

Choć tak jakoś wyszło, że bronię Czochańskiego, to nie jest to moja intencja. W obronę biorę zasady, tzn. że pana Czochańskiego rozliczyć musi pracodawca, a jest nim KOWR. To, że tego jeszcze nie zrobił, to inna sprawa. Państwo, siedzący w swych domach, jak p. Raznowiecki (z nieznanym wykształceniem), p. Sobieszak (z niepełnym), czy p. Bojanowska (z niewłaściwym) – wszystko to poparte brakiem jakichkolwiek kompetencji i doświadczenia w hodowli (no chyba, że jest inaczej, tylko ze skromności się nie chwalą) – uzurpują sobie prawo do publicznego pouczania, mędrkowania w dziedzinie, o której, niestety, żadnej głębszej wiedzy nie posiadają, a także do opluwania ludzi, z którymi nie potrafią nawiązać intelektualnego kontaktu.

Drodzy! Czekamy zatem na efekty waszej pracy, a my zasiądziemy w ciepełku, przy komputerze, z filiżanką kawy w dłoni i będziemy was oceniać. Oczywiście będziemy w ocenach tacy jak wy: równie „sprawiedliwi”, niezwykle „kulturalni” i całkowicie „obiektywni” .

Nadszedł czas działania, minister czeka, wiem, że czujecie się państwo na siłach. Jednak dla dobra polskiej hodowli, proszę, zajmijcie się lepiej wnukami, rodziną, pożyteczną pracą społeczną lub przynajmniej skierujcie swoją frustrację w innym niż Janów kierunku. Koniec roku i nadchodzące Święta Bożego Narodzenia to czas nadziei i radości. Kierując do wszystkich hodowców i przyjaciół koni arabskich życzenia wszelkiej pomyślności, składam je również stadninom państwowym, wierząc, że przetrwają ten trudny czas i będziemy nadal dumni z naszego wspólnego dziedzictwa, czego sobie i państwu życzę!

Znaczenie słowa ekspert...

 


Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za artykuły publikowane na blogach. Opinie wyrażane w tekstach są osobistymi ocenami autorów.
Dziad o gruszce, baba o pietruszce!

Czyli Winter Star Sale 2019 - recenzja subiektywna

Jak zwykle, „w koniach arabskich” się dzieje! Ostatnio emocje w środowisku „zajmującym się” końmi arabskimi wzbudziła zimowa aukcja koni arabskich na warszawskim Służewcu. Celowo nie używam określenia “w środowisku hodowców”, ponieważ na przykładzie stosunku do tego wydarzenia widać, jak bardzo rozeszły się drogi wymienionych grup. Otóż hodowcy, coraz bardziej zatroskani o spadający popyt na polskie, a więc też ich konie, przyjęli inicjatywę z zainteresowaniem, a mniej życzliwi obecnej władzy - z rezerwą. Tym bardziej, że nazwa i termin kojarzyła się z aukcjami, które, z racji ich sukcesów, wszyscy doskonale pamiętają. Chodzi o michałowskie Winter Sale 2016 i 2017 (całkowicie przemilczane przez polskie media z prawej i lewej strony), które miały znakomitą sprzedaż, organizację i, co ważne, były miłym wydarzeniem dla środowiska hodowców. Po nerwowych i upolitycznionych aukcjach w Janowie, nasze Winter Sale w Michałowie były jedynymi realnymi sprzedażami w Polsce po 2016 roku. Bez gwiazd, ale starannie przygotowane i dobrze wypromowane (szczególnie w 2017), połączone z pokazem hodowlanym ogierów, gromadziły tłumy hodowców i przyjaciół koni arabskich z kraju i zagranicy. Michałowskie Winter Sale, w autorskim wykonaniu prezesa Macieja Grzechnika, były wydarzeniem szeroko komentowanym na całym świecie i wydawało się, że to właściwa droga do tego, aby równowaga zaczęła powracać na polski rynek. Jednak już III Winter Sale, w ubiegłym roku, zrealizowana bez autora poprzednich sukcesów, zanotowała wynik sięgający niespełna 100 tys. euro, czyli aż pięciokrotnie niższy od I Winter Sale (440 tys. euro) i II Winter Sale (505 tys. euro).

Informacja o aukcji na warszawskim Służewcu była nieco zaskakująca, a lista koni rozgrzała emocje i znów sprzedaż koni arabskich trafiła do mediów. O liście koni wiele już powiedziano, nawet PZHKA został przymuszony do zajęcia stanowiska w tej sprawie, a promocję wziął na siebie sam minister rolnictwa i, o dziwo, skierował ją do… no właśnie, do kogo? Raczej nie do klientów, którzy, co było dość oczywiste (choć najwyraźniej nie dla organizatora), na służewiecką aukcję nie przyjechali. Impreza była słaba, rozlazła, bez licytacji, główne dwa konie zostały sprzedane z tzw. koperty, kilka tańszych koni nabyli nieliczni klienci, którzy zawsze łapią okazję, aby kupić korzystnie - i tyle… Przy czym nie sprzedał się ani jeden koń pełnej krwi! Zatem odpowiedź na pytanie, po co było robić tę aukcję, jest sprzeczna z oficjalnym przekazem, głoszącym, że „dla dobra polskiej hodowli”. Bo jak się ma do tego wystawienie folblutów, w większości zagranicznej hodowli? Obawiam się, że chodzi tu o zwykłą, ale niestety destrukcyjną dla hodowli koni politykę, w tym przypadku pod hasłem: „nie ma żadnego upadku”. Pewnie to i prawda. Niemniej jednak to, jak doradcy ministra (mam nadzieję, że nie on sam!) mylą handel końmi z ich hodowlą, jest dość frustrujące. Wkrótce po aukcji okazało się, że podczas jedynej energicznej licytacji doszło do niezgodności oferty z informacją o oferowanej klaczy. W zwykłym świecie nazywa się to oszukaniem klienta. Sprawa już bulwersuje środowisko hodowców i zapewne będzie miała dalszy ciąg.

Potwierdzeniem mojej tezy o owym myleniu był również gwoźdź programu, czyli 15-minutowe wystąpienie ministra adresowane do… znów nie wiem. Do kolegów z partii? Do widzów TVP-Info? Bo przecież nie do obecnych na aukcji gości. Na szczęście, goście zagraniczni niczego nie zrozumieli, a nieliczni goście z Bliskiego Wschodu są przyzwyczajeni do podobnie brzmiącego tonu swoich władców, tak więc raczej nie poczuli się urażeni. Ja wysłuchałam pana ministra uważnie, podobnie jak ponad rok temu, również na warszawskim Służewcu, kiedy to podczas Czempionatu Narodowego przepraszał Annę Stojanowską i Jerzego Białoboka (o Marku Treli nie wspomniał), kajał się i obiecywał odbudowę hodowli, którą według niego zniszczył jego poprzednik na ministerialnym fotelu. Publicznie zaprosił wymienionych do stworzonej przez siebie rady i od tej chwili wszystko miało być już dobrze. Zaproszeni państwo do rady weszli, pomogli sprzedać kilka koni na Pride of Poland (przy okazji, być może, zapewnili sobie prowizje), ale że okazali się nielojalni i przed aukcją spuścili swoje trolle ze smyczy, to pan minister się ich pozbył, rozwiązując radę - i tak sielanka się skończyła.


Słuchałam więc przemówienia pana ministra ze sporym niesmakiem, kiedy publicznie atakował swoich niedawnych sojuszników z rady i, nie owijając w bawełnę, oskarżył ich dokładnie o to, za co jego poprzednik ich pozwalniał. Czy więc pan minister potrzebował aż roku, aby zrozumieć, o co chodziło z tymi zwolnieniami? Groteskowo też zabrzmiało pytanie o to, „gdzie oni dziś są?” (czyli ci, co wcześniej szkodzili), skoro siedzieli na widowni zaledwie kilka metrów od przemawiającego ministra.


Muszę przyznać, że patrząc, jak aukcjoner przybija dzierżawę janowskiej Pingi (platynowej czempionki świata), pomyślałam, że oto pan minister i jego doradcy sprzedali honor polskiej hodowli państwowej za 40 tysięcy srebrników. Czegoś tak żenującego chyba jeszcze nie widziałam! To jest kwota, która przy deficycie Janowa ma niewielkie znaczenie, ale nasze poczucie honoru zostało zbrukane. To, że minister rolnictwa polskiego rządu akceptuje publiczną aukcję na dokonanie embriotransferu od elitarnych klaczy ze stadnin państwowych i to na dodatek z umową, która narusza polskie przepisy PASB, jest działaniem na szkodę polskiej hodowli. Poprzedni minister rolnictwa Krzysztof Jurgiel nie miał dobrej prasy, jeśli chodzi o konie arabskie, ale przynajmniej był do końca konsekwentny - to na jego polecenie nadzór wprowadził we wszystkich stadninach zakaz handlu zarodkami. Obecny minister, za sprawą członków swojej byłej już rady, powrócił do tej patologicznej procedury - przypomnę zarodek od Emandorii sprzedany na tegorocznej aukcji - i brnie w ten proceder dalej.


Może nie ma przy ministrze nikogo, kto mógłby mu klarownie wytłumaczyć, jak wielkie szkody wyrządza polskiej hodowli swoim działaniem? Minister, rozsądny obrońca polskiego rolnika, sam wpadł w sidła propagandy sprowadzającej polską hodowlę koni arabskich do magii kwot, osiąganych za konie, stąd prawdopodobnie parcie na sprzedaż za wszelką cenę, nawet za cenę końca hodowli. Muszę to powtórzyć raz jeszcze i może minister to usłyszy (ale czy zrozumie? czy przedłoży faktyczny interes hodowli nad swój interes polityczny?): sprzedaż embrionów jest szkodliwa dla hodowli polskich koni arabskich, bo skoro każdy może kupić z państwowej hodowli embriony od najlepszych, elitarnych klaczy, nie kupi już tutaj innych koni - tych właśnie, których stadniny powinny się pozbyć.


Przed rozpoczęciem aukcji przypadek sprawił, że rozmawiałam przez chwilę z prezesem PKWK Tomaszem Chalimoniukiem o samym pomyśle Winter Sale i życzyłam mu dobrego wyniku i atmosfery, przynajmniej takiej, jaką stworzył pomysłodawca Winter Sale w Michałowie, od którego nowy organizator powinien się pilnie uczyć. Obecny przy rozmowie był też minister rolnictwa, który wydał mi się zmęczony i zagubiony. Patrząc, jak z nabożnym uwielbieniem, w orszaku ministra postępowali p/o Janowa i p/o Michałowa, zrozumiałam, że w tym gronie minister niczego odkrywczego się nie dowie. Ja zaś dowiedziałam się jednego: można było zepsuć w 2018 roku czempionat na Służewcu, można też zepsuć, pomimo nazwy Winter Sale, aukcję we wspaniałym miejscu, które jest do tego stworzone. Obawiam się, że taki sam los spotka buńczucznie zapowiadane już na 2020 rok CSIO. Jak widać, nie tylko „szerokie plecy”, ale raczej to, że na koniach trzeba się znać, kochać je i rozumieć, aby cokolwiek z nimi robić, choćby to była tylko sprzedaż. Choćby to była aż sprzedaż…

Kiedy mówimy o koniach arabskich, które są wyjątkowe wśród innych koni, zawsze łączymy je z historią, kulturą i emocjami. Są dla nas, hodowców, czymś więcej niż zwierzętami. Dlatego kiedy ja piszę, że koń to kultura, a hodowla arabów w Polsce to nasze kulturowe dziedzictwo, a pan minister, w przemówieniu do hodowców i klientów aukcji, grzmi o naszej hodowli jako o „produkcji zwierzęcej”, to wychodzi jak w tytule: dziad o gruszce, baba o pietruszce!

