Czwartek . 27.02.2020 . 22:02
   
 
 
 
  Polskie Araby

Ludzie i konie

 
 
facebook
polskiearaby.com
--
LOT 5 - GALERIDA
Hanna Sztuka
O tempora! O mores!
W czasie obrad sejmowej komisji rolnictwa poświęconej koniom arabskim jeden...
więcej
--
--
Kontakt
Wydawca:
Monika Luft
Opinie wyrażane w tekstach publikowanych w portalu polskiearaby.com są osobistymi ocenami autorów.
Dział techniczny:
Reklama:
nasz cennik
--
--
--
--
--
--
--
 
 
Najlepiej hoduje się cudze konie
 
Autor: Monika Luft | 2009-01-26 | Drukuj
 
MAREK TRELA – dyrektor Janowa Podlaskiego, stadniny o przeszło 190-letniej tradycji, jednej z najsłynniejszych w świecie. Hodowca Pianissimy, gwiazdy ringów na kilku kontynentach, podwójnie Trójkoronowanej ambasadorki polskiej hodowli, której każdy krok śledzą miłośnicy rasy w Polsce i za granicą. Do Janowa trafił 31 lat temu jako lekarz weterynarii – dziś jest uznanym autorytetem w dziedzinie hodowli koni arabskich. Międzynarodowy sędzia, skarbnik ECAHO, gospodarz corocznych, cieszących się wielkim prestiżem aukcji w Janowie.

Monika Luft: Czy kiedy informacje na temat Pianissimy budzą tak wielkie emocje, jak ostatnio wiadomość o jej wyjeździe do USA, czuje się pan trochę jak menedżer gwiazdy?

Marek Trela: Wolę się nie stawiać w takiej sytuacji… Ale mam głębokie przekonanie, że robię dla tej klaczy to, co dla niej najlepsze.

M.L.: Komentarze nie zawsze jednak są przychylne. Francuski magazyn „Le cahiers du cheval arabe” napisał, że Pianissima w Janowie była „przesadnie” przygotowana na modłę amerykańską, że wyraźnie bała się swego prezentera, że jest raczej produktem marketingowym, a nie „ukochanym” koniem i że to „końska Barbie”. Podobny w tonie był komentarz po Aachen, podkreślający zwłaszcza lęk przed prezenterem.

M.T.: Tego rodzaju koń nie rodzi się codziennie i wywołuje zarówno wiele euforii – jak i wiele frustracji także. Nie mogę się tym przejmować. To, jak Pianissima prezentowała się na pokazach zadaje kłam opinii, że w Stanach Zjednoczonych trening pozbawia konia ducha i niszczy psychicznie. W Paryżu, mimo wielu podróży, była pełna życia i zawsze chętnie współpracowała z prezenterem – co świadczy o tym, że bynajmniej nie był on dla niej zbyt ostry.

M.L.: Po informacji o jej kolejnej podróży na forach internetowych aż kipiało – że to mydlenie oczu, że na pewno chodzi o pobranie od niej jak największej liczby embrionów, że nie ma to nic wspólnego z dobrem konia i że zasłużyła na to, by zaznać zwykłego, końskiego życia.

M.T.:
Ciekawe, skąd się biorą takie opinie? Byłem w wielu amerykańskich stadninach – i takiej opieki indywidualnej, jaką tam otoczone są konie, trudno by szukać gdzie indziej. To klacz nietuzinkowa, jej wartość trudno mierzyć w sumach, które do tej pory zdarzały się w tym biznesie. Cokolwiek by mówiono, jest to koń, który będzie traktowany specjalnie. Co to znaczy „zwykłe, końskie życie”? Pianissima zasługuje na najwyższej jakości opiekę. Zasługuje na to, by jej pierwszy źrebak, który urodzi się drogą naturalną, miał jak najbezpieczniejszy poród. To klacz, która będzie źrebić się po raz pierwszy w wieku 6 lat. W razie gdyby wymagana była pomoc lekarska – tam właśnie jest ona najlepszej jakości. I natychmiastowa! Piaff, gdy podczas pobytu w USA dostał kolki, został zoperowany w ciągu pół godziny i w tej chwili stoi w naszej stajni czołowej. A matka Pianissimy, Pianosa, dostała skrętu jelit kilka godzin po porodzie i mimo wysiłków lekarzy – nie ma jej dziś między nami. To jest podstawowym powodem, dla którego Pianissima nie będzie się źrebić w Polsce. Ale oczywiście wróci.

M.L.: Powiedzmy wprost: będą pobierane od Pianissimy embriony w czasie jej pobytu w Ameryce? Po tym, jak urodzi już źrebię po Gangesie?

M.T.: Zobaczymy. Na pewno nie będzie fabryką embrionów, to mogę obiecać. Ale nie wiem, czy nie będziemy płukać embrionów, bo jest to powszechnie stosowana praktyka i dozwolona w wielu krajach świata. Międzynarodowe księgi stadne tego nie zabraniają. Jednak żeby utrzymać dyskusje na forach, więcej nie powiem… Najlepiej przecież rozmawia się o cudzych koniach – wszyscy wiedzą, co należy pokryć czym i gdzie konia pokazać, a gdzie go nie pokazywać. Każdego, poza swoim własnym.

