Niedziela . 20.08.2017 . 15:38
   
 
 
 
  Polskie Araby

Ludzie i konie

 
 
facebook
polskiearaby.com
--
Araby i Twitter
Monika Luft
Sędziowie pod lupą
Związani z branżą "arabską" użytkownicy Facebooka po zakończonym w...
więcej
--
--
Kontakt
Wydawca:
Monika Luft
Opinie wyrażane w tekstach publikowanych w portalu polskiearaby.com są osobistymi ocenami autorów.
Dział techniczny:
Reklama:
nasz cennik
--
--
--
--
--
--
--
 
 
Pędzel z końskiego włosia. 3 lutego mija kolejna rocznica śmierci Juliusza Kossaka
 
Autor: Tomasz Zbigniew Zapert | 2016-01-13 | Drukuj
 

Koń, towarzysz człowieka powszechnie używany przez wieki do prac agrarnych, transportowych i podróży, bywał obiektem zainteresowania artystów, chociaż przeważnie nie występował w roli wiodącej. W malarstwie polskim zmieniło się to dopiero za sprawą JULIUSZA KOSSAKA (1824–1899). Kto wie, czy tak by się stało, gdyby los nie zetknął malarza z końmi czystej krwi arabskiej. Honoriusz Balzac wyróżnił trzy synonimy piękna: une jolie femme qui dance (piękna kobieta w tańcu); un pur sang en libérté (czystej krwi rumak na wolności); une frégate sous voiles (fregata pod pełnymi żaglami). Ten drugi wzorzec estetyczny stał się wizytówką twórczości Kossaka, protoplasty rodu niezmiernie zasłużonego dla rodzimej kultury.

 

Karoca katalizatorem porodu

 

29 października 1824 roku Juliusz Kossak przyszedł na świat w Nowym Wiśniczu. Dlaczego akurat tam? Bo lekkomyślna ciężarna mama postanowiła wyjechać z osady Kniahinin nad górnym Sanem, do Krakowa. Podróż czterokonną karocą po wyboistych drogach podkarpackich przyspieszyła rozwiązanie. Szczęśliwie przejeżdżano w pobliżu Wiśnicza. Zrazu wprowadzono znachorkę, wkrótce dołączył do niej medyk, który przyjechał wierzchem. On to odebrał noworodka. Po kilkunastu godzinach, gdy tylko matka doszła po siebie, wróciła z nowo narodzonym synem w macierzyste strony, aby go ochrzcić. Dokonał tego w unickiej cerkwi pop. Kossakowie traktowali bowiem Rusinów jak Polaków, nie czyniąc różnicy między katolicyzmem rzymskim a jego grecką odmianą. Takie podejście sprawiło, że brzdąc od kolebki poznawał język polski na równi z ukraińskim.

 

Błogie dzieciństwo przerwała śmierć ojca konsyliarza (jak wtedy tytułowano sędziów) we Lwowie. Matka zajęła się wychowaniem piątki potomstwa. Juliusz miał bowiem dwie siostry i dwóch braci. Leon Kossak, po pobycie na syberyjskim zesłaniu za udział w powstaniu styczniowym, też dał się poznać jako malarz ze specjalnością batalistyczną. Władysław – uczestnik Wiosny Ludów na Węgrzech, wylądował na antypodach, w Australii, gdzie się ustatkował i założył rodzinę, inaugurując australijską gałąź Kossaków, której potomkowie do dziś żyją w Krainie kangurów.