 


Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za artykuły publikowane na blogach. Opinie wyrażane w tekstach są osobistymi ocenami autorów.
Jaka piękna katastrofa!

Czyli jak pan minister zaczyna naprawę prywatnej hodowli koni arabskich

Mijający rok był dla państwowej hodowli koni arabskich wyjątkowo nieudany. „Rodowe srebra” Janowa i Michałowa rzucono na aukcję tylko po to, aby można było ogłosić sukces w mediach. Wymienić też należy dwuznaczne działania rady przy ministrze, która niby pomagała, potem niby się sprzeciwiała, załatwiła swoje interesy i odeszła w niebyt; jak również nieporadne działania zarządów stadnin, które sprowadzone zostały do administrowania bieżącą działalnością, bez wizji przyszłości, bez planu, bez odpowiednich kompetencji, aby tę przyszłość kreować.


W mediach społecznościowych pojawiły się opinie, że wynik tegorocznego występu na Salon du Cheval w Paryżu jest najgorszy w historii, a winna jest “dobra zmiana” w stadninach. Co do wyniku, nie ma wątpliwości, że jest on bardzo słaby dla państwowych stadnin. Hodowla prywatna zanotowała jednakże sukces – Eralda, hod. Falborek Arabians, zdobyła srebrny medal i tytuł wiceczempionki świata klaczy młodszych. Z jedenastu koni, które przyjechały z Janowa i Michałowa, jedynie dwie klacze z Michałowa zakwalifikowały się do finału. Tak źle rzeczywiście nigdy jeszcze nie było. Zdarzało się, owszem, że konie z Janowa i Michałowa wracały bez medalu, ale minimum 90% z nich wchodziło do finałowej dziesiątki. Tymczasem w tym roku to żenująca porażka. We wspomnianym komentarzu o ten słaby wynik jest oskarżana “dobra zmiana” w stadninach, ale czy na pewno słusznie? Wszystkie konie, które reprezentowały stadniny państwowe (oprócz dwóch klaczy, które akurat weszły do finału i urodzonych już w roku 2017) zostały wyhodowane przez odwołanych w 2016 hodowców. Czy zatem, gdyby nic się nie zmieniło, przywieźliby oni do Paryża inne konie? Czy można powiedzieć, że winą obecnych decydentów jest nieprawidłowy wybór koni na ten pokaz? Czy może konie były źle przygotowane i dlatego przegrały?


Otóż odpowiedź na te pytania jest prosta. W stadninach państwowych nie ma lepszych koni niż te, które pojechały do Paryża. A te, które pojechały, zostały nieprawidłowo wybrane, bo kilka z nich nie powinno tam jechać (nie ta jakość, nie ten czas, nie ta forma). Pustyni Kahila i Adelicie mocno zaszkodzi słaby występ w Paryżu, co do tego nie ma najmniejszych wątpliwości – podobnie stało się wcześniej z Wieżą Mocy w Aachen i Weronie. Również takie konie jak Pascuala, Poganinka i Pregoła nie powinny być pokazywane na tej rangi pokazie. Już na jesiennych przeglądach w stadninach widać było, że konie nie błyszczą formą. Pustynia Kahila na przegląd nie stawiła się wcale. Kontuzja tej znakomitej klaczy była w Michałowie tajemnicą Poliszynela, a mimo to klacz zdecydowano się zabrać do Paryża i dodatkowo odebrano jej dotychczasowego opiekuna, z którym była zgrana. W sporcie mówi się, że zwycięskiego składu się nie zmienia… Adelita z kolei, wyraźnie bez formy (co się zdarza), nie powinna być prezentowana w takim stanie na najważniejszym pokazie sezonu. W przypadku obydwu klaczy zabrakło wiedzy i doświadczenia, a także zwykłego rozsądku, aby powstrzymać się od ich wystawienia.


Michałów – i Monika Słowik w szczególności – nie wykonali pracy przez cały sezon i efekty tego w postaci bolesnej porażki przyszły nieuchronnie. Zbieranie owoców pracy poprzedników (przypomnę ubiegłoroczne złoto Equatora i platynę Emandorii) było zapewne miłe, ale należało przygotować się do następnego sezonu i wykonać podobną pracę nad promocją, tak marki stadniny, jak i planowanych do wystawienia koni. Taka praca nie została wykonana ani przez Michałów, ani tym bardziej przez Janów. Ubiegły rok był dla Michałowa szczególnie udany – przypomnę: sześć medali na Bliskim Wschodzie (Emandoria, Eqator i Galerida), w tym wygrana Emandorii w Dubaju (nagrody finansowe dla Michałowa to ok. 300 tys. €), sześć medali czempionatu Polski i tytuł Best in Show dla Galeridy, a także tytuł dla najlepszego hodowcy i trzy medale w Aachen (w tym srebro dla Eqatora), czempionat Europy dla Wildony i wiceczempionat Pustyni Kahila – a to tylko te większe sukcesy.


Konie w stadninach są, jakie są i tego nikt nie zmieni. Dlatego też należy mądrze planować ich karierę, tak hodowlaną, jak i promocyjną. W tym miejscu muszę z całą siłą podkreślić, że prawie wszystkie konie, które brały udział w tegorocznym czempionacie świata w Paryżu, urodziły się przed rokiem 2016, są więc efektem pracy hodowlanej dawnej ekipy. Nie może być tak, że jak trafi się jakiś sukces, to jest to przedstawiane jako jej wyłączna zasługa, a jak jest klęska, to koniecznie trzeba oskarżyć „dobrą zmianę”. Wiele osób, które dotąd śledziły poczynania polskich koni arabskich na światowych ringach, nie ma świadomości, że sukcesy polskiej hodowli państwowej na przestrzeni lat były efektem skumulowanej pracy hodowlanej w polskich stadninach po II wojnie światowej. Poprzednicy, szczególnie w Michałowie, zostawili schedę, która przynosiła stadninom i polskiej hodowli wiele bardzo dobrych wyników.


Ta swoista “złota era” polskiej hodowli państwowej na pokazach światowych ma jednak swoją ciemną stronę w postaci wyprzedaży embrionów od elity klaczy (96 zarodków w ciągu ośmiu lat z trzech stadnin) oraz trudnego do zrozumienia odejścia i zaniedbania polskiego programu hodowlanego. O ile można jeszcze uznać, że w Janowie główne rody męskie są przynajmniej przechowywane (bo używane i rozwijane już nie), to Jerzy Białobok nie krępował się wcale, likwidując całe bogactwo rodów, które pozostawił po sobie dyrektor Ignacy Jaworowski. Dziś nie ma już w Michałowie żadnego ogiera z rodu Kuhailana Afasa or.ar., Bairactara or.ar., Ilderima or.ar., czy Ibrahima or.ar. Ród Kuhailana Haifi or.ar. jest na wymarciu, a ród Krzyżyka reprezentowany jest przez wałachopodobnego Formana. I to właśnie jest prawdziwa katastrofa. Jeden słaby występ w Paryżu można uznać za wypadek przy pracy, ale naprawić popsutej hodowli nie da się tak łatwo.


Trela, Stojanowska i Białobok wprowadzili temat koni arabskich do bieżącej polityki i odkąd Janów i Michałów stały się jej częścią, maleją szanse na przetrwanie stadnin. Minister, który osobiście zajmuje się handlem końmi arabskimi, powinien zmienić doradców, ponieważ ci, którzy mu doradzają, prowadzą stadniny koni arabskich w stronę przepaści. Gdybym miała taką możliwość, poleciłabym panu ministrowi tekst na 100-lecie państwowej hodowli, który jasno wskazuje, czym jest nasza hodowla jako dziedzictwo kulturowe i jak ważna jest konieczność jego pielęgnowania. Wyprzedaż elity klaczy i embrionów od tych klaczy, dzierżawienie elitarnych klaczy bez potrzeby, jak również utrzymywanie w stadninach osób jedynie pełniących obowiązki zarządu (jak zapewnia pan minister, dopiero po rozstrzygniętych konkursach przyjdą fachowcy), prowadzi państwowe stadniny koni czystej krwi, krok po kroku, do nieuchronnej katastrofy. A tymczasem pan minister z niezmąconym, radosnym optymizmem ogłasza, że teraz będzie wspierał hodowlę prywatną… Uchowaj nas, Boże!

» Kresowe dziedzictwo, czyli 100 lat państwowej hodowli koni arabskich w Polsce 1919–2019

 


Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za artykuły publikowane na blogach. Opinie wyrażane w tekstach są osobistymi ocenami autorów.
Światełko w tunelu czy… gromnica

W ostatnich tygodniach z coraz większym zainteresowaniem słucham doniesień o zmianach w zarządzaniu spółkami należącymi do skarbu państwa. Jest już podobno przesądzone, że zostaną one poddane jednemu podmiotowi zarządzającemu. Jako że stadniny państwowe to również spółki należące w 100% do skarbu państwa, ludzie związani z hodowlą państwową oraz jej sympatycy z niepokojem, ale i nadzieją oczekują, co się wydarzy. W mediach mówi się sporo o spółkach energetycznych i wielkich koncernach kontrolujących ważne dla państwa dziedziny - a o spółkach rolniczych cisza. Nie jest tajemnicą, że w KOWR trwa kontrola NIK, która miałaby być ponoć wstępem do zmiany nadzoru z Ministerstwa Rolnictwa na nowo powstały organ. Ale czy przejmie on wszystkie spółki rolnicze, w tym państwowe stadniny koni? I co to oznaczałoby dla stadnin? Czy w politycznej zawierusze ktoś zauważy problemy państwowej hodowli koni? Osobiście nie sądzę, aby w tym momencie ktokolwiek się tym bliżej zajmował, ale rozumiem, że sprawa dotyczy uregulowania kontroli nad spółkami skarbu państwa w makroskali, a na szczegóły czas przyjdzie później. Jednak, jak wiadomo, diabeł tkwi właśnie w szczegółach.