M.L.: Skoro już przy tym jesteśmy – było wiele spekulacji na temat pierwszego naturalnego skojarzenia Pianissimy. Mówiło się, że jest źrebna QR Markiem, wymieniano też inne ogiery, ale nigdy Gangesa, na którego pan się w końcu zdecydował. Dlaczego Ganges?

M.T.: Plan był rzeczywiście inny, ale czas płynął, rodziły się źrebięta po Gangesie i okazało się, że ich jakość dawała nadzieję na to, że Ganges będzie pasował do Pianissimy. Poza tym, daliśmy jej wreszcie szansę na to, by była naturalnie pokryta. Ja wiążę większe nadzieje ze źrebakiem po Gangesie, niż po jakimkolwiek innym sławnym na świecie ogierze.

M.L.: To znaczy, że były trudności z jej zaźrebieniem?

M.T.: Nawet nie. Po prostu planując jej sezon pokazowy, nie chcieliśmy jej kryć zbyt wcześnie. Inne plany zarzuciliśmy, widząc, że Ganges dopasował się do klaczy janowskich i ma wszelkie szanse, by świetnie się z nimi połączyć. Ale nigdy nie można przewidzieć do końca, jaki będzie efekt… Dlatego też jest to takie ciekawe! Gdyby można było sobie wszystko dokładnie wyrysować w komputerze, chyba nie warto by było się tym zajmować.

M.L.: Jest takie zdjęcie ze Scottsdale, gdy patrzy pan z absolutną pewnością na Grega Galluna, który podaje panu rękę i wygląda niemal na wniebowziętego. To zdjęcie mówi o niesamowitym przekonaniu, że to, co przywiózł pan ze sobą do Scottsdale jest bez wątpienia wyjątkowe.

M.T.: Akurat wtedy ta pewność została bardzo mocno naruszona. Rzeczywiście byłem przekonany, że Pianissima wygra cały czempionat; nie miała sobie równych! Tymczasem dwóch sędziów na trzech było innego zdania… Cóż, klacz, która ostatecznie zwyciężyła, już nigdy więcej na żadnym pokazie nie zaistniała. To był pokaz, który wprowadził mnie w zupełne osłupienie. Klacz, która wygrała, była ostatnią, której bym się obawiał! Czy była to kwestia innego gustu amerykańskich sędziów? Nie sądzę, bo później Pianissima została okrzyknięta z wielką owacją czempionką Stanów Zjednoczonych i to jako trzylatka, gdy się mówiło, że 3-letnie klacze nie mają szans. Ostatnia czempionka na ostatnim pokazie organizowanym w Lexington… Ludzie przejeżdżali tysiące mil, żeby tylko ją obejrzeć, postać przez 5 minut i ją pogłaskać. Okazało się, że gusta się wcale tak bardzo nie różnią.

M.L.: Jak pan znosi czempionaty? Zachowuje pan spokój zawodowca czy czasem ponoszą pana nerwy?

M.T.: To jest pewnego rodzaju gra, nigdy nie można mieć pewności, zdarzają się najprzeróżniejsze rzeczy… A emocje są tym większe, im większe szanse ma koń na zwycięstwo. Poza prezentowaniem własnych koni, jeździłem przez wiele lat jako lekarz naszej ekipy i wiem, jak dziwaczne mogą się zdarzyć przypadki. Nigdy nie zapomnę, jak zakulała Emanacja na czempionacie Europy. Ze stajni wyszła normalnie, a na ring weszła kulawa! Przy wejściu wbiła sobie w strzałkę kamień. Wyjęliśmy jej ten kamień, gdy tylko zeszła z ringu, ale już było po wszystkim… Ale i tak lepiej mieć takie emocje niż żadne.

M.L.: Pianissima wyznaczyła tak wysoki standard, że właściwie nie można już tego przebić: dwukrotnie zdobyła Trójkoronę! Jakie cele stawia sobie hodowca, który osiągnął już tak trudny do pobicia sukces?

M.T.: Ależ są jeszcze pokazy na świecie, na których jej nie było! Na razie przyszedł czas na rodzenie źrebaków, zobaczymy, ile ich urodzi, jednak być może jeszcze kiedyś ją przypomnimy... Łowienie kolejnych „trójkoron” oczywiście nie ma sensu, ale jeśli będzie okazja, by się gdzieś zaprezentować, to kto wie? Mnie najwięcej przyjemności sprawił wcale nie czempionat świata, ale pokaz w Al Khalediah. Zdarzyła się tam bowiem rzecz nieprawdopodobna: zdałem sobie sprawę, że orkiestra arabska gra polski hymn i że to się odbywa w Nedżdzie – tam, skąd konie arabskie pochodzą! Koń z Polski wygrywa tam czempionat; odbieram to jak jakąś zadziwiającą pętlę, którą zatoczyła historia… To ustawia polską hodowlę na tle całej historii tej rasy. I ta polska flaga i polski hymn między Mekką a Rijadem, w ojczyźnie tych koni – to była ogromna radość.

M.L.: Ale co dalej? Czekanie na drugiego źrebaka równie wybitnego jak Pianissima?

