Czwartek . 19.09.2019 . 02:07
   
 
 
 
  Polskie Araby

Ludzie i konie

 
 
facebook
polskiearaby.com
--
LOT 5 - GALERIDA
Hanna Sztuka
Duma czy uprzedzenie?...
Wrzawa w mediach wokół tegorocznego wydarzenia pod nazwą Pride of Poland...
więcej
--
--
Kontakt
Wydawca:
Monika Luft
Opinie wyrażane w tekstach publikowanych w portalu polskiearaby.com są osobistymi ocenami autorów.
Dział techniczny:
Reklama:
nasz cennik
--
--
--
--
--
--
--
 
 
Żelazna elegancja
 
Autor: Monika Luft | 2014-09-26 | Drukuj
 
IRINA STIGLER, licencjonowany sędzia ECAHO klasy A, hodowczyni koni arabskich. Urodzona w Moskwie, mieszka we Włoszech, nad jeziorem Como, gdzie stworzyła pełen uroku zakątek, w którym dobrze czują się i ludzie, i zwierzęta, przede wszystkim zaś konie arabskie, pochodzące głównie z polskich i rosyjskich linii.

Rosja, czyli dyscyplina i nauka

Zanim znalazła swoje wyjątkowe miejsce na Ziemi, przebyła długą i niełatwą drogę z Rosji. Zapytana, jak mógłby zaczynać się poświęcony jej film dokumentalny, na chwilę się zamyśla. „Myślę, że otwierający kadr mógłby być czarno-biały, ponieważ miałam niełatwe dzieciństwo – odpowiada. – Moi rodzice byli naukowcami. Wykształcenie było dla nich bardzo ważne i podchodzili do tej kwestii niezwykle surowo. Na pewno miało to również związek z ich pochodzeniem – połowa mojej rodziny wywodzi się z Niemiec. Mój ojciec był Niemcem, na co zresztą wskazuje jego nazwisko Stigler, zaś po stronie matki Niemcem był mój pradziadek o nazwisku Koch”.

„Mój ojciec przyjechał do Rosji wykładać filozofię na uniwersytecie. Tak więc mam międzynarodowe korzenie, choć głównie niemieckie. Rodzice od samego początku kładli duży nacisk na moje wykształcenie. Naukę w szkole rozpoczęłam półtora roku wcześniej niż moi rówieśnicy, ponieważ rodzice uważali mnie za wyjątkowo uzdolnioną. Nakłaniali mnie do nauki rzeczy, w tym języków – oczywiście rodzimego rosyjskiego, ale też włoskiego, angielskiego – oraz muzyki. Każdy w mojej rodzinie grał na pianinie, więc tego samego oczekiwano ode mnie. Zaczęłam uczyć się gry na pianinie w wieku trzech lat i ćwiczyłam regularnie do trzynastego roku życia. Było to dla mnie bardzo trudne, ponieważ byłam żywym dzieckiem. Spędzanie sześciu-ośmiu godzin dziennie przy pianinie było dla dziesięciolatki nie lada wyzwaniem. Dzieci próbowały wyciągnąć mnie na podwórko, ale ja nie mogłam wyjść. Musiałam ćwiczyć. Potem rodzice sprawdzali moje postępy”. Nawykła do wysiłku i dyscypliny, Irina nie poprzestała jednak na pogłębianiu wiedzy z dziedziny humanistyki. Pociągał ją również sport, choć akurat tego typu aktywność nie zyskiwała uznania w oczach jej rodziny. „Mój ojciec nie zgadzał się na uprawianie przeze mnie jakiegokolwiek sportu. Nakazywał mi zawsze dbać o dłonie, gdyż zakładał, że będę wyśmienitą pianistką. Mimo to niedługo później trenowałam już szermierkę. Na początku ukrywałam moje nowe hobby, ale nie było to wcale proste, bo rozsadzała mnie energia. Rozpoczęłam treningi w klubie sportowym w wieku dziewięciu lat. Jako piętnastolatka zostałam młodzieżową mistrzynią Związku Radzieckiego. Ale i tak nie zyskałam aprobaty rodziców. Nawet dziś moja matka nie może zrozumieć, jak mogę przebywać wśród koni, czyścić je, jeździć na nich – uważa, że podczas tego typu zajęć człowiek się brudzi.”