Całkiem niedawno wpadł mi w ręce artykuł Marka Grzybowskiego opublikowany w „Koniu Polskim” w 1992 roku, gdzie autor nawoływał do przeprowadzenia reformy w hodowli państwowej, wskazując, że jest ona na prostej drodze do upadku i że czasu na działanie nie ma zbyt wiele. Minęło 27 lat i ten artykuł jest wciąż aktualny, z tym że z czterdziestu stadnin i dziesięciu stad ogierów pozostało 14, a polska hodowla państwowa przestała mieć jakiekolwiek znaczenie gospodarcze i, niestety, także hodowlane. Ten upadek widać jaskrawo zwłaszcza w hodowli koni sportowych ras półkrwi oraz koni pełnej krwi angielskiej, gdzie konie hodowli państwowej zostały wypchnięte z rynku przez konie masowo sprowadzane z zagranicy. Do niedawna wydawało się, że jedynie stadniny koni czystej krwi arabskiej utrzymały poziom światowy, ale w ostatnich latach i na tym polu pojawiły się problemy, które bynajmniej nie zostały spowodowane odwołaniem trojga “jedynych” fachowców – one zostały przez owo odwołanie tylko ujawnione.


Chaotyczna prywatyzacja stadnin państwowych w latach 90. doprowadziła do całkowitej degradacji polskiego programu hodowlanego koni różnych ras; objawił się brak jasnej koncepcji prowadzenia hodowli państwowej, a tym samym celu tej hodowli. Biorąc pod uwagę zaangażowanie ogromnego majątku należącego do skarbu państwa, należy poważnie zastanowić się nad celami i przyszłością hodowli państwowej w Polsce. Wyraźnie widoczna luka pokoleniowa w polskiej hodowli państwowej stawia pod znakiem zapytania kontynuowanie pracy hodowlanej nie tylko w kontekście pokoleń koni, ale przede wszystkim w kontekście hodowców o odpowiednich kwalifikacjach, doświadczeniu i pasji, będących ostoją polskiej tradycji hodowlanej i mogących przekazać jej dziedzictwo następcom.


Wiele osób, szczególnie starszej daty, obserwując poczynania ANR, a potem KOWR, jest przekonanych, że państwowe stadniny w Polsce muszą upaść i nic już nie jest w stanie im pomóc. Najczęściej są to osoby, delikatnie rzecz ujmując, źle znoszące obecną opcję polityczną i z nostalgią wspominające radosne czasy “komuny” w stadninach państwowych.


Z kolei dla obecnie rządzących państwowe stadniny koni, a już zwłaszcza te hodujące konie czystej krwi arabskiej, to prawdziwe utrapienie, ale i terra incognita, co widać po poczynaniach nadzoru. Medialne trzęsienie ziemi, jakie odbywa się co roku w sierpniu, przy okazji janowskiej aukcji, stało się czymś zupełnie groteskowym, od kiedy sprzedażą koni na aukcji zajmuje się osobiście minister rolnictwa, triumfalnie obwieszczający światu, że znów jesteśmy potęgą. Hm, a w jakiej to dziedzinie? Czy ktoś zadał sobie trud (choć może zabrakło nie wysiłku, a odwagi), aby wytłumaczyć panu Ministrowi, jak wygląda dzisiejszy światowy rynek koni? Może gdyby pan Minister dowiedział się np. od członków rady, którą z przytupem powołał w ubiegłym, a po cichu odwołał w tym roku, że konie arabskie to maleńka nisza na światowym rynku koni i że dziś to konie półkrwi osiągają prawdziwie wysokie ceny (np. 1.889 tys. euro za hanowerskiego ogiera Damsey na ostatniej aukcji w Verden)?. Być może wówczas nie angażowałby powagi swojego urzędu w handel końmi arabskimi, ale zwrócił uwagę na realne problemy państwowych stadnin koni i przynajmniej spróbował stworzyć warunki do ich reformy, która jest jedyną i tym razem raczej ostatnią szansą na ich przetrwanie. No, chyba że właśnie dlatego pozbył się rady, która niczego nie była w stanie zaproponować… Baba z wozu, koniom lżej!


Nie zwykłam wsłuchiwać się uważnie w deklaracje polityków, jakież jednak było moje zdumienie, kiedy słowa nadziei padły z ust polityka partii rządzącej w randze wicepremiera Jacka Sasina! W wywiadzie dla radiowej Trójki mówił o konieczności zmiany nadzoru nad spółkami skarbu państwa. Konstatacja ta nie wydaje się odkrywcza, ale stwierdzenie, że nadzór nad nimi jest obecnie ekstensywny i ogranicza się wyłącznie do kontroli ich działalności pod względem formalnym - zadziwił mnie trafnością. Bardzo jestem ciekawa, czy mówiąc to, myślał też o spółkach rolniczych, gdyż opis ten pasuje idealnie do tego, co robi nadzór KOWR w stadninach państwowych. W stadninach (a zapewne w innych spółkach również) ważne jest to, co jest podane na papierze, a podpisane przez komisję - tak można wytłumaczyć każdą głupotę. Można udzielić absolutorium zarządowi, który doprowadza spółkę do straty, jednoosobowo zatrzymuje inwestycje zaakceptowane wcześniej przez walne zgromadzenie wspólników, sprzedaje konie niezbędne dla kontynuowania programu hodowlanego, naraża spółkę na przegrane procesy sądowe, jest uwikłany w dochodzenia prokuratorskie, ale za to robi, co każą i siedzi cicho. Albo prezesowi, który został nim dzięki rodzinnym powiązaniom i sprzedaje krowy, aby chwilowo zapchać dziurę w bilansie…


Ponieważ państwowa spółka nie może być postawiona w stan upadłości, wciela się ją do dobrze prosperującej spółki, np. roślinnej, i w efekcie to ona boryka się z problemem, ponosząc koszty nieudolnego zarządu nad stadniną. Można też wybudować za miliony stajnię dla ogierów bez dostępu do padoków i pastwisk albo wymyślić strome schody do hali udojowej w oborze i nadal uchodzić, także w oczach nadzoru, za dobrego gospodarza. Rolnicy łapią się za głowę, kiedy widzą, że w spółkach państwowych przez wiele lat sieje się zboże po zbożu, nigdy nie bronuje pastwisk, nie przesiewa łąk, pierwszy pokos siana zbiera po wykłoszeniu, lub produkuje kiszonkę, która w połowie gnije. Wszystko to ujdzie jednak na sucho, KOWR wysyła kontrolę, która stwierdza, że odbywa się to zgodnie z prawem (i jest pięknie uzasadnione na papierze) i po temacie. A to, że padają źrebięta, czy cielęta w ilości hurtowej, a produkcja jest słaba, to cóż… Spadek przychodów, a nawet bilansową stratę, zawsze można wytłumaczyć suszą, czy też powodzią lub zwalić na innych. Jakim więc cudem w tak niesprzyjających warunkach, które z roku na rok doprowadzają do obniżenia wartości państwowych stadnin koni, prosperują prywatne gospodarstwa? Mnie jednak najbliższe są państwowe stadniny koni czystej krwi, gdzie jest obecnie około 250 klaczy hodowlanych i ani jednego hodowcy, czyli osoby, która świadomie, dysponując odpowiednią wiedzą i doświadczeniem, prowadzi hodowlę zgodnie z założonym programem. Również KOWR nie może się pochwalić nikim kompetentnym do nadzorowania tejże hodowli pod względem merytorycznym.


To dlatego właśnie słowa Jacka Sasina odebrałam jako światełko w tunelu. Dla państwowych stadnin koni, nie tylko hodujących konie arabskie, być może jest to ostatnia szansa, nie tyle na przetrwanie, ile na próbę odegrania jeszcze jakiejkolwiek roli w hodowli. Sama zmiana przynależności resortowej oczywiście niczego nie musi zmienić, ale rozumiem, że otworzyć może drogę do stworzenia nowego modelu zarządzania i nadzoru nad państwową hodowlą, wyznaczenie jej celów i zadań oraz, w niektórych przypadkach (jak np. Janów Podlaski), dokapitalizowania lub wręcz zmiany formuły działalności. W przypadku stadnin państwowych tylko głębokie, wręcz rewolucyjne, zmiany mogą je uratować przed odejściem w niebyt. KOWR (i jego protoplaści) ze swoim nadzorem spełnił już swoją niechlubną rolę. Jeśli politycy, którzy będą decydować o losie spółek, zechcą zrozumieć, że państwowe stadniny koni są czymś więcej niż działem produkcji rolnej, to może światełko w tunelu, które zobaczyłam, nie okaże się li tylko złudzeniem. Jeśli jednak stadniny państwowe nie zostaną potraktowane jako nasze narodowe, kulturowe dziedzictwo, to być może to, co zobaczyłam, okaże się jedynie niknącym blaskiem gromnicy, którą w polskiej tradycji wkłada się w dłonie konającego.

 


Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za artykuły publikowane na blogach. Opinie wyrażane w tekstach są osobistymi ocenami autorów.
Duma czy uprzedzenie? O Pride of Poland, przeszłości i przyszłości państwowej hodowli koni arabskich

Wrzawa w mediach wokół tegorocznego wydarzenia pod nazwą Pride of Poland trwała w tym roku wyjątkowo krótko. To bardzo dobra wiadomość dla wszystkich hodowców i prawdziwych przyjaciół koni arabskich w Polsce. Może więc nadszedł właściwy czas na rekompilację tego, co jakoby wszyscy w branży wiedzą, jednak boją się powiedzieć. Tak więc po kolei.

Aukcja i czempionat. Czego nie zobaczył minister

Jak widzieliśmy, czempionat narodowy przebiegł dość sprawnie, aukcja się udała i – mimo że nie było tzw. atmosfery i nikt nie był do końca usatysfakcjonowany – jest to oczekiwany od dawna przełom. A stało się tak między innymi dlatego, że po raz pierwszy od trzech lat nie było trollowania aukcji przez A. Stojanowską i J. Białoboka. Ktoś stwierdził, co prawda: „wystarczyło nie przeszkadzać”, ale w moim przekonaniu to nie do końca tak. Wielu hodowców, którzy byli obecni na aukcji, zgodnie zadawało sobie pytanie: dlaczego tyle musiało się zmienić, żeby wszystko pozostało jak dawniej? Znów, jak za „starych, dobrych, polturfowskich” czasów, wiedzieliśmy na długo przed licytacją, kto i za ile kupi główne gwiazdy. Wiadomo było, dlaczego sędzia czempionatowy kupuje zarodek od czempionki świata Emandorii, pod kogo została wystawiona najlepsza jej córka, i tak dalej, i tak dalej. Ceny, jakie zapłacono za większość koni, były (jak na obecne okoliczności) jednak dobre i jeśli za np. Galeridą nie pójdą dodatkowe świadczenia dla nabywcy, to należy uznać, że więcej uzyskać się nie dało. Wielu hodowców zdumiała co prawda nisko ustawiona cena rezerwowa za janowską Primerę, a równie wielką niespodzianką była dużo większa od oczekiwanej wylicytowana cena za michałowską Karolę… Cóż, są aukcje, które mają swoje tajemnice. Szkoda, że konie prywatne nie wzbudziły zainteresowania – do tego należy uznać za nieco dziwaczne, że polscy hodowcy kupowali konie od siebie wzajemnie na publicznej aukcji, jakby nie mogli dogadać się na sprzedaż, jak to się mówi, „z domu”.