M.T.: Cała nasza praca polega na poszukiwaniu i na dążeniu do tego, by wyhodować jak najwięcej koni wybitnych. Ale trzeba sobie zdawać sprawę z tego, że konie wybitne zdarzają się rzadko. Patrząc na historię Janowa, takim koniem na miarę Pianissimy była Pilarka – jej prababka. Ona ostatnia wywoływała takie emocje i takie reakcje. Wówczas pokazy były skromniejsze, nie miały takiej oprawy jak teraz, ale pamiętam owację na stojąco w Ostendzie. Ona nic nie robiła, tylko stała i spoglądała na ludzi, a publiczność szalała, krzyczała i klaskała. Chłopak trzymał za koniec linki, a ona sama wywoływała te emocje. Od siedmiu sędziów otrzymała masę dwudziestek; to było niezapomniane przeżycie. Ale musiało minąć kilka pokoleń, zanim urodziła się Pianissima. Pilarka okazała się na tyle skuteczną klaczą hodowlaną, że mamy dziś Pianissimę poprzez Pinię i Pilar poprzez Pipi… Zbudowała całą potężną rodzinę w Janowie. Jest również jeszcze Pinga, kuzynka Pianissimy, która wcale wiele jej nie ustępuje. Trzeba się może zastanowić i uderzyć w piersi, czy daliśmy jej wystarczającą szansę, by mogła zaistnieć. Teraz razem z Pianissimą znów stoją obok siebie w jednej stajni – ale w Stanach Zjednoczonych.

M.L.: Pilarka, jak wiemy, została w końcu sprzedana. Czy i Pianissimę kiedyś to czeka?

M.T.: To jest państwowa stadnina i trudno ostatecznie o tym rozsądzać. Czasem trzeba zrezygnować nawet z najważniejszego konia, by stadnina mogła dalej egzystować. Ale pamiętam, jak się czuł dyr. Krzyształowicz, gdy sprzedał Pilarkę… Na pewno nie jest to przyjemne. Próbowaliśmy ją później odkupić, zapewnić spokojny dom na starość. Nam się nie udało, ale na szczęście znalazła przystań w Halsdon Arabians.

M.L.: Przedtem jednak swoje przeszła. Okazało się, że wyjeżdżając z Polski udała się na poniewierkę.

M.T.: Na szczęście nie była w tej grupie koni, które głodowały. Ale oczywiście niepewność była okropna! Na razie sytuacja nie zmusza nas do sprzedawania takich koni. Pianissima na pewno wróci do Polski – tyle że jeszcze planujemy trasę tego powrotu.

M.L.: Zahaczyliśmy już o temat ogierów… Znakiem czasu jest dostępność mrożonego nasienia. Janów też korzysta z ogierów zza oceanu czy z Bliskiego Wschodu. Który z nich najlepiej rokuje na janowskich klaczach?

M.T.:
Tak wielu wcale ich nie użyliśmy i jeszcze jest zbyt mało ich potomstwa, żeby móc wyrokować. Oczywiście, jak do tej pory, najlepiej sprawdził się Gazal Al Shaqab, produkt amerykański, bo choć urodził się w Katarze, to jego matka poszła tam źrebna ze Stanów. Ale trudno go nazwać obcym ogierem, skoro to była bardzo podobna sytuacja do tej z Palasem: egipski ogier na polskiej klaczy. To co mnie urzekło w Gazalu, to właśnie przede wszystkim jego piękna matka Kajora: mocna klacz, wielkie oko, długa szyja i wspaniałe osiągnięcia w USA – była przecież czempionką Stanów Zjednoczonych. A z ogierów użytych ostatnio, możemy coś powiedzieć właściwie tylko o Enzo. Był jeszcze Sanadik El Shaklan, ale dał bardzo niewiele potomstwa, z trzech źrebaków urodzonych w Michałowie wyróżniła się El Dorada, a jedynym urodzonym w Janowie jest Andaluzja, jedna z naszych najlepszych klaczy. W tym sensie jego skuteczność należy uznać za wybitną. Jeśli chodzi o Enzo, to mamy roczne źrebaki, więc za wcześnie na werdykt, ale na pewno są to konie w nowoczesnym typie. Taki był zamysł i takie klacze dostał: klacze, którym należy trochę „dodać powietrza”, tzn. wydłużyć nogi, skrócić kłodę – i on to zrobił skutecznie. Wiele jest takich ogierów, które błyszczą roczniakami, ale gdy popatrzeć na dwu-, trzylatki, to wszystkie gdzieś giną. Tak dzieje się nawet z najmodniejszymi obecnie reproduktorami. Zachęceni potomstwem Enzo, użyliśmy go też w zeszłym roku, choć w mniejszym stopniu, a także jego syna Edena C, który wydaje się jeszcze bardziej odpowiedni niż ojciec. Przekonamy się, gdy urodzą się źrebaki. Użyliśmy też ogiera QR Marc; to koń bardzo ciekawy, z doskonałym typem, nie tak znowu obcy rodowodowo, bo jest synem Marwana – zobaczymy, co się urodzi. W niewielkim stopniu wykorzystaliśmy nasienie og. Hlayyil Ramadan, który zawsze mnie urzekał pięknym okiem. Najbardziej lubiłem go sędziować systemem angielskim – mogłem stać i patrzeć. A widok był niebywały, bo konia z tak pięknie osadzonym okiem, w tak ciemnej oprawie, chyba nigdy przedtem nie spotkałem. A przy tym to koń mocny, masywny, i z zupełnie obcej nam, jordańskiej linii żeńskiej. Po Al Adeed Al Shaqab mamy tylko dwa źrebaki; jeden leczy ciężką, wydawało się, beznadziejną kontuzję, ale wszystko wskazuje na to, że sprawa zmierza do szczęśliwego finału.

