Czwartek . 27.06.2019 . 02:09
   
 
 
 
  Polskie Araby

Ludzie i konie

 
 
facebook
polskiearaby.com
--
Pride of Poland - 49th Janów Podlaski Auction
Hanna Sztuka
Okręt flagowy tonie!...
Wśród 40 spółek z branży rolnej podległych dawnej ANR, obecnie przemianowanej...
więcej
--
--
Kontakt
Wydawca:
Monika Luft
Opinie wyrażane w tekstach publikowanych w portalu polskiearaby.com są osobistymi ocenami autorów.
Dział techniczny:
Reklama:
nasz cennik
--
--
--
--
--
--
--
 
 
Kiedy Pilarka była królową
 
Autor: Monika Luft | 2006-06-30 | Drukuj
 
Na początku lat siedemdziesiątych Zofia Raczkowska zrobiła w Michałowie zdjęcie galopujących koni. Nie mogła przypuszczać, że trzydzieści kilka lat później, w maju 2006 roku, zdjęcie pojawi się w japońskich gazetach. Wykorzystano je w reklamie społecznej, której publikacja kosztowała prawie milion dolarów! Japońscy pracownicy agencji reklamowej, która przygotowała kampanię, przyjechali do Polski, by poznać autorkę fotografii i obejrzeć inne jej prace.

Monika Luft: Jak powstało zdjęcie, które zafascynowało Japończyków?

Zofia Raczkowska: Oni też o to pytali. Myśleli, że zrobiłam je z samolotu albo z helikoptera. A ja stałam na drabinie w stajni. Konie wracały z pastwiska, pędziły do wodopoju. Wyglądały jak tabun w stepie… Tym młodym grafikom z Japonii spodobało się, że zdjęcie pochodzi sprzed kilkudziesięciu lat – nie jest już młode, a mimo to robi wrażenie. Ta reklama społeczna miała uzmysłowić ludziom, że pokolenie sześćdziesięciolatków jest nadal aktywne i potrzebne.

M.L.: Czy pytali panią również o to, dlaczego fotografuje pani konie?

Z.R.: Oczywiście, każdy o to pyta. Dla mnie koń zawsze był czymś nieprawdopodobnym. Konie mi się śniły, kiedy byłam mała. Część dzieciństwa spędziłam na wsi – pamiętam, że nie mogłam przejść obok konia, żeby nie wyciągnąć rączki i go nie pogłaskać. Moja starsza o siedem lat siostra jeździła na koniu na oklep, a ja strasznie jej zazdrościłam i uciekałam ze szkoły, żeby też pobyć na pastwisku. Próbowałam się ukryć, ale z wysokości końskiego grzbietu zawsze udawało się jej mnie dostrzec…

M.L.: Marzenie spełniło się, gdy zaczęła pani jeździć konno.

Z.R.: Najpierw były wyprawy z mężem motocyklem na Mazury. Potem Bieszczady, a jeszcze później stadniny. Pierwszy raz sfotografowałam konia w 1962 roku, w Białce. Nigdy nie zapomnę też dnia, gdy po raz pierwszy ujrzałam araby. To było w Janowie Podlaskim. Zobaczyłam klacze wszelkiej maści, ze źrebakami u boku, tak piękne, że zapierało dech. Zauważyły mnie i czujnie podniosły głowy. Ręce aż drżały mi z emocji, gdy sięgałam po aparat. Przyjeżdżałam potem tak często, jak mogłam, o piątej rano, gdy konie wychodziły na pastwisko. Wiedziałam, którędy będą szły, szalałam z aparatem dwie, trzy godziny i wracałam do domu. Albo jechałam na rowerze, zagrzebywałam się w stogu siana, czekając na poranne mgły. Gdy nadchodziły konie, nierzeczywiste jak duchy, robiłam zdjęcie. Starałam się też być na aukcjach. Dyrektor Andrzej Krzyształowicz był mi zawsze ogromnie pomocny. Czasem osobiście przyprowadzał konie do zdjęcia. Bywało też, że po aukcji biegłam do koniuszego i prosiłam, żeby umożliwiono mi zrobienie dokumentacji. Byłam zaprzyjaźniona ze wszystkimi masztalerzami. Mam wiele zdjęć najsłynniejszych janowskich koni.

M.L.: Między innymi wspaniałej Pilarki.

Z.R.: Ona była królową tego stada! I ulubienicą dyrektora Krzyształowicza. Uwielbiała pozować.

M.L.: Jak wspomina pani dyrektora Krzyształowicza?

Z.R.: Na co dzień wydawał się szorstki. Ale w rzeczywistości był niezwykle troskliwy i gościnny. Dbał o to, by niczego mi nie brakowało, żebym nie zmarzła i nie przemoczyła nóg. Jeśli był wolny pokój, mogłam z niego korzystać. A ja odwdzięczałam się zdjęciami.

M.L.: Jak wyglądała praca nad katalogiem?

Z.R.: Objeżdżałam stadniny: Janów, Michałów, Kurozwęki… Na każdego konia przeznaczałam dwa, trzy filmy.

M.L.: Dlaczego pani autorski album „Araby” jest w Polsce właściwie niedostępny?

Z.R.: Któregoś dnia w moim domu pojawił się Gene Gutowski, producent pierwszych filmów Romana Polańskiego. Leżałam wtedy w łóżku w głębokiej depresji. Miałam ogromne problemy z kręgosłupem – przeciążyłam organizm zbyt intensywną jazdą na nartach. Dla mnie unieruchomienie w domu to tragedia! Jestem niespokojnym duchem, przyzwyczajonym do ciągłych podróży, pakowania i rozpakowywania plecaka i moich toreb z aparatami. To, że ktoś taki jak Gene docenił moją pracę, bardzo podniosło mnie na duchu. Po jego wizycie album zniknął z księgarni. Żartowałam, że chyba wykupił cały nakład na prezenty dla znajomych.