Jako że w tym roku A. Stojanowska równie intensywnie zachęcała klientów do zakupów, jak w roku poprzednim ich zniechęcała, stawili się „starzy wyjadacze” janowskiej aukcji, którzy już niejeden interes tu ubili. Nie byłoby w tym pewnie nic nagannego, gdyby nie skomplikowana sytuacja, w jakiej znalazły się stadniny państwowe zarządzane przez „p/o” marionetkowe zarządy, a w rzeczywistości przez równie „starych” wyjadaczy, doradzających ministrowi i dbających o własne interesy. Te interesy właśnie, a nie geniusz ministra rolnictwa, przesądziły wszak o wyniku aukcji. Mamy też całkowicie impotentny nadzór, gdzie nie ma nikogo, kto by mógł i potrafił reprezentować interes hodowlany nadzorowanych stadnin. W tej sytuacji konie na aukcję wybierały osoby z zewnątrz: Galeridę, za którą kupcy „chodzili” już od dwóch lat; najlepszą córkę Eksterna Potentillę; młodzieżową czempionkę Polski, najlepszą przy tym córkę czempionki świata Emandorii Emanollę; a także zarodek od Emandorii. To właśnie te precjoza „zrobiły” wynik. Kto o ich wystawieniu zdecydował? Można się domyślać: maile z listami koni i stanówek przychodziły od organizatora aukcji, konie wyceniały osoby spoza spółek, a ceny rezerwowe były znane już na dwa tygodnie przed aukcją (na zagranicznych czempionatach mówiło się o tym głośno). Narzucone stadninom stanówki obcymi ogierami zredukowały zaś naszych hodowców do poziomu franczyzy. I tak, krok po kroku, doszliśmy do kolejnej łyżki dziegciu w pełnej miodu ocenie tegorocznej aukcji. Posłużę się tutaj obszernym cytatem z wypowiedzi p. Beaty Kumanek zamieszczonej w sieci: „Przecież Anna Stojanowska i Jerzy Białobok, prowadząc prywatne firmy, zajmują się nie tylko doradztwem hodowlanym, lecz również pośrednictwem w handlu końmi. Jako tacy nie powinni byli zostać członkami rady ds hodowli koni… Powiem więcej. Otóż w trakcie aukcji Pride of Poland siedziałam przy stoliku obok stolika Christine Jamar. Jerzy Białobok, członek rady ds hodowli koni przy ministrze rolnictwa, nie zajmował miejsca u boku swego pryncypała. Nie, bo całą aukcję spędził przy stoliku Christine Jamar, aktywnie wspierając ją przy zakupach na aukcji. Słyszałam na własne uszy jak kilka razy ponaglał aukcjonera by wreszcie przybił młotek po raz trzeci (wówczas gdy licytowała Christine Jamar). Dla mnie ten właśnie fakt był największym zgrzytem aukcji Pirde of Poland. Skoro Jerzy Białobok zgodził się zostać członkiem ww. rady, elementarne standardy etyczne nie powinny pozwolić mu na aktywne działanie w trakcie aukcji na rzecz jednego z kupujących. Ale kogo to obchodzi? Jerzemu Białobokowi wolno wszystko.
Powtórzę po raz kolejny, J.B. powinien natychmiast ustąpić z rady, bądź zostać z niej odwołany. Zadam jeszcze jedno pytanie, na które z pewnością nie uzyskam odpowiedzi. Otóż jestem bardzo ciekawa, czy Jerzy Białobok otrzymał jakiekolwiek prowizje z tytułu sprzedaży tego czy innego konia na tegorocznej aukcji Pride of Poland. Przy zachowaniu demokratycznych standardów, nie powinien…”


Farmy trolli – „ministerialny” przypadek, czy niegodziwa polska norma?

A. Stojanowska już 12 sierpnia znalazła czas na wystąpienie w mediach, w którym nie omieszkała ostro skrytykować poprzednich trzech edycji aukcji w Janowie, pomijając oczywiście fakt, że do ich miernego wyniku sama walnie się przyczyniła. Dziś wiele się mówi o „farmach trolli” – czy przypadkiem „farma” taka (nawet jeśli liczyła sobie zaledwie kilka trolli) nie funkcjonowała aby nadzwyczaj sprawnie do czasu wejścia A. Stojanowskiej i J.Białoboka do rady przy obecnym ministrze? Czyli de facto aż do przejęcia kontroli nad Michałowem i aukcją? Rzecz to warta zastanowienia. A dlaczego tak ważne było odzyskanie kontroli nad Michałowem? Bo tak naprawdę Janów to tylko kłopoty i medialna bomba, której lont łatwo zapalić, a z Michałowa można jeszcze coś po cichu uszczknąć.

Skoro już mowa o trollach. Chyba nadszedł czas, aby głośno postawić pytanie: jak doszło do tego, że urzędniczka średniego szczebla w ANR, po zwolnieniu z pracy, była w stanie przewrócić do góry nogami całą branżę koni arabskich w Polsce za pomocą działań medialnych oraz, jak można dziś przypuszczać (trzy lata za nami!), kontrolowanych przez siebie „farm trolli”, które przez cały ten czas atakowały i niszczyły wszystkich mających odwagę podjąć pracę w stadninach, a niebędących ludźmi Stojanowskiej i Białoboków? Odbywało się to w warunkach pełnej współpracy z posłami opozycji i wrogimi obecnej władzy mediami – z tymi posłami (posłankami), którzy zadawali podsuwane im pytania w Sejmie i na komisjach, często mając nawet kłopoty z prawidłowym ich odczytaniem! Kwintesencją idiotyzmu i braku elementarnej wiedzy na poruszany przez siebie temat było chyba nazwanie przez jedną, z litości pomińmy nazwisko, z posłanek, aukcji w Janowie „Polnisze Prestisz”. O „pierwszym koniu w Janowie z czasów Sobieskiego, od którego się wszystko zaczęło”, próbuję zapomnieć. Wszystko to krążyło w internecie, prasie i TVN. Zadziwiające, że znajdowało też posłuch w KOWR pod rządami ministra Ardanowskiego (choć za jego poprzednika też nie było kolorowo). Myślę, że wiele osób zadaje sobie pytanie, kto finansował tamte działania (znawcy mediów twierdzą, że zaangażowane w to musiały być spore pieniądze – np. kampania na portalu Sokzburaka, pozycjonowanie stron i temu podobne). Tak więc, kto finansuje funkcjonowanie witryny „Reinstate A. Stojanowska, J. Białobok & M. Trela”? Prowadzona jest ona (jak powszechnie wiadomo) przez niejaką Irenę Cieślak (to ta dama, która bez skrępowania, z pełnym megalomanii tupetem, podawała się przez pewien czas za menedżerkę Shirley Watts), blisko związaną z A. Stojanowską, a wcześniej pracującą dla Polturfu, która obecnie zajmuje się równie aktywnie hejtem politycznym na rząd i ministra rolnictwa na tymże profilu. Kto finansował działalność trolli – bo przecież większość z zaangażowanych nicków to nikomu w branży nieznane nazwiska – które zamilkły przypadkiem akurat wtedy, gdy Stojanowska zaczęła „kolaborować” z nienawistnym przed chwilą PiS-em?

W obronie „jedynych fachowców”

A. Stojanowska na zjeździe PZHKA w roku 2016, kiedy jeszcze miała nie tylko pełne poparcie członków związku, ale i zwyczajne z ich strony ludzkie współczucie, oświadczyła, że „nic w tej branży nie odbędzie się bez niej”. Naiwnie odebraliśmy tę deklarację jako chęć dalszej pracy na rzecz hodowli – tym razem już społecznej (jak my wszyscy). I tu bardzo się zawiedliśmy. W czasie, kiedy prywatni hodowcy próbowali utrzymać poziom i ciągłość pracy związku, A. Stojanowska poszła w inną stronę. Od wiosny 2016 – niczym bogini zemsty Nemezis – zaczęła niszczyć wszystko, co związane z hodowlą państwową, czym zasłużyła sobie na ksywkę „Mściwa Ania”, która zrobiła karierę w środowisku. Korzystając z silnej polaryzacji, wprowadziła temat koni arabskich do polityki w najgorszym jej wydaniu. Dzisiaj stadniny i hodowla tak naprawdę nikogo nie obchodzą, ale dla posłów (czy raczej posłanek) PO temat okazał się nośny medialnie i ciągłe mówienie, że PiS zniszczył Janów Podlaski i hodowlę koni arabskich w Polsce, daje im szansę na zaistnienia w zaprzyjaźnionych mediach. Oczywiście te ataki w żaden konstruktywny sposób nie poprawiają trudnej sytuacji stadnin. O ile na początku, po zwolnieniu Stojanowskiej, Białoboka i Treli, towarzyszyły im gesty solidarności, płynące z różnych stron, to sami hodowcy byli wstrzemięźliwi. W lutym 2016, w dobrej wierze, stawiłam się na demonstracji przed Torwarem (organizowanej m.in. przez B. Mazur i I. Cieślak) – jak się okazało, w gronie zaledwie pięciu osób, które hodują konie arabskie. Tak więc w środowisku hodowców raczej nie było specjalnego żalu po odwołanych – ich niechęć do prywatnej hodowli była przez lata nazbyt eksponowana –choć gesty zwyczajnej ludzkiej życzliwości oczywiście były. Cóż, kiedy wszystkie następne działania A. Stojanowskiej oraz J. Białoboka, który do niej dołączył, nosiły już cechy destrukcji.

Jednak A. Stojanowska i J. Białobok mają pewien problem poznawczy. Tak bardzo uwierzyli w swój spryt i szczelność swych biznesów oraz w to, że zarzuty, które postawiono im przy zwolnieniu, są nie do udowodnienia, że przeoczyli moment, kiedy do opinii publicznej zaczęło docierać, że jednak nie są tak kryształowi, jak sami twierdzą. Dokumenty przedstawione podczas obrad Sejmowej Komisji Rolnictwa w dniu 8.11.2018, w tym zestawienie liczby sprzedanych z Polski embrionów oraz analiza prawna dotycząca ustawienia sprzedaży podczas aukcji Pride of Poland w 2012 roku, jak również darmowej dzierżawy klaczy Emandoria (które są w tym momencie przedmiotem postępowania prokuratorskiego), to tylko wierzchołek góry lodowej. Powiązanie tej sprawy ze zniszczeniem protokołów kontroli w ANR dotyczącej nieprawidłowości w rozliczeniach z firmą Polturf oraz niejasny udział A. Stojanowskiej w zabiegach o zapłatę dodatkowej prowizji od SK Białka za sprzedaż koni na aukcji, pozwala przypuszczać, że – kto wie? – może takich spraw wkrótce wypłynie więcej. Tymczasem A. Stojanowska i J. Białobok, wykorzystując swoją pozycję sędziów i członków władz ECAHO, byli w stanie przez trzy lata blokować przyjazdy sędziów na pokazy do Polski, zniechęcać klientów do zakupu koni w Polsce oraz kontestować za granicą wszelkie działania Polski związane z hodowlą koni arabskich. Czy można sobie wyobrazić sytuację, w której były urzędnik państwowy, odpowiedzialny np. za produkcję polskich czołgów, wraz z byłym prezesem spółki je produkującej, jedzie do kraju nabywcy i opowiada tam o tego czołgu wadach? Czy nie kwalifikowałoby się to aby pod zarzut zdrady państwa polskiego? Na nasze szczęście konie to nie czołgi, a w armii też już nie służą, ale – jak to się mówi – „niesmak pozostał”. Znamiennym przykładem jest wywiad, jakiego J. Białobok udzielił podczas czempionatu świata w Paryżu w grudniu 2017 roku, krytykując słaby rzekomo występ polskich koni. W chwili, gdy w Paryżu świętowaliśmy wiceczempionat świata zdobyty przez Equatora, TVN nadawał wywiad z Białobokiem, który mówił, że polskie konie są jak używane samochody – czyli ich wartość maleje. Posługiwanie się mediami przeciwko polskiej hodowli osiągnęło apogeum w roku 2018, kiedy A. Stojanowska i J. Białobok zaprosili na pokaz do Białki ekipę TVN, aby z tego miejsca skrytykować przygotowania do aukcji. Jak pamiętamy, wywołało to duże oburzenie wśród obecnych na pokazie hodowców, ale przekaz poszedł w świat.