M.L.: Chodzi oczywiście o „Stefana”, ostatnie źrebię Pianosy…

M.T.: Tak, o „Stefana”, który jest słynny na cały tor wyścigowy, ma tam swoją szafę z lustrem, swoje zabawki i króluje w stajni – jednych wpuszcza, innych nie wpuszcza. Jest słynną postacią, tyle tylko, że nie umie mówić, ale niewiele mu brakuje…. Niedługo wróci do Janowa i już teraz cały tor dyskutuje, czy będziemy mu w stanie zapewnić właściwą opiekę, bo przecież on wymaga specjalnej troski. Klaczka od Pilar na razie się rozwija, trudno coś więcej powiedzieć. Większa liczba źrebiąt po obcych ogierach urodzi się w tym roku i będzie można je porównywać. Źrebaki czasem z wiekiem tracą typ, ordynarnieją, ale te po Enzo pomimo, że bardzo szybko wystrzeliły w górę, to rozwijają się obiecująco. Ogier Eden C jest zaprzeczeniem tego, co lubi polska hodowla – kasztan łysy, nogi białe… A jednak ma w sobie coś, co przyciąga oko i daje impuls, by spróbować. Być może się mylę, ale uważam, że coś w tym koniu jest.

M.L.: Słychać czasem głosy, że użycie ogierów zza oceanu, w amerykańskim typie, może spowodować „arabską globalizację”: zatraci się typ pure Polish, a klienci przestaną przyjeżdżać po potomstwo ogierów, dostępnych bez trudu i u nich.

M.T.:
Jak już mówiłem, najlepiej się hoduje cudze konie. Co to jest pure Polish, a co nie, wiedzą lepiej wszyscy, tylko nie sami Polacy. Zawsze tak było. Pamiętam, jak ostro wyrzucano dyr. Krzyształowiczowi użycie Palasa. Mówiono: to nie będzie pure Polish! I co, czy ktoś dzisiaj pamięta, że Palas i Pilarka to nie pure Polish? Co to ma być to pure Polish? To jest polskie, co się mieści w polskiej filozofii hodowlanej. Wpędzilibyśmy się do kąta, nie szukając świeżej krwi. Kiedyś najlepszy materiał hodowlany zdobywano na wojnach. Zawsze wydawało mi się to dziwne – kto zabiera na wojnę najcenniejsze konie?! Tymczasem najcenniejsze jest życie, więc brano to, co najpewniej mogło to życie ocalić. Tak więc najeźdźcy siedzieli na najlepszym, co mieli. Stąd brał się dopływ świeżej krwi. A ostatnie, historyczne wyprawy, gdy stu ludzi podróżowało przez trzy lata, by przywieźć 5 ogierów i 3 klacze, po obejrzeniu dziesiątków tysięcy koni? Zawsze prowadzono poszukiwania koni najwyższej jakości i na tym się polska hodowla od wieków opiera. Nie możemy już plątać się po Arabii i szukać koni, szukamy więc inaczej. Wszyscy, którzy podróżujemy i śledzimy, co się dzieje na świecie, robimy to po to, żeby szukać nowych ogierów i od czasu do czasu używać świeżej krwi. Nie ma gotowych recept, wiele zależy od nosa hodowcy. Teraz na pewno mamy większe możliwości niż nasi poprzednicy sprzed kilkunastu czy kilkudziesięciu lat. Oni mogli sprowadzać nową krew tylko „tylnymi drzwiami”, przez „demoludy” – tak np. przyszła do Polski krew Aswana. Ale to wcale nie znaczy, że mamy łatwiejszą sytuację, bo wybitnych ogierów jest niewiele i gdyby pani teraz spytała, którym ze sławnych obecnie ogierów chciałbym kryć, to bym zastanawiał się przez godzinę i wyszłaby pani z niczym. Nie mam swojego faworyta, konia, w którym byłbym zakochany. Np. bardzo modny jest Marwan, ale ja wolałbym Gazala. Jest bliższy mojemu wyobrażeniu o tym, jak koń arabski powinien wyglądać. Jeśli się dobrze przyjrzeć każdej końskiej sławie, to widać bardzo dokładnie nie tylko zalety, ale i wady. A od ogiera wymaga się bardzo wiele. Niektóre wady – mimo że są skrzętnie ukrywane – dyskwalifikują go zupełnie.

M.L.: Jak by pan zdefiniował polską filozofię hodowlaną, o której pan przed chwilą wspomniał?

