Piątek . 23.08.2019 . 00:15
   
 
 
 
  Polskie Araby

Ludzie i konie

 
 
facebook
polskiearaby.com
--
LOT 5 - GALERIDA
Hanna Sztuka
Historia magistra...
Temat wojennych losów polskich koni arabskich pojawił się na moim "biurku"...
więcej
--
--
Kontakt
Wydawca:
Monika Luft
Opinie wyrażane w tekstach publikowanych w portalu polskiearaby.com są osobistymi ocenami autorów.
Dział techniczny:
Reklama:
nasz cennik
--
--
--
--
--
--
--
 
 
Józef Tyszkowski i jego epopeja. Wojenne losy polskich koni arabskich 1939-1946, cz. 1
 
Autor: Hanna Sztuka | 2019-04-17 | Drukuj
 

Wielka Wojna, która dla Polski zakończyła się w dopiero w 1920 roku, spowodowała zniszczenie rozwijającej się nieprzerwanie od kilku wieków hodowli koni arabskich na wschodnich kresach ziem polskich. Zagładzie uległy stada Sanguszków, Potockich, Branickich, Dzieduszyckich i wiele innych. Na terenach Polski południowej, gdzie również przed I wojną światową istniało wiele hodowli koni czystej krwi arabskiej, ocalało niewiele koni. Z około 500 klaczy arabskich przed wojną, w roku 1918 w Polsce zarejestrowano zaledwie 25 klaczy i 7 klaczek czystej krwi.


Po roku 1918 hodowla powoli i systematycznie podnosiła się z upadku, a rolę wiodącą pełnić zaczęła Państwowa Stadnina Janów Podlaski, gdzie wsparcie i opieka państwa pozwoliły stworzyć własny program hodowlany dla koni czystej krwi arabskie, realizowany z sukcesami do 1939 roku. Począwszy od wybuchu II wojny światowej w 1939, aż do roku 1945 zrabowano (bądź zaginęło) z terenów Polski 143 klacze czystej krwi arabskiej. W roku 1946 w PASB zarejestrowano 52 ocalałe klacze czystej krwi arabskiej; odzyskane z Niemiec i Czechosłowacji, zakupione przez Zarząd Stadnin Polskich w Niemczech i cudem uratowane w kraju.

 

Straty, jakie poniosła Polska w wyniku najazdu Niemiec i Rosji w roku 1939, a następnie przejście frontu z sowieckimi wojskami idącymi w kierunku Berlina, to pełna dramatów historia ludzi, ale także systematycznej grabieży polskiego majątku i dóbr przez obydwie armie. Jedni i drudzy brali wszystko, co przedstawiało wartość: złoto, dzieła sztuki i kultury, maszyny przemysłowe i rolnicze, zwierzęta hodowlane, a wśród nich przede wszystkim konie. Najcenniejsze były dla Niemców i Rosjan konie hodowlane ras czystych, czyli konie pełnej krwi angielskiej i czystej krwi arabskiej, choć okupant nie gardził także końmi sportowymi półkrwi, głównie ogierami, które również podlegały grabieży. Z dzisiejszej perspektywy trudno jest pojąć, że polska hodowla koni, szczególnie ras czystych, była przed 1939 rokiem konkurencyjna dla niemieckiej, a już na pewno na poziomie wyższym, niż ówczesna hodowla rosyjska, dlatego też konie z terenów Polski były dla najeźdźców łakomym kąskiem. Niemcy mieli dużo czasu, bowiem okupowali tereny Polski od jesieni 1939 do początków 1945 roku, więc grabież była systematyczna i zinstytucjonalizowana. Rosjanie w 1939 grabili „co w ręce wpadnie”, a na przełomie lat 1944/45 już nie było zbyt wielu cennych koni i raczej był to zwykły rabunek frontowy. Pod koniec 1944 roku Niemcy wywieźli z terenów Polski wszystkie istniejące pod ich kontrolą stada ogierów i stadniny koni, w tym także stadniny Wehrmachtu, które utworzyli podczas wojny, gromadzące konie hodowlane rozproszone w wyniku działań wojennych lub częściej odebrane prywatnym właścicielom.

