Czwartek . 15.11.2018 . 13:50
   
 
 
 
  Polskie Araby

Strona główna

 
 
facebook
polskiearaby.com
--
--
--
--
--
Kontakt
Wydawca:
Monika Luft
redakcja@polskiearaby.com
Opinie wyrażane w tekstach publikowanych w portalu polskiearaby.com są osobistymi ocenami autorów.
Dział techniczny:
webmaster@polskiearaby.com
Reklama:
reklama@polskiearaby.com
nasz cennik
--
 
 
Archiwum autora
W czyjej służbie jest Marek Szewczyk?

W czyjej służbie jest Marek Szewczyk?
(bo na pewno nie pełnej i obiektywnej prawdy)


Z dużym niesmakiem zapoznałem się tym razem z najnowszym tekstem Marka Szewczyka (autora blogu “HipoLogika”), zatytułowanym: “Konie i Rumaki” w służbie czarnego pijaru”, gdyż jest on utrzymany w aroganckim, napastliwym  tonie, a do tego zaciemnia obraz stanu rzeczy.

Rozumiem, iż tyleż starą, ile wypróbowaną metodą jest “obrona przez atak”, jednak trzeba uważać, by nie “przekroczyć granic obrony koniecznej” (co najmniej w sferze dobrego smaku) – co w tym przypadku miało miejsce. Przede wszystkim, redaktorze Szewczyk, nim pan komuś publicznie zarzuci “kłamstwo”, to wcześniej dobrze by było zdać sobie sprawę z tego, kiedy tak naprawdę mamy z nim do czynienia – wbrew bowiem pozorom, różnica pomiędzy kłamstwem a podaniem nieprawdziwej informacji jest dość istotna. W pierwszym przypadku musi zachodzić świadoma intencja wprowadzenia kogoś w błąd (często w celu osiągnięcia określonych korzyści), a zatem jawna manipulacja oparta na złej woli, perfidii i wyrachowaniu. Tymczasem w przypadku inkryminowanego tekstu (Marty Borowskiej, pt. “Pianissima i El Dorada – biotechnologia w służbie hodowli, czyli zarodki na wyprzedaży”), nie można stwierdzić, czy był on manipulacją inspirowaną złą wolą, czy też wynikiem niepełnej wiedzy (nieświadomości) autorki. Zakładając, że każda nieprawdziwa informacja to kłamstwo, musielibyśmy też przyjąć, iż kłamał pan, pisząc iż “bogu ducha winny Jerzy Białobok oberwał rykoszetem” . Tymczasem, kreśląc te słowa, nie miał pan świadomości ich nieprawdziwości, a co za tym idzie, nie zachodziła tu intencja wprowadzenia kogokolwiek w błąd – nie kłamstwo więc tu można panu zarzucić, a jedynie pomyłkę (czy bardziej nawet sklerozę). Ergo nie można zarzucać kłamstwa komuś, kto nie ma złej intencji lub też – z jakichś powodów – nie ma pełnej świadomości wypowiadanych słów. Po drugie, nim w pełni intencjonalnie zarzuci pan komuś kłamstwo, to proszę się wpierw zastanowić, czy – w tym momencie – sam się pan o takie nie ociera.

Schizofrenią trąci natomiast fakt, iż usilnie doszukuje się pan jakiegoś układu (mającego rzekomo na celu kreowanie „czarnego pijaru” wobec byłych prezesów) – w sytuacji, gdy sam jest pan rzecznikiem innego (“przyganiał kocioł garnkowi”). Proszę też nie mydlić nikomu oczu, iż sili się pan kiedykolwiek na jakikolwiek obiektywizm; w sytuacji, gdy wiele pańskich tekstów w “Hipologice” świadczy niezbicie o tym, iż w pełni bezkrytycznie (więc nie dziennikarsko) staje pan po jednej tylko stronie sporu. Nie przez przypadek też to właśnie pana wyznaczono (w III 2016 r.) na prowadzącego ową niesławną konferencję A. Stojanowskiej, J. Białoboka i M. Treli (żenującą klimatem i warstwą merytoryczną, a haniebną warstwą manipulacyjną). Wszystko to nie daje podstaw, by stroić się w szaty bezstronnego obserwatora i obiektywnego komentatora stanu rzeczy, natomiast świadczy o tym, że jest pan tu stroną oraz „pijarowcem” i propagandzistą wyżej wspomnianych. Już zupełnie czymś niebywałym, w mojej ocenie, jest niedwuznaczne nawoływanie do sabotowania danego pisma – tylko dlatego, że nie spodobał się panu (a głównie patronom) zamieszczony w nim tekst. Gdzie tu wolność słowa i swoboda wypowiedzi? To może od razu zamknąć pismo, bo ośmieliło się opublikować coś w istocie mało pochlebnego dla pana mecenasów? Wstyd, panie Szewczyk; tym większy, iż był pan przez lata redaktorem naczelnym “Konia Polskiego” – choć, z drugiej strony, w istocie ciężko stawiać pana za wzór rzetelnego i profesjonalnego dziennikarstwa. Dla mnie osobiście bardzo niesmaczne jest sugerowanie, że każdy krytyczny głos pod adresem byłych prezesów ma na celu wyłącznie ich “oczernianie”, bo to tak, jakbym słyszał biskupa, który zawsze uzna zarzuty pedofilskie pod adresem konkretnego księdza za “atak na cały Kościół”. Proszę więc o nieco umiaru i pokory, redaktorze Szewczyk  (niefortunny były prezesie PZJ) w formułowaniu tego rodzaju wniosków, bo nie uchodzi.

Jeśli nawet założyć, czego nie przesądzam, iż w niektórych kwestiach autorka tekstu rozminęła się nieco z prawdą, to – zamiast wyzywać ją od kłamców, a przy tym tworzyć tyleż fantazyjne, co wykluczające się teorie spiskowe – należy sobie raczej zadać pytanie, czyja to wina, że wokół tego tematu (“wolnego rynku zarodków”) narosło aż tyle niejasności, spekulacji i kontrowersji? Byli panowie prezesi nie musieli wszak – w pogoni za pieniądzem – odchodzić od polskiej tradycji i filozofii hodowlanej, opartej na miłości, podziwie i szacunku dla konia, jak też praw natury. Nikt nie nakazał im prowadzenia takiej właśnie działalności, ale skoro już w nią weszli, to przynajmniej mogli zachować jak najpełniejszą transparentność w tej mierze, by nie było tu żadnych wątpliwości i znaków zapytania. Tymczasem nie tylko wręcz zapamiętali się w tym procederze – nie licząc się tu z nikim, ani niczym – to jeszcze zamienili państwowe stadniny niemal w prywatne folwarki, traktując macice najlepszych polskich klaczy niemalże jako matryce do wybijania złotych dukatów (do tego w możliwie największej tajemnicy, a przy tym też pogardzie dla wszystkich z zewnątrz, spoza układu). Dlatego teraz nie mają prawa oburzać się i unosić, gdyż jako dorośli ludzie powinni zdawać sobie sprawę z tego, że “kto sieje wiatr, ten zbiera burzę” (prędzej czy później).

Czego by nie pisać dziś o tych sprawach i jakby nie próbować tego bronić, to w pewnym momencie zjawisko znane jako “biotransfer zarodka”, stało się zakrojonym na szeroką skalę, bezdusznym procederem, który niemalże wymknął się spod kontroli (vide „odnaleziona” Epica KA). Robienie interesów za pomocą jednak dość drastycznych, gdyż mechanicznych ingerencji w żywy organizm (w macice klaczy), już samo w sobie – jakby nie patrzeć – jest wątpliwe etycznie, natomiast dodatkowo poraża tu skala tegoż procederu (mówimy o kilkudziesięciu takich przypadkach w obrębie dekady /myślę, że ok. 80/). Czego więc tu bronić, panie Szewczyk? Także w ocenie krytykowanego tekstu musi się pan na coś zdecydować, bo raz odsądza pan ów tekst (en block) od czci i wiary – nazywa go “paskudnie kłamliwym” –  po czym przyznaje, że wiele wątków jest w nim “podejrzanie” prawdziwych. No więc albo, albo (nie można jednocześnie zjeść ciastka i mieć ciastka).