 

Martwe modele

 

Już w czasach szkolnych (lwowski zakład edukacyjny zakonu bazylianów) Juliusz zasłynął zmysłem plastycznym. Konterfekty klasowych kolegów przyniosły mu mir pośród rówieśników, karykatury ciała pedagogicznego nierzadko zaś skutkowały odesłaniem do kąta, klęczeniem na grochu, a nawet karami cielesnymi, zapewne „wymierzanymi przez belfra miarowymi razami liniałem w dłonie delikwenta”, jak relacjonował XIX-wieczne sankcje pedagogiczne Wiktor Gomulicki we „Wspomnieniach niebieskiego mundurka” (1906). Bolesne uderzenia w ręce nie zniechęciły jednak czupurnego i krnąbrnego sztubaka do sięgania po ołówki i węgiel (za młodu używał tychże technik graficznych). Pierwszy sukces plastyczny odniósł w wieku 15 lat, po namalowaniu portretu siostry klasowego kolegi, osiemnastoletniej panny na wydaniu. Zadowolona ze swojego wizerunku, umówiła się z artystą in spe na randkę. Ba, pozwoliła pozwoliła się nawet pocałować!


Zainteresowania sztuką nie porzucił Juliusz wraz z wstąpieniem, za sprawą kategorycznego nakazu matki, na fakultet prawa Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie. Zamiast jednak ślęczeć nad paragrafami, kuć na blachę starorzymskie paremie i słuchać wykładów jurystycznych, wolał odwiedzać miejskie rzeźnie (!). Szkicował tam na arkuszach anatomię zwierząt, w pierwszym rzędzie koni, które potem podsuwał swemu – a także Artura Grottgera – mentorowi malarskiemu, Janowi Maszkowskiemu (1793–1865). Jak po latach opowiadał Stanisławowi Witkiewiczowi: „Właśnie w takiej nieco makabrycznej scenerii nauczyłem się precyzyjnego odtwarzania wszelakich elementów budowę konia charakteryzujących”. Wszelako nie zdawał sobie wówczas jeszcze sprawy, że właśnie ów czworonożny model zagwarantuje mu sławę ponadczasową. Chociaż od śmierci Juliusza minęło już 117 lat, wciąż jest on w Polsce końskim portrecistą numer jeden.

 

Kresowe klany

 

Znudzony prawem, porzucił studia, zerwał więzi z nieakceptującą tego postanowienia rodziną i zaczął żyć na własny rachunek. Utrzymanie gwarantował mu pędzel. Zrazu ponoć z końskiego włosia. Tułał się z paletą po dworach i folwarkach Wołynia, Podola i Pokucia. Prócz skromnego wynagrodzenia – za malunki szlagonów, psów, koni, sadyb i krajobrazów – otrzymywał darmowy wikt, nocleg i opierunek.

 

Mołojecka sława zuchwałego artysty pęczniała dzięki protekcji. Jak pisze Stefania Krzysztofowicz-Kozakowska („Kossakowie”), w 1844 Juliusz został zaproszony przez Alfreda Potockiego na wielkie polowanie par force w Łańcucie. Zilustrował je rok później. Z tego samego roku pochodzi „Siwa klacz Szaytanka” i „Ogier arabski z Beduinem”. Pobyt w Łańcucie zaowocował dalszymi koneksjami. Kazimierz Dzieduszycki z Niesłuchowa poznał Juliusza z Władysławem Rozwadowskim z Rajtarowic, ten skierował młodziana do Medyki, gdzie gospodarował Jan Gwalbert Pawlikowski, a ów zaznajomił go z Leonem Rzewuskim z Podhorców. Wszystkim przypadł do gustu nie tylko z racji artystycznych, lecz także towarzyskich. Okazał się doskonałym kompanem zarówno do polowań, jak i hulanek.

Ziemianie chętnie go zapraszali. Usiłowali się nawet złożyć na stypendium gwarantujące Juliuszowi zagraniczne studia malarskie, lecz zebrano zbyt małą kwotę. Na szczęście, akurat powrócił do rodowych Bolestraszyc Piotr Michałowski (1800–1855), który uznawszy prace gołowąsa za obiecujące, postanowił udzielać mu malarskich korepetycji.