 

Arabskie stadniny Wehrmachtu

 

Do takich stadnin, przejętych lub utworzonych na potrzeby gromadzenia cennych koni ras szlachetnych, należały stadniny: Janów Podlaski, Stare Sioło (woj. lwowskie) oraz Ołyka, Młynów, Deraźne i Ławrów w dawnym województwie wołyńskim (głównie konie anglo-arabskie oraz arabskie, ale także stado koni tarpanowatych). Niestety, bardzo nikła liczba źródeł dotyczących wojennych losów tych stadnin, nie pozwala dziś na precyzyjne ich opowiedzenie. W pracy dla odtworzonych przez Wehrmacht stadnin brali udział: w Janowie Stanisław Pohoski (zm. 1944), Andrzej Krzyształowicz, Adam Sosnowski (w 1939 roku pracownik SK Janów Podlaski, a następnie w latach 1941-1943 inspektor hodowli na terenie Wołynia), Leonid Ter Asaturow (Młynów i Ołyka), Józef Tyszkowski (Stare Sioło) – w okresie międzywojennym inspektor Lwowskiej Izby Rolniczej – oraz Michał Jankowski, pracujący w okresie międzywojennym jako inspektor Wołyńskiej Izby Rolniczej, gdzie była bardzo rozpowszechniona hodowla koni orientalnych. Michał Jankowski doskonale znał stadninę janowską, bywając tam częstym gościem Stanisława Pohoskiego. Słynął z fenomenalnej pamięci do koni. Z tego powodu został wysłany (prawdopodobnie na polecenie Wehrmachtu) wiosną 1941 roku do Tierska, aby pomóc Rosjanom w identyfikacji zagrabionych z Janowa Podlaskiego koni.



Właściwie wiadomo jedynie, że Niemcy kierowali do Janowa Podlaskiego, Starego Sioła, Młynowa, Ołyki i Ławrowa konie zabierane od prywatnych hodowców z terenów wschodniej Polski, i że stadniny zostały w 1944 roku wywiezione na południe i zachód, wraz z cofającym się w stronę Niemiec frontem. Najlepiej udokumentowana jest wojenna epopeja Stadniny Janów Podlaski, dzięki wspomnieniom Andrzeja Krzyształowicza opublikowanym już w 1946 roku w „Hodowcy Koni” (nr 4-6 1946), a następnie na łamach „Konia Polskiego” – nr 3(43) 1976 i nr 2(84)1986. Konie zgromadzone przez Niemców w Janowie Podlaskim były największą i najcenniejszą grupą koni szlachetnych (ok. 350 szt.) i z tego powodu miały zapewnioną szczególną ochronę i stosunkowo wygodną, jak na warunki wojenne, podróż pociągami aż do miejsca przeznaczenia, czyli do majątku Wehrmachtu w Grabau / Nettelau niedaleko Kilonii.

 

Konie z Młynowa i Ołyki nie miały tak „luksusowej” podróży pociągiem jak konie janowskie i prawdopodobnie przebyły całą drogę z Wołynia do Niemiec w okolice Goslar w górach Harzu (ponad 1500 km) marszem pieszym, podobnie zresztą jak stadnina kozienicka, której hodowca, niemłody już wówczas Ryszard Zoppi, całą drogę odbył wraz ze stadniną konno. Konie ze Starego Sioła wraz z personelem (rodzina Tyszkowskich) zostały skierowane wiosną 1944 roku w kierunku południowym. Częściowo przewiezione zostały w wagonach przeznaczonych do przewozu węgla, a następnie marszem pieszym zakończyły wojenną tułaczkę w Topolczankach na terenie Czechosłowacji.