Na koniec uporządkujmy kilka faktów:

1. Pianissima przez 12 lat swego życia urodziła tylko jednego źrebaka w macierzystej stadninie (Paminę po Pogrom), a w ogóle dwa (jeszcze Pię po Ganges). Na, w sumie, dziewięcioro jej potomków, mniejsza część, gdyż tylko cztery, stały się własnością SK Janów Podlaski (jeszcze Pianova po Eden C i Prometeusz po FA El Shawan). Poprzez owe – nieodłącznie jej towarzyszące w USA – “płukania zarodków”, nie tylko wróciła stamtąd jałowa (choć miała wrócić źrebna), to jeszcze przez dwa kolejne lata nie zaźrebiła się – o czym nikt ani się nie zająknie, choć była to ogromna strata dla naszej hodowli, owe trzy zmarnowane lata wyeksploatowanej tak Pianissimy (co więcej, podobne problemy miała też Eula, już nie mówiąc o Olicie). Koszt jej ubezpieczenia na poziomie 500 tys. euro (euro czy dolarów?) także musi budzić wątpliwości, gdyż był on co najmniej czterokrotnie zaniżony w relacji do jej wartości rynkowej. Co nas może obchodzić fakt, ile tysięcy dolarów wydawał rocznie na jej promocję, występy i trening jej dzierżawca? Nie może nas to obchodzić, gdyż żadną miarą nie możemy tego sprawdzić ani potwierdzić. Natomiast, jeśli prawdą jest, że SK Janów Podlaski otrzymała za nią dwa razy po 100 tysięcy dolarów, to opinia publiczna powinna się dowiedzieć, gdzie ostatecznie trafiły te pieniądze, na co je wydano i jaki konkretny pożytek przyniosły tejże nadbużańskiej hodowli. Proszę się, w tej mierze, nie chować dłużej za “tajemnicą handlową”, bo to nie były niczyje prywatne klacze, a własność państwowa.

2. El Dorada… Czyli jednak prawdą jest, że w odnośnej klauzuli nie było zawarowanej liczby zarodków mogących być od niej pobranych w USA! To bardzo ważna informacja, świadcząca ewidentnie o tym, że te polskie interesy w tego rodzaju przypadkach nie były tak świetnie gwarantowane, jak starano się nam przez lata wmówić. Co więcej, to właśnie Jerzy Białobok szczególnie “szalał” na polu handlu zarodkami – tak na kierunku amerykańskim (Zagrobla, El Dorada, Emandoria, Wieża Mocy), jak też belgijskim (Espadrilla, Emocja, Palanga). W ten sposób, chcąc nie chcąc, uczestniczył w tym już zaiste chorym procederze prowadzonym przez Knocke Arabians (BE), polegającym na produkowaniu (inaczej tego nie można nazwać) na masową skalę zarodków po og. QR Marc  (US), kiedy to rodziło się po nim “od jednej klaczy” (Dajana, Polonia) po dwadzieścia i więcej źrebiąt w ciągu kilku sezonów. Gdzie w tym wszystkim była hodowla jako taka – pytam? Gdzie romantyzm tejże i fantastyczna niepewność w oczekiwaniu na to, co przyniesie nam natura? To, co się dzieje teraz, głównie w Belgii właśnie, to jakiś chory chocholi taniec, niemający wiele wspólnego z prawdziwą hodowlą koni (jeśli już, to z inżynierią i produkcją). Jak na coś takiego mogli w ogóle pójść byli polscy hodowcy tych pięknych, dumnych i szlachetnych zwierząt? I w imię czego? Tych “kilku srebrników”? Tak się zastawiam, jak w ogóle można bronić ludzi, którzy z hodowli zrobili przemysł; którzy, zamiast prowadzić ją z poszanowaniem praw biologii i natury, poszli w biznes z ludźmi pozbawionymi wszelkich zasad i jakichkolwiek zahamowań na tym polu? Tu nie ma czego bronić, redaktorze Szewczyk, i nawet kogo!

O tym, jak z pure polish zrobić straight egyptian Polska…

Z mocno ambiwalentnymi uczuciami obserwuję bieg spraw w naszej hodowli koni arabskich (niestety, moja percepcja tego jest dość krytyczna). Szczególny niepokój budzą decyzje i działania aktualnej władzy hodowlanej w kwestii dokonywanych przez nią wyborów i strategii reprodukcyjnej. To, co ma dziś miejsce w SK Michałów czy (szczególnie) w SK Janów Podlaski, w moim przekonaniu, nie tylko nie służy naprawie niewłaściwego stanu rzeczy, wygenerowanego – by była jasność - jeszcze przez poprzednią władzę, ale nawet prowadzi do jego pogłębienia (świadczy o tym wprost oficjalna /pełna/ lista ogierów czołowych 2018 i wnioski wynikające z trwającego właśnie sezonu wyźrebień)…

  

PONIDZIE

  

Z zeszłorocznej wypowiedzi Hanny Sztuki ( www.polskiearaby.com z dn.18.01.), kierującej hodowlą koni w SK Michałów - wynikało dość jednoznacznie, iż obecna jest tam świadomość faktu “zanikania rodzimych rodów męskich” i że będą podejmowane próby mające na celu przeciwdziałanie temu stanowi rzeczy. Faktycznie, w ubiegłym roku sprowadzono tam 3 ogiery (z przyszłych 4.) w trybie “misyjnym”, z czego dwa po linii wyścigowej, a jeden w celu ratowania rodu Ibrahima or.ar. Zadanie takie postawiono przed tutejszej hodowli, a prywatnej własności, EKWISTEM 1997 po Eukaliptus (sprowadzonym aż w Włoch). Naturalnie kibicuję temu, by sprostał on temu wyzwaniu i pozostawił tam sukcesora rodu Ibrahima or.ar., zastanawiam się tylko czy będzie on w stanie mu podołać (czy jest tu właściwym wyborem) i czy skala jego użycia stworzy mu optymalne warunki ku temu? Prawda jest taka, że samo ściągnięcie danego ogiera do stadniny, to dopiero jeden, z kilku elementów, które muszą zaistnieć, by projekt ów mógł się powieść. Drugim jest prepotentność takiego konia, a trzecim - skala i trafność użycia. Dopiero połączenie ich wszystkich może się złożyć na końcowy sukces, tymczasem wcale nie wygląda na to, by coś takiego miało mieć tu miejsce. Do końca lutego urodziło się po nim ledwie 2 źrebaki, a na koniec sezonu będzie ich nie więcej, niż 5. Czy w tych realiach – abstrahując od jego wartości reproduktorskiej – ma on szansę podołać swej misji? Śmiem wątpić. W tym roku dotarł do Michałowa prywatnej hodowli i własności ETERNAL 2008 po FS Bengali (DE). Ten wnuk słynnego Kubińca (SU), z sublinii klemensowskiego Araxa, otrzyma za zadanie spłodzenie gatunkowego syna, który mógłby stać się odrodzicielem rodu Bairactara or.ar. Życzę mu tego, gdyż to stylowy koń, choć nieco “lekki” (zbyt finezyjny) jak na reprezentanta tego rodu. Niestety, zapewne także jemu nie przypadnie na tyle liczna liczba klaczy (takie są zarezerwowane tylko dla przedstawicieli rodów pokazowych /szczególnie jednego/), by można było zakładać jego sukces na tym polu. Pointa w tym miejscu jest taka, że naturalnie czymś chwalebnym jest mieć świadomość problemu i wykazać odnośną inicjatywę. By jednak takowa mogła być skuteczną, to niezbędna jest cierpliwość i konsekwencja (pryncypialność), których tu najwyraźniej brakuje.

  

Cieszy, że postanowiono zadbać bardziej systemowo (a nie tylko wypadkowo, jak to miało miejsce za prezesa Białoboka) o rozwój “linii biegających”. W tym duchu od krajowego hodowcy (rzecz wcześniej nie do pomyślenia) wypożyczono legitymującego się wybornym rodowodem (wnuka legendarnego Monarcha AH /US/) - Derbistę WARESA po Ontario HF (US), a z Kaukazu ściągnięto rzetelnego “wyścigowca”, a do tego syna michałowskiego Derbisty Egisa (po Penitent) - KURIERA (RU). Zadaniem tej dwójki (może nie jedynym, ale zasadniczym) będzie spłodzenie tam pewnej liczby dzielnych źrebaków w połączeniu z najlepszymi michałowskimi klaczami wywodzącymi się z “linii biegających”. Jest więc szansa na to, iż już za kilka lat Michałów będzie mógł nie tylko skuteczniej rywalizować na torze z Janowem (co ostatnimi laty niespecjalnie się udawało), ale też uzyskać pewien przychód z potencjalnych wygranych na torze.

  

To, iż - jako się rzekło - znaczące liczby klaczy zarezerwowane są w Michałowie tylko dla ogierów z rodu Saklawi I or.ar. (nie licząc Eksterna) widać wyraziście na przykładzie niejakiego SAHMA EL ARAB (US) po WH Justice (US). Młody i jeszcze nie w pełni ukształtowany siwek, więc nie do końca wiadomo co tak naprawdę sobą prezentujący, jako jednak autorski projekt duetu Grzechnik-Sztuka, nie miał żadnych problemów z otrzymaniem sporej liczby klaczy. W efekcie czego już na początku sezonu przyszło po nim na świat aż 7 źrebaków - liczba nieosiągalna dla większości rodzimych reproduktorów. Co więcej, zapowiedź “bardzo starannego podejścia do użycia ogierów z zanikających rodów męskich” odczytuję bardziej jako próbę wytłumaczenia pewnej “wstrzemięźliwości” wobec nich, niż obietnicę szerszego ich użycia w rodzimej hodowli. Wyznaczanie im max. 5 klaczy na sezon, to zbyt mizerna wielkość, by stworzyć im realną szansę zaistnienia w hodowli. By nie liczyć tylko na cud, to takich (należycie dobranych) im partnerek powinno być przynajmniej dwa razy tyle. O to jednak będzie bardzo trudno; w rzeczywistości, w której prawie wszystko podporządkowane jest chęci kreowania tylko pokazowego przychówku.