Bo wszyscy koniarze to jedna rodzina…

Dlaczego to przypominam? Otóż od dawna już uważam, że w sprawie zwolnienia wymienionych tu osób doszło do utrwalenia pewnego mitu, który osoby te próbują eksploatować. Odejście M. Treli i J. Białoboka na emeryturę było już w roku 2016 przewidywalne. Mimo to nikt nie troszczył się o to, co będzie dalej ze stadninami. W żadnej z nich nie było nikogo, kto mógłby bezproblemowo „wejść w buty” poprzedników. Zgodnie z klanową strukturą, jaka stworzona została po 1946 roku w polskiej hodowli państwowej, dziedziczenie odbywało się w ramach kilku klanów i trzeba było być: synem, zięciem, chrześniakiem, córką kuzynki, mieć znajomego wuja lub coś w tym stylu, aby dostać dobrą pracę w państwowej stadninie koni. Niemal każdy na „stanowisku” w państwowej hodowli koni był swój, a dla ułatwienia kariery często gęsto uwikłany w system. Stadniny koni czystej krwi arabskiej były szczególnie atrakcyjne, dawały bowiem możliwość wyjazdów za granicę już w latach 70. J. Białobok, jego żona U. Białobok, a potem także A. Stojanowska trafili do państwowej hodowli nieprzypadkowo – pominę ciekawe szczegóły, na które przyjdzie jeszcze czas. Jako zootechnicy z wykształcenia mogli przecież – jak wielu innych absolwentów tego kierunku – wylądować w tzw. zwykłym PGR-rze na południu czy północy Polski, i hodować choćby tak potrzebne za komuny świnie. Ale oni trafili – dzięki koneksjom czy kwalifikacjom? – dużo lepiej. Wspaniała praca, z możliwościami rozwoju, wyjazdami zagranicznymi, całkowitym zabezpieczeniem socjalnym i dobrym wynagrodzeniem. Oczywiście, dobre wynagrodzenie to rzecz względna, a więc, aby nie być gołosłowną, wyjaśnię, co mam na myśli. Dochody samego J. Białoboka, ujawnione w sprawozdaniu za 2015 rok w SK Michałów, z tytułu wynagrodzenia wyniosły ok. 360 tys. zł (za ten jeden rok). Odrzucając „niesprawiedliwy” w tym przypadku zarzut nepotyzmu, należy dodać, że J. Białobok, jako szef firmy, zatrudniał przez 8 lat emerytkę, swoją żonę, której (godziwe przecież) dochody należy dodać do benefitów, a która pobierała jednocześnie emeryturę, jak najbardziej zgodnie z prawem. Jednak w ten sposób blokowano możliwość zatrudnienia i wyszkolenia następcy. Ale przed siedemdziesiątką przecież nikt jeszcze nie myśli o rezygnacji z tak wygodnego stanowiska, dzięki któremu można prowadzić ziemiański styl życia na koszt państwa i mieć do dyspozycji dworek za niewiele ponad sto złotych miesięcznie, i to „dożywotnio”! A. Stojanowska, z kolei, w ciągu 20 lat swojej pracy w ANR, przeszła zadziwiającą metamorfozę od osoby prawdziwie (w mojej ocenie) zaangażowanej dla dobra hodowli państwowej, do cynicznej, nastawionej na karierę i pogoń za pieniędzmi, a przy tym kojarzonej ściśle z handlem końmi i swoją koleżanką Barbarą Mazur (organizatorką Pride of Poland) i jej 12% prowizją. Dodam, że działalność A. Stojanowskiej w strukturach ECAHO jest oceniana przez środowisko międzynarodowe dość sceptycznie. Konflikty interesów (przypominam pokaz w Kuwejcie w 2018 roku!) i podejrzenia o manipulacje sędziami sprawiły niestety, że w ECAHO mówi się o polsko-czeskiej grupie wpływu (chodzi o duet: przewodniczący Lacina i Stojanowska).

Oboje, Białobok i Stojanowska, wyłącznie dzięki pracy w państwowych stadninach koni (i, co istotne w tym przypadku, na ich koszt) zbudowali swoją pozycję w międzynarodowym gronie sędziów i międzynarodowych strukturach hodowlanych. Przez wiele lat mieli zaszczyt reprezentować Polskę za granicą. Do struktur tych wprowadzili ich poprzednicy, A. Sosnowski i I. Zawadzka. Oni sami zaś, przez 20 lat działalności, „nie odważyli się” wprowadzić nikogo. Zostawiając na boku niuanse, w kraju mogli czuć się doceniani (w tym finansowo) oraz szanowani. Jednak moim zdaniem zlekceważyli fakt, że środowisko hodowlane w Polsce patrzyło coraz bardziej krytycznie na niektóre ich działania i na to, że tylko oni – swego rodzaju wybrańcy czy pomazańcy niemal – jeżdżą za granicę i mają monopol na związaną z tym wiedzę. Nie wzięli pod uwagę jednego: że polscy hodowcy także sporo podróżują na pokazy na całym świecie, znają języki i przywożą z tegoż świata informacje, które wcześniej tu nie docierały. Przełomem była (użyję tego słowa świadomie) brutalna eksploatacja michałowskich klaczy poprzez dzierżawy do Belgii (np. 11 sztuk potomstwa od michałowskiej Espadrilli), 8 embrionów pobranych od Wieży Mocy, czy pojawienie się w niewyjaśnionych okolicznościach w USA ogierka Emerald J. A konie, które lądowały w USA, o których wiadomo było, że miały nieciekawe historie? Wiele w tym było niejasności, tajemnic, także prowizji dla wciąż tych samych (zaufanych zapewne) osób. Bardzo wiele środowiskowych dyskusji było również po śmierci jedynego, jak się okazało, następcy Eksterna, ogiera Esparto, który zakończył życie (na ochwat) w zaprzyjaźnionej z J. Białobokiem niemieckiej stadninie, pomimo że hodowcy z Białki wręcz błagali w tamtym czasie o pozostawienie ogiera w Polsce. I tak jedyny sukcesor słabnącego niestety rodu Kuhailana Haifi odszedł do krainy wspomnień…

Nasze oburzenie sposobem odwołania M. Treli i J. Białoboka było o tyle uzasadnione, że większość normalnych ludzi nigdy nie spotkała się z tego typu traktowaniem menedżerów. Ale prawda jest taka, że w ANR to była norma i musieli wiedzieć o tym i M. Trela, i J. Białobok, choćby dlatego, że A. Stojanowska była wielokrotnie, jako urzędniczka agencji, wykonawcą takich odwołań (są tacy, którzy twierdzą, że robiła to wyjątkowo nieprzyjemnie i z wyraźną satysfakcją). W tej kwestii w KOWR bynajmniej standardy się nie poprawiły, a wręcz przeciwnie. Ale właściciel, w tym przypadku urzędnik, który go reprezentuje, miał prawo to zrobić i koniec. Pytanie, co dalej? Pytanie, które stawialiśmy sobie już w lutym 2016 roku – co dalej ze stadninami? Czy polskie stadniny państwowe, zbudowane z takim trudem po II wojnie światowej (i z wielką krzywdą dla hodowli prywatnej), mają się skończyć wraz z Trelą i Białobokiem? Czy praca dwóch pokoleń pójdzie na marne? Czy A. Stojanowska oraz J. i U. Białobokowie to jedyne osoby godne prowadzić dalej polską państwową hodowlę? Czy to, że sami uwierzyli we własną niezastępowalność każe nam się z tym zgadzać? W tym miejscu zacytuję opinię R. Pankiewicza, która pochodzi z prywatnej korespondencji z roku 2011: „Jaworowski wychował Białoboków, Krzyształowicz Trelę. A oni teraz nikogo nie szykują na swoje miejsce. Czy hodowla ma się skończyć po ich śmierci, bo oni obaj będą pracować do samej śmierci, no bo kto? Władze powinny polecić im, żeby wychowali kogoś, ale władza jest po prostu głupia i nie chce myśleć jak to będzie kiedyś… Pani Iza już wysiadła a Stojanowska rządzi Białobokiem”. Swoją drogą, wracając do tego listu, można rozwiązać kolejną zagadkę: dlaczego Białobokowie zablokowali (dzięki niejakiej Słowik) planowaną przy okazji 65-lecia stadniny, na październik 2018 roku, uroczystość wmurowania pamiątkowej tablicy Romana Pankiewicza, hodowcy w Michałowie w latach 1958-1967. Gotowa tablica leży pewnie teraz gdzieś w piwnicy…

Spuścizna „jedynych fachowców”

Po ostatniej aukcji J. Białobok biadolił w jakiejś telewizji, że w stadninach nie ma kto pracować i że „pure Polish” to przeżytek, że nie ma fachowców, którzy wiedzą co robić (mając chyba na myśli wyłącznie siebie samego). Kiedy się już przebrnie przez natręctwa językowe, które dominują w jego wypowiedzi, to nie pozostaje nic z treści. Pytam więc publicznie J. Białoboka i A. Stojanowską, jak widzą polską hodowlę państwową w najbliższych, powiedzmy, 10 latach? Kogo, jako opłacani przez państwo urzędnicy, wyszkolili na swoje miejsce, kto jest godzien je zająć? Co chcieliby doradzić w kwestii hodowlanej? Jak widzą dalsze funkcjonowanie Michałowa i przede wszystkim Janowa, które to stadniny wymagają gruntownej reformy? Pytam, ponieważ nie mogę się tego dowiedzieć z jakichkolwiek publikacji tych osób na temat hodowli. Nic nie wiem o ich poglądach na hodowlę, choć znamy się ponad 20 lat. Pracując ostatnio nad monografią Michałowa, intensywnie i bezskutecznie szukałam wypowiedzi tych autorów, ale w końcu skorzystałam jedynie z niezwykle cennych, choć nielicznych, artykułów I. Jaworowskiego. Czy J. i U. Białobokowie, po 40 latach pracy w Michałowie, oraz A. Stojanowska, po 20 latach zatrudnienia w ANR, nie mają nam, hodowcom, nic do przekazania, poza tym, co w ich imieniu (czy na ich polecenie, tego nie wiem) piszą internetowe trolle? Zaczynam podejrzewać, że po prostu nie mają zbyt wiele do powiedzenia. I tak upada kolejny mit, mit o profesjonalizmie. Jak w tej piosence: „bo dobry Bóg już zrobił co mógł, teraz wreszcie potrzeba fachowca”.