 

Wojenna epopeja koni i ludzi jest dzisiaj mało znana głównie z powodu niewielu źródeł pisanych z tego okresu oraz bardzo nielicznych publikacji na ten temat w okresie powojennym, kiedy to żyli jeszcze uczestnicy i świadkowie wydarzeń. W późniejszych latach, szczególnie po likwidacji w 1960 roku SK Nowy Dwór i SK Albigowa i utworzeniu z ich klaczy od nowa działu czystej krwi arabskiej w SK Janów Podlaski, nadszedł czas budowy od nowa marki Janowa. Podkreślanie zasług poprzedników stanowiło pewną krępującą niezręczność. Dlatego też, po upływie tak wielu lat od zakończenia owej wojennej epopei koni czystej krwi arabskiej i oddanych im ludzi, nadszedł ostatni moment na ocalenie tej historii od zapomnienia. Wojenne losy stadniny janowskiej jako jedyne zostały skrupulatnie opisane przez inż. Andrzeja Krzyształowicza –do tego były kilkakrotnie publikowane. Przyczyniło się to do powstania – w istocie błędnego – przekonania, że autor wspomnień samodzielnie uratował janowską stadninę. Tymczasem nie jest to prawdą. Jest faktem, że konie czystej krwi arabskiej, rewindykowane w latach 1946-1947 z Niemiec, stanowiły wówczas elitę polskiej hodowli. W grupie tej znalazły się nie tylko konie arabskie, którym towarzyszył podczas ewakuacji Andrzej Krzyształowicz – w tym bezcenne, jak się potem okazało, ogiery Witraż, Wielki Szlem i Amurath Sahib – ale także konie arabskie, które dotarły do Niemiec wraz z końmi zgromadzonymi przez Wehrmacht w Młynowie, Ołyce i Deraźnem, pod opieką Leonida Ter Asaturowa, a które przez Zarząd Stadnin Polskich w Niemczech zostały dołączone do grupy koni arabskich gromadzonych w Nettelau pod nadzorem inspektora Michała Jankowskiego i opieką inż. Andrzeja Krzyształowicza. Do grupy tej dołączono następnie klacze babolniańskie nabyte przez płka Stefana Zamoyskiego i dra Henryka Harlanda działających w ramach i z upoważnienia Zarządu Stadnin Polskich w Niemczech. Tak więc 39 klaczy wywiezionych przez Niemców z Janowa Podlaskiego, Młynowa i Ołyki, w tym zakupione w Niemczech klacze pochodzące z Babolny, powróciły do Polski i stanowiły trzon przyszłej hodowli koni czystej krwi arabskiej. Na początku 1946 roku powróciła z wojennej tułaczki, pod opieką Józefa Tyszkowskiego i jego rodziny, grupa koni arabskich i angloarabskich z zarządzanej przez Wehrmacht stadniny w Starym Siole. Z rozgrabionej stadniny w Gumniskach ocalało kilka koni pozostawionych podczas ucieczki przed frontem w Racocie. Na terenach Polski południowej, w pierwszych miesiącach po przejściu frontu, zostało odnalezionych zaledwie kilka koni arabskich z rozproszonej stadniny w Pełkiniach, które, dzięki energicznym działaniom grupy ludzi pod wodzą dra Edwarda Skorkowskiego, zostały ocalone dla przyszłej (już niestety wyłącznie państwowej) hodowli.

 

Stare Sioło

 