  

Statystyka jest tu nieubłagana i tyleż jednoznaczna. W grupie źrebaków urodzonych do końca lutego nie ma ani jednego po “Krzyżyku” (Formanie) i tylko 2 po “Ibrahimie” (Ekwiście). Jest kilka sztuk po Eksternie, ale to zupełnie osobna i tyleż wyjątkowa historia. Wszystkie pozostałe to przychówek “Saklawi I” (z liderującym – nie wiedzieć czemu - El Omari, który jest ledwie średniej klasy reproduktorem). Co więcej, mimo licznej i mocnej stawki własnych ogierów z tej linii (EL OMARI, EMPIRE, EQUATOR, ERYKS, KABSZTAD, MEDALION, MORION i ZŁOTY MEDAL) i obecności SAHMA EL ARAB, zapewniono sobie możliwość użycia kolejnych, jak: AJA ANGELO (GB) po WH Justice (US), EL PALACIO (US) po Al Lahab (IL), MURANAS JASSEHR (DE) po Major (DE) i SHAMS SHARAV (IL) po Simeon Sharav (AU). W tej sytuacji – takiej klęski urodzaju - znowu zabraknie stosownej liczby klaczy dla Ekwista i Eternala, a już na pewno dla miejscowego Formana. Casus tego ostatniego: zbyt “troskliwego” (ergo ledwie śladowego) użycia w Michałowie, to już nie teza czy założenie, a smutny fakt. Koń spełniający wszelkie kryteria, by być cennym reproduktorem; sam urodziwy i stylowy, a do tego wywodzący się z charyzmatycznej, wybitnie uniwersalnej linii żeńskiej i “zanikającego” rodu męskiego - otrzymuje po kilka klaczy rocznie (a też nie słychać, by biły się o niego Janów czy Białka). Na naturalne więc, w tym stanie rzeczy, pytanie: jak w takich warunkach ma zaistnieć w stadzie i pozostawić sukcesora rodu - nie potrafią odpowiedzieć nawet najstarsi Górale. Na jego przykładzie widać pewną nieszczerość (grę pozorów) michałowskich hodowców. Z jednej strony ściągąją ogiery zza granicy, z drugiej - własnego lekceważą w sposób bezpardonowy. Czy da się pogodzić te dwa fakty? Nie bardzo, gdyż albo robi się coś szczerze ( konsekwentnie), albo tylko firmuje się fikcję. Przeciwskutecznymi działaniami są próby podejmowane w imię czegoś, a przy tym w trybie praktycznie uniemożliwiającym ich realizację. Ongiś prezes Trela “ratował” już ród Krzyżyka or.ar. - ściągając z Anglii do Janowa michałowskiej hodowli Ferryta. Niestety na dobrych intencjach się skończyło, gdyż nie znalazł dla niego więcej, niż 5 klaczy. W wyniku tego przyszło tam po nim na świat jedynie 3 źrebaki, co nie pozwoliło mu zaistnieć w stadzie. Pointa tutaj jest taka, że niespełniając “warunków brzegowych” skazujemy każdy projekt na porażkę (cuda bowiem zdarzają się niezmiernie rzadko)…

  

PODLASIE

  

W Janowie Podlaskim, gdzie hodowlą koni arabskich zawiaduje człowiek nie znający się na rzeczy - nie ma miejsca nawet na należytą świadomość i pogłębioną refleksję. Mamy więc tam do czynienia z porażającą prostotą - by nie rzec prymitywizmem – decyzji i działań. Pan prezes jako laik w temacie, tak też - iście po dyletancku - podszedł do tematu doboru osobniczego w stadninie, wybierając na ojców tylko najgłośniejsze ogiery i nicki (Saklawi I -Szamrajówka). Wszystkie inne arbitralnie usunął w cień, lub w ogóle odsunął od reprodukcji. W wyniku tych działań praktycznie tylko “linia wyścigowa” - jako nieliczna i specyficzna – będzie przeznaczona pod ogiery z rodu męskiego Amera or.ar., tj. importowanego SS MOTHILLA (GB) po Nizam (GB) i miejscowego BANDOLERO po Portmer (SE). Niemal wszystkie inne janowskie klacze trafią pod ogiery z rodu Saklawi I or.ar. (najczęściej) w nicku z “linią P”, z którego wywodzą się: masowo użyty w zeszłym sezonie POMIAN po Gazal Al Shaqab (QA); depczący mu po piętach w rywalizacji o tytuł “króla stada - POGROM po QR Marc (US) i POGANIN po Laheeb (IL), jak też usunięty już z listy, Paladid. Co więcej, stawkę “czołowych” zasiliły właśnie kolejne 4 ogiery tego “golden cross”, a do tego synowie Kahila Al Shaqab (US), tj.: PARIS (Palmeta), PEON (Penta), PISTOLERO (Pinga) i PITAWAL (Pepita). Wszystko to dzieje się w sytuacji, gdy już w 2017 roku źrebięta po Saklawi I or.ar. stanowiły ponad 80% stawki, gdy po Kuhailan Haifi or.ar. było ich 8%, po Latifie 7% /linia wyścigowa/, a po Ilderimie or.ar. 4%. W zeszłym roku ponad 80%, w tym ponad 90%, a w przyszłym aż strach pomyśleć jaki procent klaczy przeznaczonych pod jeden tylko ród męski (tu także Empire, QR Marc /US/ i EKS Alihandro /ZA/). Nie mamy tu więc do czynienia z czymś doraźnym i przypadkowym, a z jawną i regularną praktyką (procederem). W obliczu tych faktów nie sposób nie zadać pytań w jakim kierunku tak naprawdę zmierzamy i czy w istocie jest to kierunek szanujący naszą tradycję hodowlaną i uwzględniający harmonijny rozwój rodzimego stada? No a co z resztą (większością) rodów? Czy kilka klaczy - w najlepszym razie - na sezon dla Ilderima or.ar. czy nawet Bairactara or.ar. (vide ALMANZOR po El Nabila B /HU/) - mają “załatwić sprawę”? Nie sądzę, natomiast wiem, że takie działania to niechybny przepis na “aferę biologiczną” i wiele problemów już w niedalekiej przyszłości. Ten proceder nie miałby szans zaistnienia u prawdziwych hodowców; mających wiedzę oraz świadomość tego, jak niebezpieczne jest przeinbredowanie i jak ważna jest różnorodność genotypowa dla należytego poprowadzenia stada. Wprawdzie rozumiem, że nie mogę wymagać od kogoś, komu z gruntu obca jest dana wiedza, by kierował się jej zasadami, ale nie zetknąłem się tu również choćby z odrobiną rozsądku i wyobraźni. W tym stanie rzeczy nie pozostaje mi już nic innego, jak tylko zwrócić się do władzy zwierzchniej – także, nie tylko w kontekście tych patologicznych poczynań - o przerwanie tego szaleństwa i odwołanie tegoż człowieka z pełnionej funkcji. Każdy kolejny miesiąc zarządzania przez niego stadniną, to dla niej czas nie tylko w dużej mierze stracony, ale też zagrażający jej należytemu, harmonijnemu rozwojowi (vide wyżej).

  

Ewidentny brak fachowości, wyobraźni i odpowiedzialności prof. Pietrzaka za powierzone mu stado, jest nie tylko bulwersujący, ale i nie do zaakceptowania na dłuższą metę; natomiast jego ignorancja, w połączeniu z niebywałą arogancją, przestają już być jego osobistym problemem, a zaczynają być takim dla całej janowskiej hodowli. Pierwsza z brzegu niedogodność tego stanu rzeczy jest taka, że w przypadku jakichkolwiek zapytań nie ma się tam do kogo zwrócić, gdyż ów pan jest nie tylko osobą mocno zdystansowaną wobec świata i ludzi, ale i pozamerytoryczną. Jako taki zaprowadził w Janowie niebywałą, wręcz “alternatywną”, rzeczywistość, której nie sposób ująć w żadne logiczne, racjonalne czy merytoryczne ramy. Jest ona bardzo hermetyczna, gdyż izolująca się na wszelkie sposoby. Niewiele więc można się o niej dowiedzieć w necie (z ichniejszej strony internetowej, najbardziej topornej, jaką tylko można sobie wyobrazić). Praktycznie można zetknąć się z nią - jakimś jej wycinkiem – jedynie bezpośrednio i tylko pod czujnym okiem zamówionego wcześniej przewodnika, który (za drobną opłatą) oprowadzi nas po tym już zaiste “matrixie nad Bugiem” …

  

RESUME

  