M.T.:
Po pierwsze, Polacy zawsze hodowali konie w typie wierzchowym. Celem było wyhodowanie konia wygodnego pod siodło. Ale i efektownego zarazem. Dlatego taką wagę przywiązywało się do urody, do bukietu arabskiego. Dla jeźdźca jest oczywiste, że lepiej jeździć na koniu, który ma długą, łabędzią, pięknie osadzoną szyję niż na takim, który ma szyję krótką, nisko osadzoną. Po prostu lepiej się prowadzi takiego konia. A jeżeli ma bukiet, to i na jeźdźca przechodzi część jego urody. Koń z doskonałym ruchem, z wysoką akcją, która jest bardzo ceniona w terenowych jazdach, z mocnym grzbietem, wytrzymały – oto ideał. I my takiego konia mamy, choć nie zawsze potrafimy pokazać, że on taki jest. Ale dlatego polskie konie są cenione. My się porównujemy – na ringach pokazowych często z sukcesem – z hodowlą amerykańską, ale proszę zwrócić uwagę, że porównuje się tu Dawid z Goliatem. My co prawda mamy już w Polsce ok. tysiąca klaczy, ale tam jest dwadzieścia tysięcy klaczy! Jaka to skala! A jeszcze nie tak dawno było u nas zaledwie dwieście klaczy… Symptomatyczne jest zainteresowanie krajów, które mają dużo bardziej rozwinięty sport rajdowy. Coraz więcej koni sprzedajemy do tych właśnie krajów. Wiele wskazuje na to, że poziom treningu i przygotowania koni do rajdów długodystansowych będzie i w Polsce coraz wyższy. Mówi się np. że Piruet daje doskonałe konie rajdowe. Ale to nie tyle Piruet przekazuje predyspozycje rajdowe, ile akurat Piruet był tam dostępny i mógł się wykazać. Każdy inny polski ogier być może dałby jeszcze lepsze potomstwo o zdolnościach rajdowych. Gdyby taki Balon trafił do Francji, wyniki pewnie byłyby znakomite. Po każdym zwycięstwie konia na czempionacie podnosi się chór głosów, że araby są jak pudelki prowadzone na sznurku. Tymczasem one naprawdę sprawdzają się w innych dziedzinach. Choćby u nas – dzisiaj w Janowie młodzież wyjeżdża na ogierach kryjących na trening do hali. Dziesięć ogierów kryjących jest właśnie prowadzonych przez dzieci. To świadczy o tym, że selekcja szła w dobrym kierunku, bo nie wyhodowaliśmy jakichś szalonych stworów, które marzą tylko o tym, żeby zabić tego, kto na nich siedzi, tylko przyjazne człowiekowi konie, łatwe w obsłudze, łatwe do jazdy. Mamy stajnię wyścigową – w ciągu dwóch tygodni 20 trzylatków zostało zajeżdżonych i one galopują teraz pod jeźdźcami. Nie tylko pod doświadczonymi dżokejami, ale pod amatorami.

M.L.: Nie zawsze da się to jednak pogodzić… Pianissima nie chodzi pod siodłem.

M.T.:
Ale nie co dzień rodzi się Pianissima i nie co dzień rodzi się Sambor. I nie co dzień rodzi się Niniwa, która skacze świetnie przez przeszkody. Pamiętam, jak startowałem w sporcie, konkurowaliśmy z dwoma arabami, jeden się nazywał Nalot, drugi Noter. Nalot był członkiem ekipy narodowej. Jego nie było widać zza oksera, aż nagle pojawiał się nad przeszkodą. Wyjątkowo utalentowany skoczek czystej krwi arabskiej – po Banio od Naganki. To, że takie jednostki się trafiają, świadczy o całej hodowli. A od czasu do czasu pojawiają się takie konie, jak Batyskaf, który był derbistą i czempionem Polski, jak Pamir, który był derbistą i czempionem Polski, czy jak Arra, która była derbistką, oaksistką i czempionką Europy. To jest cel naszej hodowli. Ja bym bardzo chciał, żeby Pianissima wygrała Derby, ale… już na to za późno, nie była zajeżdżona, minął jej czas… A mówiąc poważnie: ona też pracowała. Co prawda nie pod siodłem, lecz przy siodle, ale jednak. Pinga chodziła pod siodłem, a obok biegła Pianissima. Obie się dobrze przygotowały do czempionatu w Janowie – Pinga dostała razem z Drabantem najwięcej punktów za ruch.

M.L.: Jaka była pana droga do wyhodowania Pianissimy? I pierwszy arab, którego pan pamięta?

M.T.:
To był Pepi. Gdy padła propozycja, bym pracował w Janowie, popędziłem na tor, żeby zobaczyć, jak te araby wyglądają. I akurat Pepi startował. Nie byłem specjalnie zdecydowany, czy mi się podoba czy nie, natomiast argumentem, który mnie przekonał, by zacząć pracę w Janowie, było to, że są tu angloaraby i że sobie będę mógł jeździć, ile będę chciał. Tak mi obiecał dyr. Krzyształowicz, tylko zapomniał dodać, że jest tu jeszcze dwa tysiące sztuk bydła… No i miał rację: mogłem jeździć tyle, ile chciałem, czyli w ogóle, bo mi się już nie chciało: nosem się podpierałem pod koniec dnia! Tak więc do Janowa przyszedłem dla angloarabów. A pierwszym koniem, który pokazał mi, że w arabach drzemie coś wyjątkowego, była Fanza. Obchodziliśmy z dyr. Krzyształowiczem stajnie, ja – dość mocno spłoszony całą sytuacją. Stajnie stały właściwie puste, bo konie były na pastwisku; działo się to pod koniec września. Doszliśmy do boksu Fanzy, która była kompletnie ślepa. Mimo to odchowała wiele źrebiąt i miała tyle ufności do człowieka, że nawet dzieci na niej jeździły po padoku. Ta niewidoma klacz dawała sobą dzieciom powodować! Dziś, według obecnych kryteriów, nie uchodziłaby za cud piękności, ale wtedy bardzo mi się podobała. Emanowała czymś wyjątkowym... Potem oczywiście pomalutku ci moi pacjenci stawali mi się coraz bliżsi. I w tym roku minie 31 lat, odkąd tu pracuję.