Włochy, czyli nowy początek

Konie arabskie pojawiły się w życiu Iriny już po wyjeździe z Rosji. Najpierw jednak były jeszcze studia psychologiczne i lingwistyczne na Uniwersytecie w Moskwie. Jako 23-letnia dziewczyna Irina otrzymuje szansę, którą postanawia wykorzystać. „Zarabiałam jako tłumaczka na wystawach, bo moja rodzina nie była w stanie pomagać mi finansowo – opowiada. – Tuż po obronie skontaktowała się ze mną firma Clementoni, światowy producent gier dla dzieci. Zaproszono mnie do Włoch, gdzie tworzono spółkę mającą działać na rynku rosyjskim. Byłam młoda, bez zobowiązań, więc postanowiłam sprawdzić, co z tego wyjdzie. Przyleciałam do Mediolanu, sama, bez rodziny, bez znajomych. To był trudny okres. Osoby, z którymi pracowałam w biurze, były ode mnie znacznie starsze, wszystko było bardzo drogie i w zasadzie nie było mnie na nic stać. Ale muszę przyznać, że praca ta była cennym doświadczeniem”.

„Udzielałam się również w klubie sportowym jako trenerka szermierki i kilkakrotnie uczestniczyłam wraz z moimi podopiecznymi w zawodach. Brałam nawet udział w Pucharze Narodów w Como, mierząc się z Margheritą Zalafi, słynną florecistką, wielokrotną mistrzynią olimpijską i świata. Przegrałam zaledwie jednym punktem! Taki wynik po sześciu latach przerwy był dla mnie dużym osiągnięciem”.

Irinie nie było wówczas lekko – dokuczał jej brak przyjaciół, samotność, problemy z porozumiewaniem się (język mówiony różni się od wersji uczonej na uniwersytecie) i nienajlepsza sytuacja finansowa, jako że zarobione pieniądze wysyłała swojej rodzinie, borykającej się z trudnościami podczas niełatwego dla Rosjan okresu po pierestrojce. Jednak to właśnie w tym czasie w jej życiu pojawiły się araby. „Pojechałam do Werony na Czempionat Europy i zobaczyłam konia arabskiego – ogiera Piruet. Wiedziałam już, jakie konie chciałabym mieć w przyszłości – wspomina. – To ma chyba związek z elegancją i dobrym smakiem. Takie jest moje rodzinne dziedzictwo: piękno było bardzo ważne w życiu moich rodziców. Ojciec był przystojny, matka ładna, elegancko się ubierali”.

„Mój dziadek hodował konie, więc być może tę pasję otrzymałam w genach” – dodaje Irina. I tak, za swoją pierwszą większą wypłatę kupuje konia. „To był ogier czystej krwi arabskiej. Mój pierwszy koń i mój pierwszy arab. Wszyscy odradzali mi ten zakup, mówili, że jestem szalona, ponieważ ten koń miał prawdziwie ognisty temperament, kopał i był wrogo nastawiony do ludzi. Choć miał dopiero trzy lata, zdążył już pięć czy sześć razy zmienić właściciela. Mimo to zostaliśmy dobrymi przyjaciółmi, lubiłam na nim jeździć. Starowaliśmy razem w rajdach z całkiem niezłymi wynikami. Ma na imię Idet i wciąż jest ze mną. Dziś ma 22 lata i nadal jest moim ulubionym koniem. Kiedy tylko mam wolną chwilę, zarzucam mu siodło na grzbiet i jadę przed siebie, tylko ja i on. Trochę stępujemy, trochę kłusujemy, tak dla przyjemności. W pełni mu ufam. Moje myśli mogą wtedy krążyć swobodnie – mam szansę coś zaplanować, zastanawiać się nad różnymi rzeczami”.

Hodowca i sędzia, czyli życie na walizkach

Na jednym koniu i górskich rajdach się nie skończyło. Irina postanawia założyć hodowlę. „Program studiów psychologicznych obejmuje też przedmioty związane z medycyną. Szczególnie polubiłam genetykę, byłam w niej bardzo dobra – wyjaśnia. – Gdybym nie zdecydowała się na hodowlę koni arabskich, pewnie poszłabym w kierunku genetyki, w końcu mam przecież tytuł doktora”.

„Lubię też moje psy, ze względu na ich elegancję i inteligencję, ale nie zajmuję się ich hodowlą – nie da się robić wszystkiego. Pudel królewski jest niezwykle mądry, uznaje się go wręcz za najmądrzejszą z psich ras. Czasami pozwalam komuś wystawiać je na pokazach. Ten jasnobrązowy jest ojcem czempionów świata, ale przyznam, że nie śledzę dokładnie ich kariery”. Pokazy koni to co innego. W tych Irina uczestniczy jako sędzia lub hodowca. Gdy jest obecna w tej drugiej roli, czasem trudno jej zachować zimną krew. „Denerwuję się jak każdy inny hodowca. Każdy przecież chce wygrać”. Niedawno odniosła duży sukces podczas Czempionatu Narodowego Włoch w Citta di Castello (12 sierpnia), gdy jej ogier ASH Dream of Glory (WH Justice – Donna Diva/Ekstern) został złotym medalistą ogierów starszych.