Jedynym dziś rodem męskim mogącym liczyć na bezwarunkową sympatię, łaskę i hojność rodzimych włodarzy jest Saklawi I or.ar. Świadczą o tym dobitnie podane tu przykłady, jak też nieubłaganie i wciąż rosnąca skala jego użycia, chociaż już dziś mieszcząca się w przedziale od 70 do nawet 90 % puli klaczy (istne szaleństwo). Pomimo więc stwierdzonej (na Ponidziu, gdyż na Podlasiu takowej nie zauważono) świadomości stanu rzeczy, jak też werbalnej chęci działań mających na celu ochronę rodzimych wartości w hodowli, to podjęte na tym polu próby są jednak niewystarczające, gdyż niekonsekwentne, nie do końca trafione oraz mizerne w skali. Tym sposobem nieuchronnie zmierzamy więc w kierunku przeobrażenia stada w typie “Pure Polish”, w stado w barwach “Straight Egyptian Polska” - co nie jest zgodne ani z naszym programem hodowlanym, ani, tym bardziej, rodzimą tradycją i filozofią. Pomimo tego rzecz ma miejsce, dzieje się w najlepsze na naszych oczach i nikomu nawet specjalnie to nie przeszkadza. Mnie tak - “S.O.S dla Pure Polish”…

Mój list

Tydzień temu skierowałem pismo do Agencji Nieruchomości Rolnych (ANR), do wiadomości portalu polskiearaby.com. Choć w tym czasie nastąpiły zmiany personalne w SK Janów Podlaski (z pracy zrezygnował p.o. członka Zarządu Mateusz Leniewicz-Jaworski), do dziś nie otrzymałem żadnej odpowiedzi. Dlatego zdecydowałem się upublicznić mój list. Jego treść poniżej.

  

Jako ktoś od 34 lat związany nie tylko emocjonalnie z hodowlą koni arabskich w Polsce, gdyż od 25 l. także  jako publicysta i analityk, autor wielu tekstów m.in. w “Koniu Polskim” i “Końskim Targu”; jako ten, który ongiś przewidział i trafnie nakreślił problemy białeckiego stada (”S.O.S. dla SO Białka”, KT ‘06); wreszcie jako ten, który zaczął poznawać Janów Podlaski jeszcze za czasów śp. dyr. Andrzeja Krzyształowicza - mam, nie tylko moralne prawo, ale i swego rodzaju powinność zwrócić należną uwagę Państwa na aktualną, w wielu punktach nie mogącą być w żaden sposób akceptowalną, rzeczywistość w stadninie janowskiej.

  

Ostatnio SK Janów Podlaski, jako jedyna (w przeciwieństwie do SK Michałów i SO Białka) nie zareagowała na elementarne, ale tyleż kluczowe pytania portalu internetowego polskiearaby.com odnośnie do sezonu rozpłodowego 2017. Stało się tak - co tyleż znamienne, jak i porażające w swej wymowie - z dwóch zasadniczych powodów…

 

1. Dlatego, iż nikt z kierownictwa nie potrafiłby się merytorycznie odnieść do owych pytań (z braku stosownej wiedzy, doświadczenia i kompetencji);

2. Najpewniej nie wypracowano dotąd takich planów, bowiem wszystko co się tam ostatnio dzieje to jeden wielki chaos, pełna prowizorka i zatrważająca amatorszczyzna.

  

Oczywistym jest więc tu pytanie, jak w takich warunkach, tj. bez kompetentnej a decyzyjnej osoby i bez planów hodowlanych, może należycie funkcjonować najstarsza i najpiękniejsza w Polsce (bodaj najcenniejsza w świecie) stadnina koni arabskich czystej krwi?

  

To jednak jeszcze nie koniec, a ledwie początek bolączek tamtejszej hodowli (czyli jak u Hitchcocka)… Janów dziś to placówka borykająca się z palącą już kwestią niedofinansowania infrastrukturalnego i poważnymi kłopotami natury finansowej, które skutkują już niemal pełną absencją jego reprezentantów na najważniejszych pokazach w Europie. Nie udało się też dogadać w sprawie utrzymania sprawdzonego już poziomu oprawy wizerunkowej, a nowa “strona internetowa” Zarządu jest kpiną z wszystkich zainteresowanych. Wszystko to wpływa nie tylko na degradację obiektu i oczywistą, w tym stanie rzeczy, frustrację załogi, ale też skutkuje już realnym spadkiem wartości janowskiego “palenia” na arenie międzynarodowej (wszystko to ma miejsce, przypomnę, w czasie roku jubileuszowego, 200-lecia stadniny).

  

Nowy (z konkursu) Prezes, prof. S. Pietrzak, nie tylko nie ma żadnego pojęcia o koniach arabskich i o zarządzaniu tego rodzaju placówką, to cechuje go jeszcze niebywała wprost pasywność. Jeśli już przejawia jakąś aktywność, to głównie w próbach doprowadzenia do odwołania mianowanego tam wcześniej M. Jaworskiego (członka Zarządu d/s. hodowlanych). W efekcie wzajemnie sobie niechętni, czy wręcz wrodzy “dżentelmeni” nie tylko z sobą nie współpracują, co jest ich odgórnym obowiązkiem, ale nawet nie rozmawiają. Oczywiście nie pozostaje to bez negatywnego wpływu na wszystko co się tam /nie/dzieje (a, przypomnę, że nie jest to ich prywatny folwark, tylko stadnina państwowa, w której powinny obowiązywać określone typy/normy zachowań, ze świętą i pierwszorzędną powinnością należytego wypełniania swoich obowiązków).

  

Bezskuteczne próby wyrugowania niechcianego współpracownika skupiają lwią część uwagi Prezesa, a też rodzą w nim narastającą frustrację, która odbija się bezpośrednio na tych, wobec których sięga już jego władza. Sam pogubiony i pasywny - nie toleruje na swym terenie nikogo, kto wykaże się choć cieniem inwencji i chęci działania. Każda taka osoba jest szybko zwalniana, co stwarza jak najgorszą atmosferę wśród załogi i wymusza na niej totalną pasywność (tak, by nie podpaść Prezesowi i nie podrażnić jego i tak już “zranionego” ego).

  

W ten sposób zrodził się tam tyleż toksyczny, co niezmiernie patologiczny stan oparty w dużej mierze na elementarnych brakach: KOMPETENCJI, WIZJI i CHĘCI. Owa “degrengolada personalno-decyzyjna” wygenerowała w efekcie UKŁAD DYSFUNKCYJNY zdolny ledwie do AUTODESTRUKCJI, ale już w zupełnie obojętny wobec obowiązków, wyzwań i merytorycznych działań. Tak oto pod ogromnym znakiem zapytania stoi kwestia zapewnienia janowskiemu stadu właściwego toku pracy i prawidłowego funkcjonowania, a bez tego wszak nie będzie możliwe zachowanie jego sławy, renomy i charyzmy (a więc wartości niewymiernych i tyleż bezcennych dla każdej hodowli).

  

Panie Prezesie, czy wie pan o tym wszystkim i czy ma pan świadomość tego, co się w Janowie Podlaskim aktualnie dzieje? Dopytuję o to, gdyż myślę, że chyba nie o taką “dobrą zmianę” komukolwiek w ANR czy Ministerstwie Rolnictwa chodziło. Proszę mnie więc chwilę “posłuchać”.

  

Nie może być tak, by dla kierownictwa ANR i nadzoru właścicielskiego Janów był ważny tylko do momentu, w którym są w nim dziennikarze i kiedy jest o nim głośno w mediach (tylko wtedy jest on przedmiotem rozważań, dobrych chęci i powszechnej troski), gdyż Janów Podlaski to nasza historia, nasz skarb narodowy, nasza chluba i duma, ikona polskiej hodowli koni czystej krwi; miejsce, które stało się ongiś “Mekką konia arabskiego” i którą musi pozostać! Jako taka, stadnina ta w żadnym razie nie zasługuje na to, by ktokolwiek jej cokolwiek ujmował, by traktować ją instrumentalnie i by pamiętać o niej tylko “od wielkiego dzwonu”. Absolutnie nie zasługuje także na to, by szefowali jej ludzie “mali”: duchem, charakterem, wiedzą, wyobraźnią; urzędnicy bez określonej klasy, kultury pracy i elementarnej odpowiedzialności za jej stan doczesny i przyszłe losy.

  

Pragnę więc zaapelować do Pana Prezesa, który w imieniu Skarbu Państwa sprawuje nadzór właścicielski nad SK Janów Podlaski, o podjęcie koniecznych działań mających na celu naprawę opisanego wyżej stanu rzeczy, a tym samym doprowadzenie do sytuacji, w której Janowem zaczną zarządzać ludzie mądrzy i godni tej funkcji, a przede wszystkim do niej merytorycznie przygotowani…

  

Z poważaniem, Robert Raznowiecki

   

PS.