M.L.: Co człowiekowi daje hodowla koni arabskich? Jak dzięki arabom przeżywa się upływ czasu?

M.T.: Ciągle się na coś czeka. I to jest chyba fajne, że nigdy się nie zrobiło wszystkiego, zawsze coś jeszcze zostaje, zawsze trzeba planować krok do przodu. To, co się dziś wymyśli, może się urzeczywistni za kilka, a nawet kilkanaście lat. Nie zawsze hodowca jest w stanie obejrzeć to, co sobie zaplanował. Czasem ten pierwszy krok ma służyć następnemu. Planowanie stanówki, dobór ogierów, planowanie koni na sprzedaż – o tym się ciągle myśli i nawet jeśli plan jest gotowy, to zanim się to przeleje na papier, jest tyle wątpliwości… A już konie na sprzedaż, to całkiem tragedia, bo czasem to jest wyszarpywanie sobie czegoś, czego zwyczajnie szkoda. Ale kto by do nas na aukcję przyjeżdżał, gdybyśmy tylko sprzedawali konie wybrakowane? Musi być magnes, który przyciągnie ludzi. Janowska aukcja uchowała się jako chyba jedyna na świecie dzięki temu, że z jednej strony ludzie mają po co przyjeżdżać, a z drugiej strony, ciągle jeszcze nie sprzedaliśmy wszystkiego…

M.L.: Panuje powszechna opinia, że tegoroczna aukcja w Janowie, jubileuszowa, a więc jeszcze bardziej zobowiązująca niż zwykle, może być jednak aukcją kryzysową.

M.T.: Logicznie myśląc, to tak. Jedyne, czego się możemy uczepić, to doświadczenie, które uczy nas, że Janów jest miejscem magicznym. Bo proszę mi wytłumaczyć, kto potrafił przekonać ludzi, żeby tu przyjechali w stanie wojennym albo kilka miesięcy po wybuchu w Czarnobylu? Trzeba było dużej dozy szaleństwa, żeby się pchać wówczas w te rejony. A jednak aukcja się odbyła. To znaczy, że gwiazda Janowa jeszcze nie zgasła.

M.L.: Szykuje się jakaś specjalna oferta?

M.T.:
Każda oferta jest specjalna, nie pamiętam aukcji, żeby nie było czegoś specjalnego. Na razie każdy z nas układa sobie plan w myślach i niestety, niedługo będzie trzeba przelać listę sprzedażną na papier. Trzeba ustalić ogólną linię tej aukcji: muszą być gwiazdy, które pociągną resztę.

M.L.: Obserwuje pan zmiany w mentalności ludzi, którzy kupują konie arabskie?

M.T.:
Zmieniają się strony świata, z których kupcy przyjeżdżają. Kiedyś z góry było wiadomo, że najlepsze konie pójdą do Stanów, te drugiego rzutu do Szwecji, następne do Niemiec… To się bardzo zmieniło, Europa zaczęła kupować konie z górnej półki, także Bliski Wschód. Pojawiają się też niespodzianki – ktoś, kto nagle rozbija status quo. Trudno więc cokolwiek planować. Nie jesteśmy już w stanie przewidzieć, dokąd te konie pójdą. Łatwiej nam śledzić ich losy (choćby na czempionatach), gdy pozostają w Europie. Ale gdy Siklawa odnosi sukcesy jako klacz katarska, też działa to na naszą korzyść.

M.L.: Czy Bliski Wschód to rynek nienasycony? Mają coraz lepsze własne konie.

M.T.:
Europa też nie stoi w miejscu, Polska również nie. Zmienia się ciągle typ konia, hodowla ewoluuje i dopóki nam się uda utrzymać wysoki poziom, Polska jest bezpieczna, będzie miała dokąd sprzedawać konie. Proszę spojrzeć, czym ten Bliski Wschód wygrywa – bardzo wiele koni jest kupionych, choć i tam rodzą się perły, jak i gdzie indziej.

M.L.: Nie ma sprzedaży bez marketingu. Kariery „marketingowe” niektórych koni arabskich są faktem. Są konie, które MUSZĄ wygrać, bo tak zapisano w strategii marketingowej. Bo inaczej nie sprzeda się 300 stanówek rocznie.