Zupełnie inaczej,potoczyły się wojenne losy stadniny Stare Sioło*, która tak jak Janów na Podlasiu, również powstała w wyniku gromadzenia przez Niemców cennych koni arabskich i angloarabskich, tyle że z terenów południowo-wschodniej Polski. Kierownikiem tej stadniny został w roku 1940 Józef Tyszkowski, w okresie międzywojennym długoletni inspektor hodowli koni Lwowskiej Izby Rolniczej, w rejonie szeroko rozpowszechnionej hodowli koni orientalnych. W czasie II wojny światowej Niemcy zgromadzili w Starym Siole ogiery i klacze czystej krwi arabskiej oraz ogiery i klacze angloarabskie pochodzące z hodowli prywatnych. W marcu 1944 roku, uciekając przed nadchodzącym frontem, Niemcy wywieźli konie ze Starego Sioła do Okocimia, a w lipcu do Żywca i dalej do Cieszyna. W Okocimiu konie rozdzielono i pod opieką Józefa Tyszkowskiego pozostawiono dwa ogiery: My Kismet oo (Koheil-Ibn-Mazepa – Mabrucha) i 888 Dakbar o oraz dziesięć klaczy czystej krwi: Kaszma, Laguna, Litwa, Imatra, Ursa, Mabruta, Sabda, Damba, Mokdiara i Panika, a także Lena (chowana w czystości krwi) i 5 angloarabek czystej krwi. Do tego 5 par koni roboczych przeznaczonych do obsługi stadniny. Koniom towarzyszył przez cały czas wojennej tułaczki Józef Tyszkowski wraz z rodziną – żoną i synem Ryszardem, przyszłym lekarzem weterynarii w Janowie Podlaskim, którzy zajmowali się obsługą koni wraz z wynajmowanymi doraźnie do pomocy ludźmi. „Obowiązki masztalerza pełnił mój syn, zajęty w stadninie jako praktykant – pisał Tyszkowski – mający do pomocy tylko pięciu ludzi, z których jeden pasł stale stadninę, a reszta była w ciągłych rozjazdach w poszukiwaniu paszy”. Do kwietnia 1945 roku konie przebywały w majątku Bażanowice pod Cieszynem: „W Goleszowie pod Cieszynem wyładowaliśmy się przy pomocy dziewcząt i dzieci – wspominał hodowca – dla zołzujących źrebaków uprosiłem trochę mleka odtłuszczonego, gdyż owsa na razie nie otrzymywałem”. 4 kwietnia 1945 roku, na rozkaz władz niemieckich, konie wyruszyły marszem pieszym w dalszą drogę w kierunku Pardubic. Dziennie stadnina przemierzała 30 do 40 km, „klacze półkrwi w zaprzęgu, matki i młodzież za wozami”. „Znalazłszy się poza granicą z końmi, uważaliśmy za swój obowiązek przetrzymać najgorsze, by je z rąk nie wypuścić i doczekać się chwili, kiedy będziemy mogli już sami decydować o ich losie”. 17 kwietnia, na przedmieściach Litomierzyc, zaskoczył wędrującą stadninę potężny aliancki nalot. „Około 300 srebrnych ptaków krążyło nad miastem” – opisywał tę sytuację Tyszkowski. Bombardowano stacje kolejowe i przedmieścia przemysłowe. Wykorzystując popłoch w mieście, Tyszkowski zdecydował się na ucieczkę z końmi do centrum, gdzie na rynku i w bocznych uliczkach szczęśliwie wszyscy przetrwali trzygodzinny nalot.

 