Ja wiem, że z różnych powodów nie ma za wielu takich ludzi w naszym kraju, ale taką z pewnością - na stanowisku dyrektora d.s. hodowli koni - byłaby pani prof. Krystyna Chmiel, od lat związana z tą stadniną, jak też z hodowlą koni arabskich. Ta prawdziwa pasjonatka i miłośniczka arabów jest postacią dobrze znaną i szanowaną w światku arabskim - jako m.in. autorka wielu prac oraz  opracowań na temat koni arabskich, ale też osoba, która ongiś z powodzeniem wykorzystała swą wiedzę w osobistym prowadzeniu hodowli koni tej rasy. Jej obecność i praca na rzecz nadbużańskiej stadniny z pewnością dawałaby gwarancję m.in. tego, iż już więcej tyleż proste co kluczowe pytania odnośnie planów hodowlanych nie pozostałyby bez odpowiedzi ze strony janowskiej…

  

Do wiadomości:

1. Pan W. Humięcki ANR

2. Pan A. Sutkowski ANR

3. www.polskiearaby.com

3 x P

Na tegorocznych Dniach Konia Arabskiego trzy wyrażenia na literę „P” miały dla mnie dojmujące znaczenie, ale z nich tylko jedno „P” przynosi nam chlubę, a mianowicie:

P linia
Rodzina żeńska Szamrajówki (osławiona linia „P”), która już w latach 80-tych XX w. rozpoczęła swój marsz ku wielkości na naszej scenie hodowlanej, okazuje się być dziś już bezsprzecznie najcenniejszą linią hodowlano-pokazową w Polsce. Potwierdziła to dobitnie w tym roku (202. od chwili przyjścia na świat jej protoplastki w chutorze Szamrajówka), w którym to nie było takiego czempionatu, gdzie w „Top Five” nie znalazłby się jej przedstawiciel. Co więcej, na w sumie 8 laurów czempiona/wiceczempiona zdobyła ona aż 5 tytułów (z tego dwa dubletem), plus najbardziej zaszczytny laur Best in Show – detronizując na tym polu Milordkę, dotychczasową dominatorkę. W Janowie też uzyskaliśmy ostateczne potwierdzenie – zauważonego w Białce – faktu, iż totalną klapą i klęską jest męski rocznik 2011 (a już na pewno w wydaniu państwowych stadnin), dlatego nieporozumieniem była niższa lokata Pomiana, niż Baroka i Emirzo, w „Top Five”. Czempionat Klaczek Młodszych (nie tylko pierwsza wygrana dubletem, ale też 4 miejsca na 5 możliwych) wykazał dobitnie jaką hegemonką jest w polskiej hodowli Szamrajówka. Reasumując: dziś nie tylko Pianissima, tegoroczna laureatka Nagrody WAHO, i Palmeta są prawdziwym skarbem Janowa (tudzież wszystkich Polek i Polaków), ale też już cała „linia P” – prawdziwa i rzeczywista „Pride of Poland” i „Polish Prestige” (do kupy).

Kolejne dwa „P”, to już zupełnie inne „przypowieści” – powody raczej do sromoty, niż do jakiejkolwiek satysfakcji. Drugi z nich znajdziecie poniżej, a pierwszym jest:

Ponurość
Jeszcze nigdy (lub bardzo dawno) w dziejach Narodowych Pokazów Koni Arabskich w Janowie Podlaskim nie mieliśmy do czynienia z tak ponurym, minorowym nastrojem. Złożyło się na to kilka faktów, jak np. widok niemal pustych sektorów nie tylko dla krajowych gości i hodowców, ale także dla gości zagranicznych i VIP-klientów. W znacznej części do owego ponurego klimatu podczas pierwszych dwóch dni przyczyniła się też grupa ponurych, smętnych sędziów (z nieśmiertelnym F. Huemerem, zblazowaną Ch. Chazel i pewnym siebie J. Laciną na czele). „Mało przyjazny” stosunek tych państwa do naszej hodowli arabów powinien być znany wcześniej organizatorom, dlatego ten skład jury (który uzupełniał Peter J. Pond z wyspy kangurów) nie powinien nigdy zaistnieć! Jednak zaistniał i był to klasyczny „samobój”, za który ktoś powinien „beknąć”, gdyż nasze Narodowe Pokazy powinny być chyba reklamą i świętem polskiej hodowli, a nie „wielką smutą”. Tych kilkoro ponurych państwa pokazało się – moim zdaniem – z jak najgorszej strony; tak w wymiarze kompetencji (tych nie stwierdziłem), jak też braku klasy i kultury. Ich oschłe zachowanie i regularne zaniżane ocen przyczyniło się znacząco do „stłamszenia” radości płynącej z tego święta polskiej hodowli. Nie wiem jak dla kogo, ale dla mnie niezwykle ponurym momentem były też ostatnie chwile pierwszego wejścia na ring aukcyjny Ejrene, kiedy to prowadzący licytację aukcjoner wprost „wychodził ze skóry” (prosił, błagał, zaklinał, uciekając się też do swego rodzaju groźby i szantażu emocjonalnego wobec klientów), by wreszcie już mógł „przyklepać” to 450 tysięcy euro (żebrząc wręcz o te brakujące 10 tysięcy) – co absolutnie nikogo nie wzruszyło (w rezultacie czego klacz schodziła zrazu nie sprzedana i była to dogłębnie żenująca chwila). Ponury nastrój (i tyleż żenadę) pogłębiły jeszcze totalny chaos panujący w płaszczyźnie organizacyjnej na linii aukcjonerzy-klienci, którego ofiarą padła choćby wybornego pochodzenia (pełna siostra Eryksa) Emmonida… Reasumując: Ciemno wszędzie, głucho wszędzie, co to będzie, co to będzie…?

Pazerność
W moim głębokim przekonaniu, w czasach niewątpliwego kryzysu finansowego na świecie – organizatorzy danej imprezy powinni wykazać choć odrobinę umiaru, elastyczności i dalekowzroczności – ergo profesjonalizmu. Tymczasem mieliśmy tu do czynienia – o zgrozo – z zupełnie odwrotną, przeczącą jakiemukolwiek zdrowemu rozsądkowi sytuacją, tj. żądań jakichś horrendalnych stawek i opłat wobec gości. Rzecz doprawdy niebywała, ukazująca z całą mocą rangę niekompetencji i skalę pazerności niektórych, dla których to liczy się tylko maksymalny zysk i nic/nikt więcej. W efekcie wielu potencjalnie chętnych znalezienia się w Janowie (na święcie konia arabskiego, a nie mamony wszak) wystraszyła i zniesmaczyła ta sytuacja, a w konsekwencji zniechęciła i zawróciła z drogi. Niemałą pazernością, pierwotnym brakiem elastyczności i kompletnym nieliczeniem się z prawami rynku „popisał się” również jeden z prezesów, który zbyt wygórowanych żądań cenowych wobec Ejrene nieomal nie przypłacił utratą części wylicytowanej pierwotnie kwoty (jak to było ongiś w przypadku Fallady). Szczęściem, w tym przypadku, wszystko skończyło się dobrze, ale na przyszłość trzeba jednak wcześniej ustalać realne granice ceny minimalnej (kompatybilne z rzeczywistością, a nie li tylko marzeniami), by unikać takich żenujących volt (powrotów niesprzedanych zrazu klaczy na ring aukcyjny, choć lepsze to, niż gdyby miała zostać niesprzedaną). Należy tu bezwzględnie mieć na uwadze, że nie zawsze ma się takiego farta, jak choćby ze sprzedażą Piacenzy (młodej i tyleż niewiele ponad przeciętnej klaczki za wybitnie/dziwnie duże pieniądze). Reasumując: chęć maksymalizacji zysku – jak najbardziej tak, ale pazerność – już nie, bo często chytry dwa razy traci…
PS.
Na koniec absolutnie nie zgadzam się z głosami (zarzutami) odnośnie „mało wyrównanej oferty” tegorocznej czy „zbyt dużym rozziewie w wartości oferowanych koni”. Po pierwsze żadna aukcja na świecie nie składa się tylko z koni najwyższej jakości; po drugie polskiej hodowli nie stać na wystawianie co roku większej liczby gwiazd; po trzecie wreszcie tegoroczny zestaw był całkiem interesujący, tylko został on w dużej mierze przedwcześnie „spalony” przez filmiki (anty) reklamowe amatorskiej ekipy z USA – mającej wprawdzie wielkie aspiracje, a już znacznie mniej argumentów ku temu, by coś należycie zrobić.
Czasami lepiej nieco mniej pokazać (przed finałem; pozostawiając lekki niedosyt), niż pokazać za dużo (a do tego nieudacznie). Reasumując: co za dużo, to niezdrowo…

Czy odrobimy lekcję?