M.T.: Tu mam dylemat o tyle, że występuję w podwójnej roli. Z jednej strony, staram się tym marketingiem posługiwać, z drugiej – jako sędzia – nie mogę się mu poddawać. Bardzo bym był niezadowolony, gdyby ktoś uważał, że kieruję się czymś innym, niż tylko jakością ocenianego konia. Ale marketing to nie tylko bezpośrednia reklama, lecz także przygotowanie i pokazanie konia. To jest ogromnie ważne. Te stadniny, które odnoszą największe sukcesy, sięgają też po najlepszych ludzi, jeśli chodzi o przygotowanie koni, wytrenowanie kondycyjne. Jak wyglądał w Aachen i Paryżu Marwan? To była rzeźba! Prawdziwy kulturysta, atleta, u którego widać każdy mięsień. Tam nie było grama tłuszczu, wszystko było wypocone, wytrenowane. Taki koń nie ma prawa przegrać! Nie z grubaskiem wywleczonym ze stajni, który może się nawet bardzo dobrze ruszać… vide Poganin. On świetnie się pokazał, ale w porównaniu z Marwanem, to jest chłopiec ledwie ociosany. Jestem przekonany, że jeszcze się pokaże w przyszłości, chociaż nie jest łatwy do przygotowania. Poza tym, brakuje nam umiejętności, co tu dużo ukrywać. I determinacji… To, że ktoś jest lepszym, a ktoś gorszym trenerem, nie wynika tylko z tego, że tak się o nim mówi. Wystarczy na tych najlepszych popatrzeć. Nawet jak biorą konia na 5 minut przed pokazem, natychmiast się z nim porozumiewają. To nie jest tak, że Michael Byatt każdego konia pokazuje tak samo. Bo on jednego konia pokazuje na lince, która ma 3 metry, a innego trzyma tuż przy pysku. To trzeba wiedzieć. A żeby to wiedzieć, trzeba mieć specjalny dar. I nieliczni są ludzie nim obdarzeni. Wszystko to razem sprawia, że są konie, które mają większe szanse. My nie mamy bardzo intensywnego marketingu. Uważam zresztą, że udział w czempionatach jest najlepszą reklamą. Michałów zaczął już to dawno robić i my też zamierzamy pokazywać się częściej, z większą liczbą koni. Chcemy mieć stajnię pokazową bardziej rozbudowaną niż do tej pory.

M.L.: Po ważnych pokazach słychać zwykle narzekania na sędziów – że są stronniczy, że wygrywają te konie, które miały wygrać, że pokazy są przez to przewidywalne… Czy rzeczywiście sędziowie ulegają naciskom albo forsują własne interesy, działając jako agenci?

M.T.:
Po każdym czempionacie jest jeden zwycięzca i wielu przegranych. Cześć ludzi winy szuka w sobie, inni doszukują się czynników zewnętrznych. Ja mogę śmiało powiedzieć, że nigdy w życiu nie przytrafiła mi się żadna sugestia ze strony kogokolwiek, która miałaby wpłynąć na moją sędziowską decyzję. Ale czasami nawet najlepszy koń może być w gorszej dyspozycji i przegrać. Weźmy tegoroczny Paryż. Znam tych sędziów i ich gust, z góry mogłem przewidzieć, jak będą oceniać. Nie chodziło o ukartowanie czegokolwiek, tylko o gust. Koń bardzo charyzmatyczny, ale o defektach pokrojowych, nie wygra z koniem poprawnym w kłodzie, dobrym na nogach, równie typowym i jeszcze dobrze się ruszającym. Przy bezpośrednim porównaniu chciałoby się nagrodzić tego charyzmatycznego, ale w punktach wygra ten poprawny. Od dziesięcioleci trwa dyskusja, który system jest lepszy: punktowy czy porównawczy. W „Jeźdźcu i hodowcy” z 1937 r. przeczytałem tekst o tym, który z tych systemów jest lepszy i najbardziej sprawiedliwy. Nie ma takiego systemu. Jestem przekonany, że ludzie, którzy sędziują, nie chcą się wstydzić swojej pracy. Wiele razy zdarzyło mi schodzić z ringu z zażenowaniem, bo koń, który wygrał, nie zasługiwał moim zdaniem na zwycięstwo. Nawet na największych czempionatach bywały takie sytuacje. Ale po to jest wielu sędziów, żeby uzyskać uśrednioną opinię.

M.L.: Dlaczego nie ma polskich sędziów na najważniejszych imprezach – w Aachen, Moorsele, Paryżu?

M.T.:
Bo każdy ma konflikt interesów. Sędziowałem kilka takich pokazów, gdzie nie mogłem wyjść do żadnego czempionatu. Z punktu widzenia organizatora, to nie ma sensu.

M.L.: W zeszłym roku kurs sędziowski ukończyła spora grupa z Polski. Czy uznali państwo, że nadszedł czas, by do grona kandydatów na sędziów dopuścić „świeżą krew”?