 


Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za artykuły publikowane na blogach. Opinie wyrażane w tekstach są osobistymi ocenami autorów.
Historia magistra vitae est

Temat wojennych losów polskich koni arabskich pojawił się na moim “biurku” już kilka lat temu. Praca nad historią i dokonaniami Zarządu Stadnin Polskich w Niemczech zaczęła się od artykułu o Stefanie Zamoyskim opublikowanym w „HiJ” (aktualnie udostępniony jest na portalu polskiearaby.com).

Dużo wówczas rozmawiałam o tym z P. Izą Zawadzką i to ona zasugerowała mi, że tematu nie należy ograniczać wyłącznie do publikacji w branżowym „Araby Magazine”, a „HiJ” daje możliwość opowiedzenia tej historii szerokiemu gronu czytelników. Ten niezwykły epizod, jakim jest wywiezienie polskich koni hodowlanych przez Niemców, a następnie ich odzyskanie przez Zarząd Stadnin Polskich w Niemczech i powrót koni do Polski, zasługuje na utrwalenie. Po 75 latach od tamtych wydarzeń, nie dość, że nie mamy już świadków tamtego czasu, ale wojenne losy koni i ludzi giną w mrokach (nie tak znów odległych przecież) dziejów. Teksty, które zostały Państwu przedstawione na portalu, a które ukazały się również w czasopiśmie „Konie i Rumaki”, są częścią pracy, którą mam nadzieję kontynuować. Pracując ze źródłami (nie ma ich niestety zbyt wiele), natrafiłam na szereg nieopisanych dotąd historii i na sylwetki ludzi, którym należy się pamięć. Dla Zarządu Stadnin Polskich w Niemczech pracowało ponad 600 osób, w tym ponad 60 oficerów kawalerii, z których znaczna część związała swoje dalsze losy z końmi w Polsce i poza jej granicami. Zachęcona Państwa zainteresowaniem, w najbliższym czasie postaram się przedstawić kontynuację „wojennego” cyklu, a właściwie nową serię artykułów, opisujących czasy odbudowy hodowli koni w Polsce po II wojnie światowej, w latach 1946-1960.

Jednocześnie pragnę podziękować wszystkim, którzy czytają moje teksty (nie tylko historyczne), za wsparcie i za miłe słowa, jakie do mnie nader często docierają. Nie spodziewałam się, że historyczne artykuły o koniach arabskich mogą zainteresować aż tak wiele osób. To dla mnie niezwykle pozytywne zaskoczenie. Jestem zdania, że częścią dbałości o nasze hodowlane dziedzictwo jest również opisywanie historii związanych z hodowlą i ludźmi, którzy ją tworzyli, tak aby następne pokolenia miały szansę tę tradycję kontynuować. Jak mawiali starożytni Rzymianie, historia magistra vitae est – i od tamtego czasu nic się nie zmieniło.

 


Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za artykuły publikowane na blogach. Opinie wyrażane w tekstach są osobistymi ocenami autorów.
Polacy nie gęsi!

Od jakiegoś czasu stało się tradycją, że w niedzielnym programie dla rolników „Tydzień” w TVP1, o godzinie 8.00 rano, swoje wystąpienie ma minister rolnictwa. Już za poprzedniego szefa tego resortu przestałam to oglądać, ale w niedzielę 28 lipca zadzwonił do mnie zirytowany wypowiedziami min. K. Ardanowskiego znajomy rolnik (jednocześnie hodowca koni i – nota bene, zatwardziały „PiS-owiec”), z doniesieniem, że minister kolejny raz używa tematu koni arabskich do ataku na swoich poprzedników. Tak więc obejrzałam. I jakież było moje zdziwienie, kiedy zobaczyłam zmęczonego i najwyraźniej zniecierpliwionego poruszaną kwestią polityka! Po niedawnej wpadce z propozycją dla tych, których nie stać na araby (otóż mieliby oni kupować w Janowie kiełbaski i konie na biegunach), pan minister zaatakował tym razem same konie arabskie i ich hodowców. Wszystko odbyło się w stylu późnego Gomułki, a więc padły pogardliwe określenia typu: „niektórzy uważają araby za anioły, więc niech je sobie hodują”, albo “mamy w Polsce wiele koni różnych ras, które są ważne dla rolnictwa i rolnicy mogą na nich zarobić”. Jeśli do tego dołożyć radosne zapowiedzi odpowiedzialnego za tegoroczną aukcję i czempionat narodowy prezesa PKWK Tomasza Chalimoniuka, że do Janowa przyjadą “możni” z całego świata (cokolwiek to znaczy) oraz że będzie sukces, bo „w Janowie nie ma już miejsc noclegowych”, to mamy pełny obraz sytuacji. Jak mawiają Rosjanie, “troszku śmieszno, troszku straszno”.

Jubileuszową, 50. aukcję w Janowie Podlaskim robią więc ludzie, którzy nie uczestniczyli w żadnej z 49 poprzednich. Pan minister w ubiegłym roku nieomal uległ swojej “femme fatale”, czyli Annie Stojanowskiej i ledwo się powstrzymał przed odwołaniem aukcji w ostatniej chwili. Nie był, nie widział – ale wie, że było niedobrze i teraz trzeba to naprawić. Do tegoż naprawiania wyznaczył człowieka, który również na aukcji do tej pory nie bywał (nie mówiąc już o jej organizowaniu), czyli prezesa PKWK. I tak, pomimo że to właśnie Polacy jako jedni z pierwszych na świecie organizowali z sukcesem podobne imprezy, w tym roku cała ekipa aukcyjna – prowadzący, aukcjoner i osoby wspierające – przyjadą z zagranicy. Szkoda, bo przecież „Polacy nie gęsi”!. W ubiegłym roku potrafiliśmy zrobić całą aukcję naszymi ludźmi, którzy wywiązali się z zadania znakomicie. Kto potrafi tak jak Marek Grzybowski, z głębi serca, przekonać klientów, że “…dzisiaj oferujemy państwu perły i diamenty polskiej hodowli”? Dla wynajętych specjalistów będą to tylko jakieś kolejne konie, które mają się sprzedać.

T. Chalimoniuk wziął do pomocy wspomnianą już A. Stojanowską, która po zwolnieniu z pracy w ANR przez trzy lata skutecznie rujnowała wszystko, co związane z polską hodowlą koni arabskich, ze szczególnym okrucieństwem uderzając w „Pride of Poland”. Te wysiłki przyniosły taki efekt, że min. Ardanowski i T. Chalimoniuk słusznie uznali, że trzeba Stojanowską przygarnąć i wtedy będzie spokój (a przy tym odwołać Macieja Grzechnika z funkcji prezesa Michałowa, co odbyło się zapewne na skutek układu ministra ze Stojanowską, która z kolei poparła swoją koleżankę Monikę Słowik, protegowaną T. Chalimoniuka i Grzegorza Pięty z KOWR, na p/o prezesa Michałowa). Jak opłakane skutki ma to dla SK Michałów, widać po wynikach spółki, ale dla ludzi, którzy mają strzec państwowej hodowli nie ma to najwyraźniej żadnego znaczenia. Najważniejsze, że “nominatka” wykona każde polecenie „góry”, nie bacząc na interes firmy. I to jest smutne. Śmieszne zaś jest to, że osoba, która pełni obowiązki prezesa w najlepszej (jak dotąd) stadninie koni arabskich na świecie, nigdy wcześniej nawet nie była na aukcji w Janowie! (Nie wspominając o tym, że jest ignorantką na polu rynku i marketingu koni arabskich). Doszło do tego, że ministerstwo interweniowało w sprawie ogłoszonego przez stadninę – tuż przed aukcją janowską – przetargu na konie w Michałowie, bo p. Słowik nie wiedziała, że tak się nie robi. „Korytarz” twierdzi, że zarówno p/o Michałowa, jak i p/o Janowa nie mają nic do gadania w kwestii wyceny koni – ceny ustaliła bowiem A. Stojanowska (przypominam, że to organizatorka konkurencyjnej aukcji koni arabskich) wraz z T. Chalimoniukiem. Jak więc traktować oświadczenie ministra we wspomnianym wyżej programie, że nikt z klientów nie zna cen rezerwowych? Czy minister sugeruje, że przed aukcjami w ubiegłych latach ceny rezerwowe były klientom znane? A kiedy się dobrze zastanowić, należy dojść do wniosku, że ceny te znać już musi przecież ta grupa klientów A. Stojanowskiej i innych powiązanych z nią pośredników, na zamówienie której wystawiono konie i embriony… Czy po to więc są potrzebne takie osoby jak M. Słowik, aby można było arbitralnie decydować o liście koni sprzedawanych z Michałowa?

Zresztą, lista michałowska jest wyraźnie niespójna i tak nieprofesjonalnie ułożona, że tylko „zamówieniami” na poszczególne konie da się to wytłumaczyć. Przykłady? Bardzo proszę: jako lot. 1 oferowany jest zarodek od czempionki świata Pustyni Kahila, a jako lot. 10 jej matka Pustynna Malwa. Biorąc pod uwagę, że Pustynia Kahila nie urodziła jeszcze żadnego źrebaka i może nie urodzić, ponieważ jest prawdopodobnie nieźrebna, to z punktu widzenia hodowli jest to działanie na szkodę stadniny. Kolejny przykład: lot. 6 to zarodek od Platynowej Czempionki Świata Emandorii, podczas gdy jako lot. 13 wystawiono jej najlepszą córkę, ubiegłoroczną młodzieżową czempionkę Polski Emanollę, która jeszcze nie urodziła dla Michałowa żadnego źrebaka. Czy wystawienie embrionu od Emandorii nie jest czasem spełnieniem oczekiwań klientki, która od dwóch lat bezskutecznie zabiegała o to w Michałowie, składając niezwykle hojne oferty, konsekwentnie jednak odrzucane przez ówczesnego prezesa M. Grzechnika, jako szkodliwe nie tylko dla michałowskiej, ale też dla całej polskiej hodowli? Jeszcze nie do końca wyjaśniona jest sprawa darmowej dzierżawy Emandorii (powiązanej z pobieraniem od niej embrionów) oraz przedziwnych okoliczności narodzin w USA jej potomka, ogiera Emerald J, w czasie, gdy Emandoria przebywała w Polsce, a już realizuje się najwyraźniej kolejne zamówienia na embriony – tym razem, co konstatuję z prawdziwą przykrością, pod patronatem ministra rolnictwa Rządu RP…

Listę janowską można by uznać za bardziej poprawną, gdyby nie fakt wystawienia na jedną aukcję tak dużej liczby znakomitych klaczy. Zadać należy sobie zatem pytanie, co Janów będzie w stanie zaoferować do sprzedaży w następnych latach? Prawdą jest jednak, że – oprócz Adelity i Pragi – wszystkie pozostałe klacze pozostawiły w stadninie potomstwo i można się domyślać, że Grzegorz Czochański (skazany już na dymisję) walczy jeszcze o życie i stawia wszystko na jedną kartę dla ratowania siebie, a przy okazji finansów stadniny.