Czy sędziowanie bywa raczej przyjemnością czy pracą? Według Iriny, i jednym, i drugim. „Sędzia powinien być również nauczycielem, osobą, która potrafi podpowiedzieć hodowcom pewne rozwiązania, udzielić wskazówek. Powinien widzieć poprawność budowy, ale też piękno konia. Sędziowanie jest także przyjemnością, ponieważ pozwala na podróżowanie po świecie i poznawanie nowych ludzi, zawieranie znajomości, doświadczanie gościnności. Zyskuje się wielką rodzinę”. Częste podróże są jednak niemałym wyzwaniem. Zawsze w trasie, na walizkach, w pośpiechu. „Mam spakowane trzy walizki – stoją otwarte w oddzielnym pokoju – zdradza Irina. – Jest wersja zimowa, letnia i przejściowa. Czasami coś w nich wymieniam, dokupię coś nowego. Jestem szczęściarą, ponieważ mam okazję oglądać piękne konie z bliska, mogę studiować ich rodowody i na podstawie tego podejmować decyzje hodowlane. Podróżowanie jest kształcącym doświadczeniem i świetną lekcją, zwłaszcza że hodowla nie jest zamkniętą nauką, zawsze do czegoś trzeba dążyć”.

Miejscem, do którego chętnie wraca, jest Syria. „Cudowna kultura, wielka gościnność, pyszne jedzenie, otwarci ludzie, prostota, którą cenię nade wszystko. Kobiety są ładnie ubranie, z gustem. I jest pustynia – uwielbiam Palmyrę. Czuję tę wielką przestrzeń, jej ogrom. Wyobrażam sobie konie i wielbłądy wędrujące po złocistych piaskach. Tamtejsi hodowcy różnią się od europejskich czy amerykańskich. Są tacy, którzy hodują konie na wielką skalę i tacy, którzy mają tylko kilka koni; ci, którzy hodują konie zgodnie ze światową modą oraz ci, którzy są wierni tradycji – każdy znajdzie tam coś dla siebie. Moje imię oznacza po grecku "pokój". Czekam na pokój w Syrii, by tam powrócić”.

Mimo miłości do pustyni, kluczowym momentem jako dla hodowcy była dla Iriny podróż do USA i spotkanie z ogierem Padrons Psyche. Odwiedziła go w jego stajni po pokazie w Las Vegas. Zrobił na niej wielkie wrażenie. „To ogier stulecia – mówi z przekonaniem i przyznaje, iż jest zwolenniczką koni o kasztanowatej maści. – W słynnej "Knidze ob arabskoj łoszadi” autorstwa Szczerbatova i Stroganova, wydanej w 1900 r. w Sankt Petersburgu, przeczytałam, że kasztany ruszają się lepiej od siwków i gniadoszy. Cieszy mnie to, ponieważ mam kilka kasztanowatych koni. I ruszają się jak diabli!”

Rosja, czyli tradycja

Choć mieszka poza granicami rodzinnego kraju, jest rosyjską patriotką. „Jestem silnie związana z moją ojczyzną, często tam jeżdżę. Mój kraj dał mi wykształcenie i przygotował do życia za granicą”. Irina przygląda się również z uwagą rosyjskiej hodowli – jest m.in. współorganizatorką rosyjskiego Czempionatu Narodowego. „Stadnina Koni Tiersk, ale też inni hodowcy, byli w przeszłości bardzo znani. Za rosyjskie konie płacono duże pieniądze. Na skutek wielu lat stagnacji program hodowlany sporo stracił, a z końmi nie obchodzono się najlepiej. Ale dziś ludzie tacy jak Igor Bochkarev inwestują pieniądze i czas w rozwój tej branży. W następnym roku chcielibyśmy zorganizować wielki, międzynarodowy pokaz, prawdopodobnie w Sankt Petersburgu, by wskazać rosyjskim hodowcom nowe kierunki. Rosjanie lubią czytać, pamiętają przeszłość i patrzą z optymizmem w przyszłość. Nasz tradycja nie jest martwa, my nią cały czas żyjemy. Osobiście pomagam rosyjskim hodowcom powracać na międzynarodowe ringi, choćby poprzez oferowanie im stanówek, jako że większości z nich nie stać na nasienie modnych reproduktorów. Za kilka lat Rosjanie będą stanowić silną konkurencję dla reszty Europy. Nauka wymaga czasu, ale któregoś dnia to się opłaci”.