Prolog

Jedną z najważniejszych prób selekcyjnych dla 4-letnich i starszych koni arabskich na Służewcu, tj. międzynarodową Nagrodę Ofira (kat. A) na dystansie 2400 m wygrał rosyjski s. DOSTATOK 2007 po Status (Latif or.ar.). Przebiegając dystans w czasie 2’47,8’ (ćwiartki 31.2 – 35.0 – 35.7 – 32.7 – 33. 2) pokonał on o szyję także rosyjskiego gn. NONETA 2008 po Nitagor (Koheilan Adjuze or.ar.), za którym o 6 długości był holenderski gn. VLY KOSSACK po Nougatin (Latif or.ar.), za tym z kolei o 5 długości jego brat „po kądzieli” s. VIA VERDI KOSSACK po Marwan I (Latif or.ar.). Ostatnie płatne miejsce (w odstępie kolejnych 7 długości) zajął brytyjskiej hodowli gn. ADDING po The Viking (Kuhailan Haifi or.ar.), a jedyny w stawce reprezentant polskiej hodowli (A. Nicponia) – Werdżeb po Fedain (Kuhailan Afas or.ar.) – przybiegł przedostatni, tracąc do zwycięzcy aż 35 długości.

Myślę…

Myślę, iż tak skład, jak też rezultat tego biegu powinien dać wiele do myślenia naszym włodarzom, gdyż dobitnie ilustruje on fakt bezsporny, iż nasze araby, w tym hodowli państwowej, są na torze jedynie tłem dla rosyjskich, holenderskich czy niemieckich (o francuskich zmilczę, bo to inna „bajka”)! Wprawdzie – w dwuwiekowej historii polskiej hodowli koni arabskich – rywalizacja wyścigowa nie była nigdy dominującą (ledwie elementem treningu i dodatkowej, a nie zasadniczej selekcji), jednak taki stan rzeczy powinien być asumptem do działań zaradczych na tymże polu, a przede wszystkim przywrócenia jej statusu hodowli kompletnej i wymiaru uniwersalnego.

Oczywistą rzeczą jest fakt, iż są to widome skutki panującej przez wiele lat „mody na saklawi” i swoistego pędu (nieraz bezmyślnego) naszych współczesnych hodowców za trendami, które objawiły się faworyzowaniem głównie linii pokazowych. Nadmierne skupienie się na rodzie męskim Saklawi I or.ar. i ledwie wybranych rodzin żeńskich skutkuje dziś nie tylko dramatycznym (ilościowym i jakościowym) osłabieniem „linii biegających”, ale też całej, mocnej ongiś różnorodnością (ergo plastycznością) puli genetycznej polskiego stada czystej krwi.

W efekcie – w Janowie Podlaskim, Michałowie i nawet Białce, która najdłużej broniła się na tym polu (nie mogąc specjalnie konkurować na innych) – zaczęło się rodzić coraz mniej dobrych wyścigowców, z czego zrazu skorzystali prywatni hodowcy (vide Farah-Buffi, Emanuela, Eumura, Mamba, Wiatka /Oaksistki/). Nieuchronnie jednak ową słabość, a tym samym lukę (by nie rzec wyrwę) wypełniły zagraniczne araby (Zippo, Nedjam Lotos, Seliger, Wienerva, Orgia Fata, a po nich kolejni), w rywalizacji z którymi nasze araby nie mają dziś absolutnie nic do powiedzenia. Proces upadku tegoż segmentu selekcyjnego jeszcze pogłębił się – co oczywiste – wraz z problemami służewieckiego toru i wyścigów w Polsce, jakie miały miejsce przez większą część pierwszej dekady XXI w. Po ustaniu owych problemów i wznowieniu wyścigów araby zagranicznej hodowli stały się hegemonami prób selekcyjnych na Służewcu, a ich właściciele przejęli większość wpływów z nagród finansowych. Ten fatalny stan rzeczy został szczęściem skorygowany poprzez zamknięcie pewnej części gonitw dla gości zza granicy oraz wprowadzenie premii hodowlanych dla reprezentantów naszej hodowli biegających na torze. Jeśli więc nawet wciąż jeszcze brakuje nam idealnych rozwiązań na tym polu, to stworzono tak niewątpliwie podstawę odrodzenia w naszym kraju linii wyścigowych – a tym samym docenienia także tej płaszczyzny w obrębie całego spektrum hodowlano-selekcyjnego koni arabskich w Polsce.

Od kilku lat SK Janów Podlaski ma swój tor roboczy, gdzie tamtejsze konie trenowane są pod okiem Darii Gutowskiej (świetny był dla nich zeszły rok, gdyż w tym sezonie dość nieciekawie to wygląda), jak też odnotowaliśmy już pierwsze próby „interwencji hodowlanej” na tym polu. W ich efekcie SK Michałów ma kilka sztuk przychówku po KA Czubuthan /US/ i DA Adios /US/, a Janów ma 3 źrebaki po Portmer /SE/). Są to jednak tylko doraźne i incydentalne, a co za tym dalece niewystarczające próby. W efekcie – walka o podniesienie w naszym kraju poziomu hodowlano-selekcyjnego w aspekcie wyścigowym wymaga dalszych starań i kreatywnych inicjatyw. Oczywiście świetnie, iż pomyślano o wnuku Orła (ród Koheilan Adjuze or.ar.), o synu Wikinga (Kuhailan Haifi or.ar.) i Amera (a wnuku pustynnego Wafi or.ar.), jednak potrzeba tutaj czegoś więcej, niż tylko jednego toru roboczego w Janowie i kilku porcji MN na rok. Wskazane byłyby tu dwa (najlepiej trzy) takie tory robocze i bezpośrednie udziały klasowych reproduktorów w dłuższym przedziale czasowym oraz na większą skalę.

Takim mógłby być na pewno (sławny już na Służewcu) Dostatok z rodu Latifa or.ar. Kalibrowy, a przy tym niepozbawiony bukietu arabskiego – wybitnie dzielny – ogier jest prawnukiem zasłużonego w Tiersku Kumira1, na którego jest zinbredowany w dużej podkowie (3×4). Co więcej syn Statusa (a prawnuk „po kądzieli” Armaniaka) wywodzi się od epokowej w Tiersku Mammony po Ofir (urodzonej jeszcze w Janowie Podlaskim przedstawicielki rodziny żeńskiej Sahary or.ar.). Latif or.ar. to najbardziej prepotentny wyścigowo ród męski współczesnej doby i największa siła napędowa wyścigów arabskich w świecie (a świadczy o tym także rzeczona Nagroda Ofira), ale też coraz częściej mogący się pochwalić także wybitnie urodziwymi reprezentantami2.. Jako taki ogier ten byłby niewątpliwie bezcennym partnerem dla naszych klaczy po linii wyścigowej (ale nie tylko, gdyż niewiele już takich zostało na etatach w stadninach państwowych). Po cóż daleko szukać MN mniej czy bardziej egzotycznych nicków, jak na Służewcu biega koń, który spełnia wszelkie kryteria progresywności i który mógłby walnie przyczynić się do podniesienia klasy wyścigowej polskich arabów3.

Co znamienne, w Nagrodzie Ofira najmocniej z bezsprzecznie wybitnym Latifem, walczył reprezentant… Koheilana Adjuze or.ar., którego to rodu – pomimo zapewnień oraz pozorowanych prób (z El-Visem) – nie udało się dotąd reaktywować w Polsce. Tymczasem nikt – o jakimkolwiek pojęciu – nie może mu odmówić szeregu zalet, w tym też prepotencji wyścigowej, twardości i waleczności. Pamiętajmy, iż wywodziły się z niego tak wybitne konie, jak m.in. janowski Piołun, jego syn – legendarny tierski Priboj czy z kolei jego synowie, tj.: Topol (ojciec Naftalina, a dziadek Visbadena i Gordona) oraz Pietuszok, który dał w Polsce Orła, derbistę Woska i Bajrama, jak też trójkoronowaną Orlę, Wilmę (matkę Wikinga i Winety4) i zasłużoną Algonkinę (matkę słynnej Algerii). Dzisiaj tierskiej hodowli Nonet (wnuk Gordona, a prawnuk Naftalina) – tak dzielnie „stawający” Dostatokowi – udowadnia swą walecznością, że Koheilan Adjuze or.ar., to wciąż żywy, bezcenny i wielce progresywny potencjał.

Epilog

Brak tych dwóch rodów męskich w palecie genotypowej naszego stada, a tym samym w wymiarze jego potencjalnej progresji wyścigowej, to więcej niż zbrodnia, to błąd… Zamiast więc szukać wsparcia i tyleż egzotyki gdzieś za oceanem czy po Skandynawii, wpierw rozejrzyjmy się trochę wokół siebie. W istocie, bez Latif’a i Koheilana Adjuze or.ar., autentyczna (a nie tylko pozorowana) odbudowa naszej hodowli koni arabskich w aspekcie wyścigowym – jak też generalnego wzmocnienia jej bazy genetycznej – nie będzie już dziś (w pełni) możliwa…

_ _ _ _ _ __ _ _ _ _ _ _ _ _ _

1 Córką Koreja (dziadka Kumira) była – urodzona w Albigowej – wybitna wyścigowo (trójkoronowana) Prowarda, a wnuczką samego Kumira – urodziwa Kwesta (po Pesennik) – Młodzieżowa Czempionka Polski, a przede wszystkim matka legendarnej już Kwestury po Monogramm (US).