Tu nasuwa się jeszcze jedno pytanie. Czy osoby, które zaakceptowały sprzedaż Emanolli i Pragi, czyli najlepszych córek ogiera Vitorio TO, zdają sobie sprawę z faktu, że ceną za dzierżawę tego ogiera z USA było 8 embrionów od czempionki USA, michałowskiej Wieży Mocy? Czy naprawdę o to właśnie chodzi w hodowli państwowej? A gdzie praca hodowlana? Gdzie ciągłość rodzin żeńskich, skoro wyprzedaje się ich najlepsze przedstawicielki? Niepokoi sytuacja związana z Galeridą i Adelitą. Obydwie młode i utytułowane – niestety, nie zostawiają w stadninie córek. Dlaczego więc akurat te dwie klacze? Czyżby ktoś je „zamówił”? Jeśli tak, to u kogo? Czy p/o prezesów mają aby świadomość, czym jest – podkreślam raz jeszcze – ciągłość w zachowaniu linii żeńskich? Śmiem wątpić (o nadzorze z KOWR nawet nie wspomnę, bo wg mojej wiedzy, po prostu go nie ma). Tak więc wszyscy ci państwo nie mają pojęcia (bo nie mogę napisać, że zapomnieli), że coś takiego w ogóle istnieje. Nie wiedzą, że do sprzedaży przeznacza się nadwyżkę hodowlaną, czyli konie, które nie są niezbędne do kontynuowania hodowli. Klacze mogą zostać sprzedane wówczas, gdy zostawią w stadninie lepsze od siebie córki lub gdy dana linia jest licznie reprezentowana. W przypadku wymienionych klaczy takie warunki nie zostały spełnione. Zatem najwyraźniej, wg decydentów, sukces będzie wtedy, jak się wyprzedamy, nie zważając na dobro hodowli… Zdaję sobie sprawę, oczywiście, że ten hodowlany wątek to zbyt wiele, jak na percepcję obecnych decydentów, ale mimo to uważam, że trzeba o tym mówić! Może ktoś w końcu przedłoży interes polskiego państwa nad inne interesy? Nie krytykuję zresztą całej listy, ale muszę zwrócić uwagę na przytoczone wyżej przykłady oraz na fakt handlu konkretnymi embrionami, których sprzedaż odbędzie się, w moim przekonaniu, z rażącą szkodą dla polskiej hodowli.

Kierując te słowa do Pana Ministra (choć wiem, że ich najpewniej nie przeczyta lub, w najlepszym razie, zlekceważy, w imię swojego politycznego interesu), z życzeniami udanej 50. janowskiej aukcji, zacytuję na zakończenie tej notatki fragment wstępu, jaki napisałam do ubiegłorocznego katalogu:

Historia polskiej hodowli koni arabskich wiąże się ściśle z burzliwą historią naszego kraju. Wielokrotnie niszczona przez wojenne zawieruchy, zawsze sumiennie odbudowana, za każdym razem wykraczająca poza osiągnięcia poprzedniej epoki…

Polskie Stadniny Państwowe koni czystej krwi arabskiej, przez ostatnie siedem dekad pod opieką polskiego państwa, stały się wzorem prawidłowo prowadzonej hodowli. W oparciu o konie ze stadnin państwowych odbudowana została w Polsce hodowla prywatna, która dziś jest już na światowym poziomie.

Polski koń arabski jest w dużym stopniu odbiciem cech ludzi, którzy go wyhodowali: piękny i dzielny, silny i ambitny. Klacze mają w sobie czar żeńskości, macierzyństwa i egzotycznej urody. Potęgę i sukces polskiego programu hodowlanego zbudowano na doświadczeniu oraz wiedzy przekazywanej przez pokolenia i jest ona naszym kulturowym dziedzictwem.


P.S. Jeszcze à propos zapowiedzi: wstęp na aukcję miał być, jak ogłosił minister, darmowy, a okazał się niemal najdroższy w jej historii; żądanie zaś wykupienia biletu wstępu /800 zł!/ od osób wpłacających wadium, czyli od potencjalnych kupców, to już w ogóle jakieś kuriozum. Dodajmy, że do dziś klienci Janowa bezskutecznie czekają na zaproszenie na tak ważną dla branży imprezę – czyżby większość zaproszeń pan T. Chalimoniuk rozdał ważnym dla siebie gościom? A może po prostu tak jak w polskiej tradycji: na pogrzeb nikogo się nie zaprasza?

 


Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za artykuły publikowane na blogach. Opinie wyrażane w tekstach są osobistymi ocenami autorów.
Aukcja Janów nr 50. Fakty i mity

Niedawno, na fali kolejnego lamentu w mediach nad losem stadnin koni arabskich, przeczytałam komentarz Daniela Passenta (nota bene, tajnego współpracownika bezpieki o ps. „John”) o tym, jak to PiS zniszczył stadniny, których nawet komuniści za PRL-u nie zdołali zniszczyć. Skłoniło mnie to do rozważań o tym, jak funkcjonujące w przestrzeni publicznej bajki i mity przesłaniają rzeczywisty obraz hodowli koni arabskich w naszym kraju.

A oto fakty: obecne stadniny państwowe, czyli Janów Podlaski, Michałów i Białka, są w stu procentach dziedzictwem PRL-u. W roku 1946 w kraju były 54 klacze czystej krwi, ocalone z działań wojennych, czyli rewindykowane z Niemiec (w tej liczbie 14 klaczy babolniańskich zakupionych przez Zarząd Stadnin Polskich w Niemczech), z Czechosłowacji (grupa ze Starego Sioła, która powróciła z Józefem Tyszkowskim) oraz kilka klaczy, którym udało się przetrwać w okupowanej Polsce. Większość z tych klaczy stanowiła wcześniej własność prywatną i została odebrana hodowcom przez Niemców, a następnie, po powrocie do kraju, upaństwowiona, jak wówczas nazywano konfiskatę. Z upaństwowionych (w większości) koni, tuż po wojnie utworzono stadniny, których wcześniej nie było: Albigową, Nowy Dwór, Klemensów, a następnie Michałów. Z sobie tylko wiadomych powodów komuniści niechętnie widzieli powrót koni arabskich do Janowa Podlaskiego i dopiero pojawienie się na początku lat 60. możliwości eksportu tych koni za dewizy, otworzyło wrota stajni janowskich dla arabów (jednak jeszcze przez wiele lat dominowała tu hodowla koni półkrwi). Wszystkie stadniny zostały zorganizowane w taki sposób, że były w istocie PGR-ami, tyle że hodującymi konie. Wielkoobszarowe gospodarstwa rolne, których rolą było utrzymanie stadnin, zajmowały się także hodowlą innych zwierząt, w tym hodowlą bydła mlecznego, a także uprawą roślin. Ta struktura organizacyjna pozostała niezmieniona do dziś, przy czym, do czasu akcesu Polski do Unii Europejskiej, państwo dotowało hodowlę zarodową, w tym koni czystej krwi. W drugiej połowie lat 60. znacząco wzrosło zainteresowanie polskimi końmi arabskimi na Zachodzie i wtedy okazało się, że konie arabskie są dla biednego kraju kurą znoszącą złote, a właściwie zielone od dolarów jaja. Prawdopodobnie tylko dzięki temu hodowla koni arabskich przetrwała, bowiem nie oczekiwano już od Janowa czy Michałowa produkcji koni dla rolnictwa, zatem oba przedsiębiorstwa stawały się dla socjalistycznej gospodarki niepotrzebne. Pozwolono jednak hodować takie konie, jakich oczekiwał rynek zachodni. Aby uporządkować sprzedaż i zwiększyć przychody, w roku 1970 Centrala Importowo-Eksportowa “Animex” zaczęła organizować aukcje w Janowie Podlaskim.

W roku 1995 Animex został sprywatyzowany, a grupa pracowników z tzw. Biura koni, z Markiem Grzybowskim na czele (od 1974 aukcjonerem), utworzyła spółkę Polish Prestige, która zajmowała się organizacją aukcji do roku 2000 (tzw. aukcja „milenijna”). W roku 2001 organizację aukcji powierzono firmie “Polturf”, najpierw jako spółce cywilnej, a potem w zadziwiający sposób, bez żadnego przetargu, osobie fizycznej prowadzącej działalność gospodarczą pod nazwą “Polturf Barbara Mazur”. Pomimo protestów Marka Grzybowskiego, kwestionującego uczciwość postępowania przetargowego, Polturf przejął organizację aukcji janowskiej na, jak się okazało, kolejnych 15 lat, zmieniając przy tym nazwę wydarzenia na „Pride of Poland”.

W tym miejscu docieramy do kolejnego mitu, a właściwie bajki, jaka funkcjonuje w świadomości opinii publicznej, a więc roli Barbary Mazur jako samodzielnego twórcy janowskiej aukcji. Większość odbiorców dzisiejszych mediów nie pamięta nie tylko pierwszych aukcji, ale nawet aukcji Polish Prestige, bowiem szeroki udział obywateli polskich, w tym polskich hodowców, datuje się mniej więcej od roku 2000. Dlatego warto przypomnieć, że nie jest prawdą, jakoby Barbara Mazur oraz triumwirat w osobach Anna Stojanowska, Jerzy Białobok i Marek Trela, stworzyli wspólnie janowską aukcję. B. Mazur (prywatnie koleżanka A. Stojanowskiej) była potrzebna po to, by pozbyć się „obcego” Marka Grzybowskiego i przejąć całkowitą kontrolę nad aukcją. Argumentowano wówczas, że prowizja firmy Polish Prestige jest zbyt wysoka, a działania marketingowe niewystarczające. Polturf wygrał przetarg na organizację aukcji, startując z kwotą prowizji 6%, aby potem podnieść swoje wymagania najpierw do 10%, a następnie do 12% (czyli wyższej niż pobierała wcześniej firma Polish Prestige). Polturf przejął też gotowy format “Polish Arabian Summer Festival”, stworzony, a następnie dopracowywany przez 30 lat przez Animex, a potem firmę Polish Prestige. Eksploatował go, niewiele zmieniając, do roku 2015. Jedyne, co się faktycznie zmieniło, nie dotyczyło aukcji jako takiej – była to bowiem zmiana lokalizacji w związku z budową w Janowie zespołu nowoczesnych budynków na potrzeby aukcji.