W swojej stadninie Irina trzyma przede wszystkim konie z krwią polską i rosyjską. „Mam wiele koni o polsko-rosyjskich korzeniach, z przewagą rosyjskich, jest ich ok. 75%. Rosyjskie konie są potomkami polskich – jak wiadomo, polskie konie zostały zrabowane podczas wojny – ale później w obu krajach używano innych ogierów. Dlatego też konie te zdradzają pewne podobieństwa, lecz nie są identyczne. Dolewka krwi egipskiej bardzo uszlachetnia, ale wydaje mi się, że najlepsze efekty osiąga się nie poprzez zachowanie czystości krwi danej linii, ale w wyniku odpowiednich krzyżówek. Krycie w obrębie krwi egipskiej czy polskiej narzuca duże ograniczenia. Ja sama szukam konia poprawnego, z dobrym ruchem i pięknym okiem”. Niektórzy uważają, że nie da się wyhodować konia jednocześnie poprawnego i obdarzonego piękną, egzotyczną głową. Irina sądzi jednak, że należy próbować. ”Szukam połączenia dobrych nóg z piękną głową. Czy to w ogóle możliwe? Na pewno nie jest to proste, ale trzeba się starać. Moda się zmienia, ludzie zaczynają zauważać, że niepoprawne kłody i nogi trudno naprawić. To niełatwy proces, ale nic nie jest niemożliwe. Powtarzając, że coś jest "niemożliwe", z góry skazujemy się na porażkę. Na pewno nie uda się tego uzyskać z dnia na dzień, ale mądry hodowca, przy odrobinie szczęścia, jest w stanie wyhodować wymarzonego konia”.

Podkreśla, że najpiękniejszy czas w roku to dla niej ten, gdy rodzą się źrebięta. „Niecierpliwie czekam na narodziny źrebiąt. Mogę wtedy ocenić skutki moich decyzji – mocne i słabe strony danych połączeń. Oczywiście nikt nie wie, jak te konie się rozwiną, co z nich wyrośnie. Ale na pewno od razu widać ich jakość. Trudno to wyjaśnić, ale jeśli ktoś ma do tego oko, dostrzeże w źrebięciu przyszłego czempiona” – wyjaśnia.

Siodło i góry, czyli chwile tylko dla siebie

Konie to nie jedyna zawodowa aktywność Iriny. Niewiele osób wie, że nadal praktykuje jako psycholog, ma także gabinet i sklep dla zwierząt. Regularnie jeździ konno. „Najbardziej jestem zaprzyjaźniona z psami, potem z końmi. Jedyny moment, w którym mam wyciszone myśli, to wówczas, gdy jeżdżę konno po parku. Jestem szczęśliwa, gdy zarzucam na grzbiet mojego konia wielkie, wojskowe siodło i jedziemy na przejażdżkę. Mam poczucie niezwykłej współpracy pomiędzy dwiema istotami – mną i nim. On musi rozumieć mnie, ja muszę rozumieć jego. I jesteśmy blisko z przyrodą, co też jest ważne”.

Wielu bywalców pokazów kojarzy Irinę jako najbardziej elegancką sędzię. Zwraca uwagę oryginalnym strojem, doskonale dobranymi dodatkami, dbałością o każdy szczegół. „Mam to chyba po ojcu – uśmiecha się. – On zawsze był dobrze ubrany, gdy grał na pianinie lub na organach, gdy dawał koncerty. Poza tym lubię się wyróżniać – jestem nonkonformistką w każdej sferze, również ubraniowej. Czasem słyszę od kogoś, że nie widział lepiej ubranej sędzi ode mnie. Ludzie często pytają, gdzie robię zakupy. Na pewno ułatwia sprawę fakt, że mieszkam we Włoszech, jest tu wiele eleganckich sklepów. Zabawne, że Lenita Perroy wyobraziła mnie sobie w jednym ze swoich kolaży jako polską królową!”.

Irina może pozwolić sobie na to, by być z siebie zadowoloną. Spełniona zawodowo, umiejąca realizować marzenia, jest być może właśnie teraz w najlepszym momencie swojego życia. „Gdybym mogła cofnąć czas, zrobiłabym wszystko dokładnie tak samo – podsumowuje. – Może wolałabym spotykać więcej ludzi, hołdujących tym samym wartościom, co ja, a mniej takich, którzy knują za twoimi plecami. Ale nawet ciężkie czasy potrafią otworzyć drzwi do nowych możliwości”.


Sesję zdjęciową (fot. Bukra) wykonano w Rezydencji Myśliwskiej Książąt Castiglioni z 1230 roku.
Kierownik artystyczny sesji: Mateusz Jaworski

Artykuł w wersji angielskiej do pobrania jako PDF»

 
 
  Publikowanie tekstów oraz zdjęć z portalu polskiearaby.com na innych witrynach czy też w prasie drukowanej
wymaga każdorazowo pisemnej zgody wydawcy portalu.
 
 
   
  --