W odległości 6 km od Litomierzyc znajdowała się w miejscowości Lbin leśniczówka, w której stadnina miała wyznaczony dłuższy postój. Zastali tam przysłane wcześniej przez niemiecką administrację ogiery z Drogomyśla, przeznaczone do krycia klaczy, w tym czystej krwi Orestesa oo (Hardy – Erynia/Bakszysz). Tam też zaczęły się źrebić klacze. Całą stadninę obsługiwała rodzina Tyszkowskich i dwóch najętych do pomocy chłopców. Tymczasem wojna zbliżała się ku końcowi. W maju zaczęli zaglądać do leśniczówki dezerterzy i nad końmi zawisła groźba grabieży. „Z każdym dniem wytwarza się dla stadniny atmosfera coraz groźniejsza, bo koń w takiej sytuacji każdemu potrzebny” – czytamy w pełnej dramatyzmu relacji Tyszkowskiego. – Trzeba było wielkiego zaparcia się siebie, by wytrwać na stanowisku, w każdym razie ani jednego konia nie daliśmy sobie z rąk wyrwać”. Hodowca postanawia zamienić stadninę w szpital leczący kulawe konie. Każdemu koniowi wykroił róg w podeszwie, tak aby kulawych koni nie można było zabrać. I to je uratowało. 22 czerwca 1945 roku konie zostały skierowane przez wojskowe władze czechosłowackie do czeskiej stadniny wojskowej w Mimoniu w Sudetach. Następnie 8 sierpnia 1945 roku przeniesiono stado Tyszkowskiego do znanej czeskiej stadniny w Topolczankach, gdzie po wielomiesięcznej tułaczce konie znalazły wreszcie bezpieczne schronienie. W tym czasie czuwający nad stadniną Józef Tyszkowski otrzymał od władz czeskich propozycję pozostania wraz z końmi w Czechosłowacji. Jego stanowcza odmowa wynikała z głębokiego przeświadczenia, że obowiązkiem jego jest powrócić z końmi do Polski. Józef Tyszkowski z uporem i determinacją doprowadził do uznania przez czechosłowackie Ministerstwo Rolnictwa polskiego prawa własności klaczy wpisanych do PASB, a następnie porozumiał się z polskim Ministerstwem Rolnictwa i Reform Rolnych w sprawie powrotu koni do Polski. „Co miesiąc, nie bacząc na bardzo wówczas uciążliwą i kosztowną podróż pociągami z Topolczanek do Pragi, stukałem, pukałem, aż w końcu listopada, przy pomocy naszego Poselstwa w Pradze, uzyskałem pozwolenie na wywóz stadniny”. Ostatecznie sprawę powierzono inspektorowi Stadnin Państwowych w Krakowie dr. Edwardowi Skorkowskiemu, który uzyskał delegację na przejęcie koni przebywających w Topolczankach.

 

Edward Skorkowski wyznaczył dla odzyskanych koni arabskich folwark Nowy Dwór, stanowiący część majątku Wieprz k/Żywca. 26 stycznia 1946 roku konie zostały załadowane do wagonów w Topolczankach i po 22 miesiącach wojennej tułaczki, 29 stycznia 1946 roku, dotarły wraz z rodziną Tyszkowskich do Nowego Dworu. „Przyjechawszy do Nowego Dworu, zastaliśmy wszystko w przebudowie. Zahartowani wojennymi przejściami, nie zniechęciliśmy się, a przeciwnie, było to bodźcem do intensywniejszej pracy” – relacjonował Tyszkowski.

 

Odmiennie niż konie zgromadzone w Niemczech (w tym i te z Janowa), w ratowanie których zaangażowanych było wiele osób – Harland, Jankowski, Krzyształowicz, Sapieha, Zamojski – konie arabskie ze Starego Sioła uratowała niemal samodzielnie jedna tylko rodzina, pod wodzą Józefa Tyszkowskiego. Nie zapominając, że konie z Nowego Dworu w 1960 roku stały się podstawą reaktywowanej wtedy stadniny koni czystej krwi w Janowie, pragnę tym skromnym artykułem oddać honor Józefowi Tyszkowskiemu, gdyż to wyłącznie jego patriotyzm, upór i odwaga przyczyniły się do powrotu tych koni do kraju.

 

---------------------------------------------------------------------------------------

* Losy stadniny opisał Józef Tyszkowski: „Droga do Nowego Dworu”, „Hodowca Koni” nr 12/1946. Wszystkie wykorzystane cytaty pochodzą z tego artykułu.

 

Czytaj więcej na ten temat:

Niemcy w Janowie. Wojenne losy polskich koni arabskich 1939-1946, cz. 2

Leonid Ter Asaturow i epopeja wołyńska. Wojenne losy koni czystej krwi arabskiej 1939-1946, cz. 3

Po jasnej stronie: Stefan Zamoyski - (nie)zapomniany bohater

Po ciemnej stronie: Gustav Rau ku chwale Trzeciej Rzeszy

 

 
 
  Publikowanie tekstów oraz zdjęć z portalu polskiearaby.com na innych witrynach czy też w prasie drukowanej
wymaga każdorazowo pisemnej zgody wydawcy portalu.
 
 
   
  --