2 Świadczy o tym choćby utytułowany w Europie, w kategorii młodzieżowej, a użyty w 2010 r. w prywatnej hodowli (wydzierżawiony przez SK Grabów nad Pilicą) kszt. HDB Sihr Ibn Massai (DE) – praprawnuk Kumira – który pozostawił w Polsce dość obiecującą stawkę klaczek (w tym Ferggie, Doris Sky, Face of Queen, a przede wszystkim El Sienę – triumfatorkę swej klasy i „Top Five” z Białki).

3 Zobaczmy, jak dobrze radzi sobie na tym polu /w prywatnej hodowli/ s. Akbars (RU) 2000 po Nougatin (FR) od Arka po Karnaval (SU) – ojciec Firy Akby, Akbaretki, Piawelli i Perfektora czy Pirata.

4 Amerykańska wnuczka Winety (hodowli i własności L. Błachuta) – Wilga Fata – wygrała niedawno swój wyścig na Służewcu.

Polemika na temat „sukcesu hodowlanego SK Michałów w wiosennej Białce”

Pewnie i tak tekst nie wszystkim się spodoba, więc zostanie zdjęty (co miało już kiedyś miejsce), ale póki co chcę powiedzieć, iż SK Michałów – z liczby i rangi zdobytych laurów największa triumfatorka – okazała się też równolegle najbardziej przegraną w tej edycji wiosennego młodzieżowego pokazu… O pełnej (i tylko) wygranej hodowla ta mogła mówić rok temu, kiedy to przywiozła z sobą imponującą stawkę wyśmienitych roczniaków (głównie, ale nie tylko po QR Marcu), walcząc też skutecznie także w starszych kategoriach. Dziś wygrali tylko 2-letnimi gwiazdami, a niemal nie zaistnieli w najbardziej intrygującej, znaczącej kategorii – roczniaków. Co to za „wielki” sukces, kiedy czempionką Białki zostaje nie kto inny, jak Młodzieżowa Czempionka Polski, a czempionem ogierków brązowy medalista czempionatu Polski? Jakiż to pełny sukces, gdy jeden z najsłabszych roczników (2011), jaki przyszedł na świat w tej stadninie w ostatnich dekadach „przykrywa się” zwycięstwami pewniaków? To tak, jakby – w nowej edycji konkursu – szefostwo kuchni chciało na siłę zatrzeć złe wrażenie z braku świeżej, atrakcyjnej oferty, odsmażeniem raz jeszcze nagrodzonego w zeszłym roku kotleta! Oczywiście nie było żadnych przeszkód, by Wieża Mocy i „spółka” oraz Equator (bity faworyt do tytułu Młodzieżowego Czempiona Polski 2012) wystąpili i wygrali tego roku w Białce, jednak ów triumf Michałowa nie może być uznany inaczej, jak tylko za połowiczny. Poza wszystkim te zdobyte tytuły, to takie „klajstrowanie” już nieco rozpruwającej się materii, jaką – w mym pojęciu – jest ich polityka hodowlana.

Ów – co tu dużo mówić – słaby (a w grupie ogierków wręcz fatalny) rocznik 2011, to nie tyle nawet efekt „cykliczności” o jakim pisze P. Monika Luft, co widomy znak postępującego od pewnego czasu regresu tej stadniny, wewnętrznego jej „zapętlenia”. Te skutkują m.in. dużymi wahaniami „formy” i znaczącym spadkiem efektywności hodowlanej na polu „produkcji” klasowych ogierków. Nigdy dotąd nie zdarzyło się bowiem tak, by w Białce był pokazywany ledwie jeden (!) ogierek (danego rocznika) „made in Michałów”, więc mieliśmy tu do czynienia z zaskakującym i tyleż smutnym precedensem. W dwójnasób sam Emirzo (choć rodzony brat Empire) nie zachwycił i z oceną 39.83 pkt., znalazł się ostatecznie dopiero na szóstym miejscu (na trzecim w swej klasie) w rankingu ogierków rocznych – wyprzedzony tam (by było ciekawiej) aż przez 4 reprezentantów hodowli prywatnej. Ba, tyleż paradoksalnie, co jednak symptomatycznie o „nieudaczności” rocznika 2011 świadczy też fakt, iż ich najwyżej ocenione michałowskie klaczki, tj. Wildara i El Media (druga i trzecia w klasie 4 C), są córkami nie kogo innego, a… Gangesa (kiedyś wielkiej nadziei polskiej hodowli, a dziś de facto outsidera, jednego z mniej efektywnych, klasowych reproduktorów w naszym kraju). W tym miejscu i kontekście nie można nie zapytać, no a co z potomstwem szeroko użytego Pegasusa (oprócz jednej – nie tak znowu pięknej – Pięknej Damy), co z „obiecującymi” sztukami po Alercie (po którym nie pokazano nic), Kabsztadzie (oprócz jednej Dolores), Edenie C (za wyjątkiem słabszej El Dorelli) i QR Marc’u? Co się stało na miły Bóg i dlaczego zaistniało w sezonie 2010 – co zweryfikowała bezlitośnie wiosenna Białka – aż tyle niefortunnych działań hodowlanych? A może to tylko pech lub też zwyczajne uskutecznienie reguły, iż już tylko co drugi michałowski rocznik może być udany? Jak by jednak nie patrzeć – niezbyt to wszystko budujące i zaiste trochę wstyd…

Oczywiście młodzieżowa Białka, to nie tylko roczniaki, ale też dwulatki i trzylatki – ok., wszystko się zgadza. Z tym jednak iż owa, to przede wszystkim akcentowanie i promowanie wszelkich debiutów – wszystkiego tego, co młode, nowe oraz świeże w rodzimej hodowli. W tej mierze tegoroczny występ SK Michałów należy ocenić dość krytycznie. Pytanie, skąd ostatnimi czasy aż taka trudność w Michałowie (bo jeden Equator w 2010 r. czy Empire w 2009 , to tylko wyjątki od reguły) z kreowaniem stawek klasowych ogierków (rzędu 2 – 4 sztuk)? Czy to już nie wyraziste symptomy zbyt dużego ujednolicenia i spokrewnienia stada – nadmiernego skupienia się na Milordce (a w jej obrębie na linii Emigracji)? Czy jest rzeczą rozsądną i właściwą z punktu widzenia skali efektywności hodowlanej, iż lwią część owego pogłowia tworzą głównie córki 2 - 3 ogierów; że tak mało w nim różnorodności/odmienności ustrojów (co wszak znacząco zubaża możliwość kreacji „ dzieła doskonałego”)?

W przeciwieństwie do Michałowa – SK Janów Podlaski „nie dała ciała” z rocznikiem 2011, gdyż i ciekawszych ogierków tam więcej (niż jeden), i bardziej intrygujące klaczki, jak też lepiej ułożony zestaw reproduktorów wyróżniającego się potomstwa. Wprawdzie żaden z tamtejszych rocznych ogierków nie „rzucił na kolana”, no ale przynajmniej jest jakaś konkurencja, jakaś alternatywa (zawsze to coś – na początek). Co więcej, kilka z janowskich roczniaczek, a szczególnie Euzona po Om El Bellissimo /42.83, pierwsza w klasie/, Anima po Ekstern/41.67, druga/ czy nawet Piniata po Eden C /40.67, czwarta/, to wielce obiecujące młode postacie naszej sceny pokazowej. Wprawdzie tym razem nie przywiózł z sobą Janów konia na miarę choćby Pogroma (choć blisko tego była Euzona), to ocena jej roczniaków jest dość dobra. Nie ma więc regresu nad Bugiem (takiego jak nad Nidą) w odniesieniu do zeszłego roku, ale to pewnie dlatego, iż marny był ów poprzedni („gangesowy”) rocznik i nie byłoby już nawet z czego „odjąć”. Dość pozytywną ocenę za janowskie roczniaki zakłóca jednak kompletny brak 2-latków (jakby 2 lata temu nic się w Janowie nie urodziło). Wygląda to trochę jak podzielenie się odgórnie akcentami – by nie wchodzić sobie w paradę. W tej mierze jedni swój wielki sukces oparli na 2-latkach, a drudzy (choć mniejszy) na roczniakach…i wszyscy są „zadowoleni” – czyż nie?

Także SO Białka (ostatnio, a to za sprawą Esparto, dość wyraźnie na fali) miała się czym pochwalić tego roku. Jeśli nawet nie żadnym nowym Peronem (a szkoda), to na pewno świetną (dla mnie najlepszą wśród rocznych klaczek) Perfinką /42 pkt., pierwszą w klasie/ czy Egirią /40.83, czwarta/– pełną siostrą stylowej Egemy. Skoro więc mamy tu do czynienia z progresją (a nie regresją) hodowlaną, to możemy postawić mały plus (plusik) przy tej hodowli, choć tego roku jej ogierki były już znacznie słabsze, niż ubiegłoroczne, choć 2-letni Pernal (rodzony brat Perfinki, który był drugi po Peronie jako roczniak) nie tylko nie progresował, lecz znacznie obniżył swój poziom, co jest trochę niepokojące w kontekście oceny finalnej jego ojca. Natomiast generalnie – jak na stado, które dopiero „dźwiga się z kolan”, to pokazało się tego roku u siebie całkiem dobrze (w tym ostatnim „rzucie” po Esparto).