Wokół Polturfu i szczególnie osoby Barbary Mazur krążyło wiele plotek, wynikających głównie z pojawiających się znaków zapytania. Jakim cudem osoba, która miała na koncie kilka nieudanych aukcji folblutów, została nagle organizatorem najbardziej prestiżowej aukcji koni arabskich na świecie? Albo: jak to możliwe, by prezesi Białobok i Trela, zarabiający po ok. 300 tys. zł rocznie, pozwalali zarobić koleżance A. Stojanowskiej (która sama zarabiała jako urzędnik dużo mniej niż prezesi) miliony złotych rocznie? Rozważano nieraz, w bardzo różnym gronie, czy, kto i z kim się dzielił? Tymczasem wokół Polturfu powstała istna pajęczyna klientów i opłacanych współpracowników, zwana w środowisku hodowców “kółkiem różańcowym”. Kółko to zazdrośnie strzegło swoich finansowych tajemnic. Większe transakcje były “dopinane” wcześniej przez prezesów stadnin – w czym nie ma wprawdzie nic nagannego, ale transakcje te finalizowano w taki sposób, że prowizję kasował Polturf. A to już bywało zastanawiające. Mechanizm ten ujawniła najbardziej patologiczna spośród transakcji, (nadal będąca w trakcie prześwietlania), a mianowicie sprzedaż klaczy Ejrene podczas Pride of Poland 2012.

A było to tak: J. Białobok uzgodnił z klientem zainteresowanym dzierżawą czempionki świata i USA, klaczy Emandoria, że warunkiem dzierżawy tej klaczy będzie zakup na aukcji klaczy Ejrene za określoną sumę. Jak się okazało, suma ta wyniosła 440 tys. euro. Całkiem kreatywny pomysł, tyle że klient, dzierżawiący Emandorię przez rok, otrzymał prawo do pobrania od niej dwóch embrionów, za co już Michałów (wg umowy) nie dostał ani grosza. To nie koniec, gdyż klacz, wystawiana na płatnych pokazach przez dzierżawcę, zarobiła tym sposobem ogromne kwoty, co przecież było łatwe do przewidzenia. Czyżby oddający konia w dzierżawę, doświadczony w branży, prezes Białobok, podczas negocjacji tych przychodów nie przewidział? W rezultacie owej transakcji, Emandoria wygrała (w okresie dzierżawy) nagrody finansowe w wysokości – bagatela! – ponad 300 tys. euro. Pobrane od niej embriony miały w tamtym czasie szacunkową wartość co najmniej 150 tys. każdy (to daje kolejne 300 tys. euro). Podsumowując: klient, z tytułu współpracy z Michałowem, otrzymał 600 tys. euro plus klacz Ejrene. Zapłacił zaś 440 tys. Ta suma, jakoby wylicytowana na aukcji (co wzbudziło niemałą sensację, bo rzeczywista wartość klaczy Ejrene wynosiła ok. 100 tys. euro), znacząco napompowała wynik aukcji 2012. Dodatkowo, Polturf skasował 12% prowizji – 52800 euro, obniżając w ten sposób przychód Michałowa z całości omawianej transakcji. Czysty zysk! Tylko czy aby na pewno dla Michałowa? Trudno także nie zauważyć, że podczas tamtej aukcji tylko jeden klient miał świadomość, że zakup Ejrene wiąże się z dodatkowymi, hojnymi świadczeniami. Inni klienci, licytujący w dobrej wierze, mają prawo czuć się wyprowadzeni w pole.

A czy nie jest interesujące również i to, że po nieudanej aukcji 2011, kiedy to klient z Australii nie odebrał 11 (!!!) wylicytowanych koni (głównie michałowskich, ale i prywatnych), na początku 2012 roku podniesiono prowizję Polturfu z 10 do 12%, pomimo negatywnej opinii wewnętrznej w ANR? Ówczesny dyrektor nadzoru właścicielskiego Grzegorz Młynarczyk nakazał zniszczenie protokołów kontroli (ciekawe, kto i w jaki sposób go zainspirował), które jednoznacznie wskazywały na nieprawidłowości w rozliczeniach z Polturfem i sugerowały zmiany kadrowe. I tak, bez przeszkód, udało się organizatorom aukcji w niezmienionym składzie dotrwać do 2015 roku. Potem jednak sprawa wyszła na jaw i zakończyła się dla w/w urzędnika wyrokiem w sprawie karnej. Ale warto było przetrwać, bo prowizja z aukcji w 2015 roku wyniosła ponad 600 tys. euro, czyli około 2,5 mln złotych. Dzisiaj sprawę ustawienia przetargu publicznego (jakim jest aukcja janowska) bada prokurator. Jak sądzę, o sprzedaży Ejrene i darmowej dzierżawie Emandorii jeszcze usłyszymy. Już dziś ćwierkają miejskie wróble o tym, że A. Stojanowska skarży się publicznie, iż musiała się tłumaczyć przed prokuratorem z tej sprawy. Myślę, że zaangażowane w „Ejrene-gate” osoby powinny się wytłumaczyć także publicznie. Mają przecież dużą wprawę w wystąpieniach w różnych telewizjach – przez ostatnie trzy lata zajmowały się tym z ogromną pasją. Zapytałabym wówczas także i o to, jaką rolę w transferach naszych koni do USA miała amerykańska spółka, dziwnym trafem nosząca znajomą nazwę: Pride of Poland LLC? Może A. Stojanowska wyjaśniłaby przy okazji, na jakiej podstawie usiłowała wymusić na stadninie białeckiej w 2015 roku zapłatę 20 tys. euro na rzecz amerykańskiego pośrednika za sprzedaż klaczy Perfirka, pomimo że Polturf skasował swoje 12%? Takich pytań postawiłabym jeszcze kilka. Sprawa jest, jak mawiają prokuratorzy, wielce rozwojowa.

Tymczasem janowska aukcja od 2016 roku jest jak kukułcze jajo – przerzucana z rąk do rąk. W 2016 i 2017 była organizowana przez MTP i wszystko (prócz sprzedaży koni, która to sprzedaż Targów nie interesowała, bo nie miały od niej prowizji) było lepsze, niż gdy zajmował się tym Polturf. W roku 2018, na skutek głośnych sukcesów organizacyjnych i sprzedażowych podczas zimowych aukcji w Michałowie, obowiązkiem zorganizowania aukcji w Janowie obarczono prezesa SK Michałów dr. inż. Macieja Grzechnika. Aukcja, jak wiemy, odbyła się cudem, bo kłody rzucane pod nogi mogły ją w każdej chwili wywrócić. Mimo to, impreza, w nowej, autorskiej odsłonie, zrywającej z paździerzowo-wiklinowym wystrojem i plastikowymi krzesełkami, zakończyła się wynikiem 734 tys. euro, czyli o 200 tys. lepszym niż rok wcześniej. To było jak płachta na byka. Nastąpił więc atak „bojówki medialnej” TVN na Macieja Grzechnika, którego efektem było rzekome kopnięcie dziennikarza. Wykreowany „medialny fakt” nie miał nic wspólnego z rzeczywistością, ale spełnił swoje zadanie przysłonięcia udanej imprezy. Hejt, którego skala, rozpętana przez formalne i nieformalne podwładne A. Stojanowskiej, również wymaga publicznego wyjaśnienia. Oczekuję, że A. Stojanowska wytłumaczy, dlaczego dzwoniła do wszystkich możliwych potencjalnych klientów aukcji, zniechęcając ich do udziału w niej (i dlaczego w zatrącający o manię sposób zwalczała Macieja Grzechnika, doprowadzając w końcu do jego odwołania). Wcześniejsze jej działania dowodzą, że miała takie możliwości. Robiła to przecież przed pokazami w Białce i w Janowie w 2016 i 2017 roku. Środowisko zna te i inne zarzuty pod jej adresem – wiele z nich padło w liście otwartym jednego z członków PZHKA. List był szeroko komentowany przez hodowców – naszych kolegów i koleżanki. Apel do Stojanowskiej brzmiał tak: “Nie bojkotuj pokazu w Białce, nie blokuj sędziów… tak nie można… to jest niezgodne z jakimikolwiek zasadami… Chcemy pokazywać konie, one są naszym życiem, pasją, inwestycją często bardzo dużych pieniędzy, na które ciężko musimy pracować!”. A. Stojanowska została tam nazwana wdzięcznie “mściwą Anią”, działającą na szkodę polskiej hodowli: „zaczęłaś budować, Aniu, “armię” gryzipiórków, którzy za Ciebie i na Twoje zlecenia do tej pory krytykują wszelkie działania związane z polskimi końmi arabskimi. Pozyskałaś media, wcześniej również organizowałaś konferencje prasowe, wreszcie upolityczniłaś konie arabskie w Polsce!!! Współpracujesz z opozycją polityczną, przekazujesz informacje, często ściśle branżowe, a posłowie ci nie potrafią poprawnie po angielsku, publicznie, wypowiedzieć tego, co im napisałaś… trochę żenujące… Udzielasz wywiadów, sama realizujesz wywiady, wszystko odbywa się w bardzo ścisłym “starym gronie Twoich przyjaciół”, bądź nowych zaufanych ludzi. Posiadasz również duże wsparcie profesjonalnych agencji marketingowych oraz PR”.

Dziś A. Stojanowska unika miejsc, gdzie pojawiają się osoby nieulegające (jak pan minister) jej „czarowi”, lecz – wręcz przeciwnie – nie tylko znające jej prawdziwe oblicze, ale nastawione nader krytycznie do jej działań. Woli ciche korytarze Ministerstwa Rolnictwa, gdzie może, po cichu właśnie, udzielać swych „cennych” rad i – znów po cichu – razem z Tomaszem Chalimoniukiem ustalać kwoty, za jakie państwowe konie miałyby zostać sprzedane. Decydentom nie przeszkadza fakt, że jest to osoba, która prowadzi działalność konkurencyjną, w postaci własnych (cóż, że wielce nieudanych) aukcji.

(Tu przytoczę kolejną opinię wspomnianego wyżej hodowcy: „Pan Minister Rolnictwa i Rozwoju Wsi Jan Ardanowski zaprosił Ciebie i Pana Białoboka do Rady ds. Hodowli Koni Arabskich… sądzę, że w tamtym czasie miał zbyt małą wiedzę na temat przeszłej i teraźniejszej sytuacji”.)

Tymczasem minister Ardanowski podjął znakomitą decyzję, by służby specjalne obserwowały tegoroczną aukcję. Moim zdaniem, nie będą miały wiele do roboty. Wystarczy, jak przypilnują ministerialnych doradców: A. Stojanowską i J. Białoboka. Nikt bowiem tak jak ta dwójka nie dysponuje równie wielkim doświadczeniem, by skutecznie zaszkodzić reputacji polskiej hodowli i namieszać na aukcji.

 


Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za artykuły publikowane na blogach. Opinie wyrażane w tekstach są osobistymi ocenami autorów.
 
  Publikowanie tekstów oraz zdjęć z portalu polskiearaby.com na innych witrynach wymaga każdorazowo pisemnej zgody wydawcy portalu.  
 
   
  --