M.L.: W ostatnich latach jeździ pani głównie na plenery do Skandynawii. Co tam pani znajduje, czego nie ma w Polsce?

Z.R.: Wspaniały pejzaż i dzikie konie. Bardzo dużo koni, które dzień i noc spędzają na pastwisku. Dla mnie to wymarzona sytuacja – mogę się całkowicie poświęcić obserwacjom. W Polsce konie szlachetnych ras trzymane są przez większość dnia w stajniach. A ja lubię fotografować konie na wolności. W polskich stadninach wymuszałam – prośbą, natręctwem, błaganiem – by zdejmowano im do zdjęć kantary.

M.L.: Pani styl jest bardzo malarski, bywa nazywany „impresjonistycznym”. Dziś katalogi koni arabskich utrzymane są w stylu fotografii reklamowej. Zmiana warty, nowa moda?

Z.R.: Może gdybym miała kiedyś takie możliwości jak fotografowie amerykańscy, to i moje zdjęcia byłyby inne. To kwestia środków, warunków, w jakich się pracuje – tam cały sztab ludzi ustawia konie do zdjęć! Wozi się je na pagórki, żeby mieć odpowiednie tło, szykuje się je jak do pokazu, z użyciem całego worka kosmetyków. Tymczasem moją siłą był upór.

M.L.: Aby fotografować zwierzęta, potrzebna jest specjalna wrażliwość?

Z.R.: Trzeba je kochać. Każde zwierzę. Kiedyś moja córka przyniosła do domu kawkę. Odkarmiłam ją, odchowałam… Siadywała mi na ramieniu. Gdy pojechaliśmy z dziećmi na wakacje w góry, wzięłam ją i mówię: „Leć, leć kochana!”. Ale nie było mowy… Gdy odeszła, wszyscy strasznie płakaliśmy.

M.L.: Zaraziła pani swoją „końską” pasją męża, Mirosława, czy to mąż zaraził panią? Gdy się państwo pobrali, miała pani zaledwie dziewiętnaście lat.

Z.R.: Konie były moje… Ale fotografia jego. Po prostu nie miałam wyjścia. Mirek był pasjonatem fotografii i coraz bardziej wciągał mnie w swój świat. Z początku nawet nie przychodziło mi do głowy, że fotografowanie stanie się moim zawodem. Ale zrobiłam jedno zdjęcie, drugie… najpierw pomagałam mężowi, potem on zaczął pomagać mnie. Skonstruował specjalną maszynę do obróbki odbitek kolorowych. Nazywała się „Zosia”. Dziś „obrabia” zdjęcia komputerowo.

M.L.: Czy to prawda, że szykuje pani wystawę w Japonii?

Z.R.: Rzeczywiście otrzymałam taką propozycję. Czeka mnie więc wiele pracy!

Zofia Raczkowska – zainteresowała się fotografią na początku lat 60. Początkowo tematem jej prac było najbliższe otoczenie i życie rodzinne. Wkrótce jednak pochłonęła ją fotografia prasowa, szczególnie fotoreportaż. Jej zdjęcia zaczęły ukazywać się w prasie i popularnych czasopismach. W kręgu wydawców stała się znana jako autorka zdjęć zwierząt, przyrody, lecz przede wszystkim jako autorka fotografii koni. Tej pasji pozostała wierna przez całe życie. Już w końcu lat sześćdziesiątych ukazały się jej pocztówki z portretami najsłynniejszych koni arabskich. Współpraca z czasopismem „Koń Polski” i Animexem, gdzie przez wiele lat ilustrowała wydawnictwa reklamowe tej firmy, pozwoliły jej poznać cały polski „koński świat”. Z biegiem lat jej archiwum fotograficzne, zawierające zdjęcia najwybitniejszych koni różnych ras wyhodowanych na przestrzeni dziesięcioleci, stało się dla miłośników tych zwierząt i naukowców bezcennym źródłem informacji.

Fotografie z pierwszego etapu jej działalności artystycznej ukazały się w latach 1973-1975 w albumach „Pferde, Pferde”, „Araber Pferde” i „Aus meinem Tieralbum” wydanych przez zachodnioniemieckie wydawnictwo Sudwest. W latach osiemdziesiątych, pod presją wydawców, zdecydowała się na fotografowanie w kolorze. Wkrótce jej zdjęcia stały się rozpoznawalne dzięki swoistej, malarskiej kolorystyce.

Na międzynarodowym konkursie kalendarzy w Stuttgarcie w roku 1987 zdobyła główną nagrodę Kodaka. Prezentowała swoje prace na wystawach indywidualnych m.in. w Kolumbii (1983), Danii (1985) oraz Szwecji (1989). Na międzynarodowej wystawie „Horses of the World” zorganizowanej w Rydze, w 1990 roku, zdobyła prestiżową nagrodę Grand Prix. W roku 1992 ukazał się jej album autorski „Araby”. Na przełomie 2001/2002 w warszawskiej galerii Związku Polskich Artystów Fotografików odbyła się jej retrospektywna wystawa „Świat pełen koni”.
 
 
  Publikowanie tekstów oraz zdjęć z portalu polskiearaby.com na innych witrynach czy też w prasie drukowanej
wymaga każdorazowo pisemnej zgody wydawcy portalu.
 
 
   
  --