M.T.: Nie sądzę, by kiedykolwiek była jakaś opozycja wobec tego, by do tego grona dołączały nowe osoby. Ale… nie było chętnych! Kursy sędziowskie były i wcześniej organizowane, przyjeżdżali ludzie z Włoch, Szwecji, Danii i nikt z Polski. Nie było odgórnego limitowania. Limitowała niezbędna znajomość języka czy anatomii konia. Ale postanowiliśmy pójść krok dalej i zaprosić Polaków na kurs. Myślę, że w tej grupie znajdą się osoby, które w przyszłości będą sędziować. Chcemy też, żeby to była forma edukacji. Zależy nam, aby polscy sędziowie wyróżniali się wiedzą. A co ten kurs pokazał? Pokazał na pewno duże zróżnicowanie wiedzy na temat konia arabskiego… Ale osoby, które go zaliczyły, mają szansę uczestniczyć w kursach ECAHO. A ECAHO zdecydowało, że te kursy będą organizowane w Janowie – z racji tego, że mamy warunki, mamy ludzi, mamy konie. W znacznym stopniu chodzi też o ujednolicenie wymagań. Pierwszy kurs odbędzie się na początku kwietnia. Tak więc kursy, zamiast odbywać się za każdym razem gdzie indziej, będą organizowane cyklicznie w Janowie.

M.L.: Jaka była najdziwniejsza czy też najtrudniejsza pana podróż związana z sędziowaniem?

M.T.: Do Australii! Wspaniała podróż… Byłem wtedy praktykującym lekarzem weterynarii i wykonałem coś, czego nie radzę nikomu powtarzać: poleciałem na 3 dni do Australii. Zajęło mi to w sumie 6 czy 7 dni. Przybyłem po trzydziestu kilku godzinach lotu wieczorem do Brisbane. Nie udało mi się zasnąć, bo u nas akurat był dzień, a o godz. 7 rano byłem już na ringu jako pojedynczy sędzia i zacząłem sędziować systemem porównawczym. Konie arabskie, półkrwi arabskiej, ćwierć krwi arabskiej, angloarabskie, spokrewnione z arabami, bardziej i mniej… I tak przechodziły przede mną tłumy tych koni, a ja miałem poważne obawy, czy moja koncentracja pozwoli mi dobrnąć do końca dnia, który zakończył się o 9 wieczorem. Następnego dnia były czempionaty, w podobnym stylu, a potem wróciłem do domu. I przez trzy miesiące nie wiedziałem, czy jest dzień czy noc, i czy to ja chodzę do góry nogami czy inni… Coś potwornego, wszystko się pokręciło.

M.L.: Swoją pasję przekazał pan synowi, co się nieczęsto zdarza. Cieszy się pan, że syn podąża pana śladem?


M.T.:
Sam miał sobie wybrać przyszłość i byłem ostatnim, który by go namawiał na wybór weterynarii. Ale z genetyką nie ma co walczyć… Mam dwóch synów, obaj lubią konie, z tym że jeden bardziej. Uważam, że najważniejsze, że wybrał zawód, który go pasjonuje. Ale o żadnej dynastyczności w Janowie nie myślę. To państwowa firma. Ja sam w sumie dość przypadkowo się tu znalazłem jako lekarz, a następnie podjąłem się tu gospodarowania. Jestem pewien, że mój syn będzie się świetnie realizował w swoim zawodzie, ale nie w Janowie. Gdyby to była prywatna firma, byłbym szczęśliwy, że mam ją komu przekazać, ale w tej sytuacji, Jaśkowi też nie byłoby to na rękę.

M.L.: Czy w czasie rodzinnych spotkań rozmowy toczą się wokół koni?

M.T.: Tak długo, jak toleruje to moja żona. Nadchodzi moment, gdy margines tolerancji zostaje przekroczony i musimy zacząć rozmawiać o czym innym.

M.L.: Przeszło 190 lat tradycji czasem ciąży?

M.T.:
Cały czas człowiek ma je na karku… Proszę mi pokazać takiego, kto by chciał zostać ostatnim dyrektorem 200-letniej firmy! Tak więc to duża odpowiedzialność i trzeba sobie z nią radzić.

M.L.: Czy jest coś, co chciałby pan przekazać hodowcom prywatnym, których jest coraz więcej? O czym powinni pamiętać? Co mógłby im pan doradzić?

M.T.: Życzyłbym sobie, by było większe zrozumienie dla tego, co robią stadniny państwowe. By nie traktować tego w kategoriach konkurencji czy walki, a starać się zrozumieć, że wypełniamy pewną misję i że jesteśmy też po to, by hodowla prywatna była jak najlepsza. Nie wyobrażam sobie, by ktokolwiek w stadninach odmówił rady czy pomocy prywatnemu hodowcy. To, co mówimy, mówimy z najgłębszym przekonaniem. Być może to nie jest zawsze to, co hodowcy chcieliby usłyszeć. Ale rady wynikają z naszej najlepszej wiedzy i chęci. Jak by nie patrzeć, konie arabskie to dobro narodowe, o które musimy troszczyć się w stadninach państwowych. A hodowcy prywatni powinni po prostu czerpać radość z tego, co robią, pogłębiać wiedzę, uczestniczyć w imprezach i nie załamywać się niepowodzeniami. Gdy będzie to hobby i przyjemność, to i efekty przyjdą. Nie należy traktować hodowli w kategoriach biznesowych, bo zyski przyjdą, gdy się robi to, co się lubi. Gdy się coś robi dla pieniędzy, to na końcu czeka tylko klapa.
 
 
  Publikowanie tekstów oraz zdjęć z portalu polskiearaby.com na innych witrynach czy też w prasie drukowanej
wymaga każdorazowo pisemnej zgody wydawcy portalu.
 
 
   
  --