Tak analizując wszystko to, co miało miejsce 2 i 3 czerwca – z zewnątrz, to faktycznie uderza tu ewidentna – mająca miejsce nawet naprzemiennie – cykliczność dobrych i złych „plonów” w poszczególnych ośrodkach hodowlanych. Praktycznie, w istocie nie ma takiej stadniny, która utrzymywałaby przez dłuższy czas wysoki, równy poziom, gdyż wręcz normą stają się „skoki” jakościowe i wahania „formy”. Myślę jednak, że nie jest to żaden powód do chwały naszych „włodarzy”, którzy nie potrafią wykorzystywać sukcesywnie wszak wciąż dużego (choć już dość ograniczonego i zdeformowanego) potencjału. Z drugiej strony oczywiście można zrozumieć, iż nie wszystko jest zależne tylko od racjonalnych zachowań i właściwych doborów osobniczych, gdyż i natura ma nierzadko coś do powiedzenia (tym niemniej „szczęście sprzyja lepszym”)…

Nie kto inny, jak Roman Pankiewicz już wiele lat temu pisał metaforycznie, iż w palecie malarza powinno być jak najwięcej kolorów i odcieni, bo tylko tak ówże będzie miał możliwość stworzyć naprawdę pełne, doskonale dzieło. To było nie tylko piękne (poetycko), ale też mądre i uniwersalne przesłanie. Szkoda więc, iż współcześni państwowi hodowcy aż tak bardzo o nim zapomnieli – usuwając w pierwszym rzędzie ze swych stad córki skromnych, choć (z wielu względów) cennych ogierów, które tworzyłyby przeciwwagę (w sensie bilansowania i ubogacania stada) dla tych bardzo licznych (ale przy tym dość jednolitych) stawek po „gwiazdorskich” ojcach. Czy ktoś (tam „u góry”) zastanowił się kiedykolwiek nad tą kwestią – w niemal ślepym dążeniu tylko za tym co „modne”?! W kontekście zbudowania stada uniwersalnego genetycznie nie pomógł też fakt, iż tak łatwo zrezygnowano ongiś z cennych linii i gałęzi hodowlanych – przy choćby najmniejszej chwili ich słabości. Swoje (in minus) na tym polu robi trudność z utrzymaniem (w należytym stanie) nawet tych 7 rodów męskich, których utrzymanie we właściwej kondycji powinno być „najwyższym nakazem” zawiadujących rodzimą hodowlą, gdyż są one niezbywalną pulą egzystencji biologicznej naszego stada. Co tyleż dziwne, ile smutne – naszym „włodarzom” trudno pojąć autentyczną potrzebę poszerzenia i wzmocnienia puli genetyczno-plazmatycznej oficjalnego stada oo, gdyż ta obecna (jako się rzekło – już dość wąska i zdeformowana) nie potrafi się regularnie skutecznie bronić przed zaglądającym jej już głęboko w oczy regresem.

Natomiast hodowla prywatna okazuje się być już godną rywalką hodowli państwowej. Jestem zbudowany jej wynikami (i reprezentantami) w tegorocznym młodzieżowym pokazie – tym bardziej dlatego, iż te sukcesy były dziełem nie tylko jednej stadniny, a rozłożyły się na kilka ośrodków hodowlanych (to dobry prognostyk na przyszłość). Oczywiście cieszą sukcesy Psyche Kereta po Khidar (BE) i Gotico po WH Justice (US), jak też udane występy Espekta po Ekstern i Mentona po Abha Qatar (ES). Co więcej, wymieniona czwórka okazała się najlepsza w całym roczniku ogierków (satysfakcja dla jednych, a sromota dla innych). To oczywiście i dobrze i źle, bo jeśli ten proces będzie się utrzymywał, to docelowo nie będziemy mieć rodzimych reproduktorów w hodowli państwowej – przy „wzdraganiu się” Panów Dyrektorów przed sięganiem po ogiery hodowli prywatnej. Oczywiście nie mówię tu o najbliższym roku, czy nawet pięciu latach – no ale już np. za dekadę taki problem może stać się całkiem realny… Pytanie – docelowe – co wtedy, a na dziś – czy faktycznie chcemy do tego dopuścić?

Tu zadajmy sobie kolejne pytanie: czym ostatnio hodowcy prywatni „biją” tych państwowych? Osobiście myślę, że przede wszystkim większą inwencją i elastycznością, ale też wyobraźnią i zaangażowaniem. Ostatnio też widzę, że hodowcy prywatni, jak też zagraniczni mają tu więcej szczęścia („lepszą rękę”)… Wystarczy iż Belgowie wezmą (w takim czy innym trybie) jakąś michałowską klacz i zaźrebią (i wypłuczą) QR Marc’em, to zaraz „wyskakuje” jakiś, nie przymierzając: Espressivo, Emanos K.A., Emmerson K.A., Panthos, Pavorotto K.A. czy Emerald J. Ba, nawet nad Wisłą przychodzą na świat bardzo dobre Primero Marc(i), Zimarc(i) i Emarc(i) – a tylko w Michałowie ledwie jeden Equator, a poza Janowem takiż sam Pogrom…pech!

W obu państwowych stadninach myślą ostatnio, że jakimś genialnym rozwiązaniem jest krycie wszystkiego, co najlepsze Edenem C, a to jest kolejny już mit oraz robienie z siebie „zakładnika” własnych, nie do końca słusznych, teorii. Nie mam nic do Edena C (no może trochę), ale takie krycie nim „wszystkiego co się rusza” z wśród elity, to kolejny już przejaw swego rodzaju słabości oraz takiej mechaniczności i automatyzmu – a nie indywidualnego, błyskotliwego podejścia. Każdy ogier może coś dać – a już tym bardziej klasy Edena C, jednak pod warunkiem że będzie zaźrebiał starannie wybrane mu klacze, a nie „jak leci, byle z górnej półki” – bo to nie o to wcale chodzi (a biedni ci, którzy myślą, że o to właśnie). Zobaczymy co wyrośnie w Michałowie z klaczki od Emandorii po Eden C i córki od Emandy oraz Abha Qatar. Cieszę się, że są te klaczki i nie powiem też, że mają one jakieś złe nicki, ale jak na mój gust zbyt dużo tu takiego „odgórnego snobizmu”, a za mało próby autentycznego zrozumienia istoty oraz predyspozycji ustrojowo-genetycznych owych wyśmienitych klaczy. Teraz Janów (za pomocą Kahila Al Shaqab) „walczy” z Michałowem (Shanghai E.A.) o prestiż oraz lepszy przychówek 2013. To dobrze, że odbywa się taka rywalizacja, jednak w jej świetle (oraz związanych z nią emocjach) jakby zapomina się o wszelkich innych racjach, podstawach wręcz należytej i progresywnej polityki hodowlanej, która wszak nie może być prowadzona tylko za pomocą (takich czy innych) fajerwerków. Z kolei efekty najnowszej rywalizacji „możnych” ocenimy już niedługo, bo w czerwcu 2014 r. w Białce (oby ta „para nie poszła tylko w gwizdek”; osobiście stawiam na siwka)…

Hodowcy prywatni są lepsi od państwowych głównie elastycznością i indywidualnym, nierzadko też rozważnym (acz śmiałym) podejściem. Dlatego na ich podwórkach sprawdzają się ogiery (ergo - typy łączeń), po które hodowla państwowa albo nie sięga wcale, jak po Khidara (BE), Psytadela (US),WH Justice, Marajj’a (US) czy HDB Sihr Ibn Massai (DE) – albo też (już sięgając, jak po Abha Qatar’a) używa je w innej opcji czy tonacji. U państwowych spotykam się nieraz ze swego rodzaju „topornością” w doborach osobniczych, takim siłowym, mechanicznym (nierzadko przy tym ślepym) przywiązaniem do własnych koncepcji hodowlanych, które docelowo wcale się nie sprawdzają (nieraz nawet dość boleśnie). W tym sensie wybory „oficjalnych” (jakby nie wąskie i ograniczone) są często dość sztywne, schematyczne i nierzadko spóźnione wobec świata, a przede wszystkim coraz mniej odpowiedzialne! Wszystko to dość negatywnie odbija się na obliczu i hodowli państwowej, a głównie (wprost) na skali i wymiarze jej możliwości twórczych. Myślę, że w dużej mierze zasygnalizowała to niepokojące zjawisko właśnie tegoroczna Białka i tak ją przede wszystkim odbieram.

 
  Publikowanie tekstów oraz zdjęć z portalu polskiearaby.com na innych witrynach wymaga każdorazowo pisemnej zgody wydawcy portalu.  
 
   
  --