 

Kto wie jednak, czy konie zdominowałyby dorobek Juliusza, gdyby nie Dzieduszyccy. Rozgałęziony, wielce zasłużony dla ojczyzny ród kresowy, władający latyfundiami, którego – jak to ujął Roman Aftanazy – „konikiem były araby”. Ozdobę ich stajni w Jarczowcach stanowiły (nierzadko warte fortunę) rumaki czystej krwi, sprowadzane głównie z Azji Mniejszej. Nie była to jednak lokata kapitału. Raczej zaspokajanie fanaberii.

 

 

Stajenna łacina

 

Wagabunda i ekscentryk Juliusz Dzieduszycki sprowadził w 1845 roku zakupiony od beduinów tabun arabów, miedzy innymi klacze matki, które przeszły do historii – Mlechę, Gazellę i Saharę. Zamieszkały w sąsiadującej z salonem stajni, której ściany pokryte były kryształowymi lustrami, a podłogi kobiercami perskimi. Od czasu do czasu bywał we Lwowie, aby się „odchamić”, jak to prostolinijnie ujmował. Któregoś razu siedział w tamtejszej łaźni i przysłuchiwał się rozmowom studentów. Jeden z nich rzucił mimochodem: „Szkoda, że nie ma z nami Julka, pięknie by nas namalował...”. Na co inny odpowiedział, że przecież Julek tylko konie maluje. Kossak miał wówczas 21 lat i tak rozpoczęła się jego wielka kariera: za uwiecznianie pędzlem swego stada Dzieduszycki dał mu dach na głową oraz wypłacał gażę.

 

Dwóch Juliuszów związała przyjaźń i temperament. „Mieszkali tak, jak przystało na prawdziwych epikurejczyków. Zmęczony całodziennym uganianiem się na koniu Dzieduszycki zapalał fajkę, kładł się w stajni na dywanie i czytywał klasyków łacińskich. Szczególnie lubił «Ody» Horacego. Carpe diem! – to był rozkoszny sens życia (...) Wieczorem przyjeżdżali znajomi oraz krewni. W pałacu zbierało się doborowe towarzystwo. Pili doskonałe wino, rozmawiali o koniach i kobietach, potem dopiero o polityce, żartowali z siebie nawzajem... Jeszcze zabawiali się wesoło, a już dworskie dziewuchy myły w łaźni przybyłe z wiosek dziewczęta, które w nocy miały dzielić łoża z «panami». Amatorek nie brakowało, ponieważ od hojnych panów otrzymywały za swoją miłosną uprzejmość sowite wynagrodzenie. O świcie chwilowe kochanki wracały do nędznych, wiejskich chałup, zachwycone wiejskim przepychem i uradowane paroma monetami, na które zwykle niecierpliwie oczekiwali ojcowie, bracia, a nawet mężowie” – pisał Aleksander Piskor w książce „Siedem ekscelencji i jedna dama”.

 

Dziedzic, niedoszły lekarz, zwrócił uwagę Kossaka na końską anatomię. Dopiero gdy młody malarz gruntownie ją poznał, wierzchowce na jego płótnach nabrały cech życia, a z czasem zaczęły się nawet wdzięczyć do widzów. Czy pomogła w tym bytność obydwu Julków na lwowskim torze wyścigowym? W 1845 roku stali się tam świadkami – jak zapisał kronikarz Józef Skarbek-Borowski – „strasznej tragedii”. „Czy zjazd był tak liczny, czy w letnie upały zgrzanym sportsmenom pić się tak chciało, fakt zapisany w kronikach miasta, że brakło wina szampańskiego we Lwowie! (...) Konnych gońców rozsyłają po dworach szlacheckich, wypróżniają piwnice i ratują gród od strasznej klęski posuchy...”

 

Rabacja galicyjska Jakuba Szeli (1846), powstanie krakowskie Edwarda Dembowskiego (1846), a następnie Wiosna Ludów zakończyły beztroski czas w życiu malarza. Dopiero przeszło trzy dekady później odbył sentymentalną podróż po wschodnio-galicyjskiej prowincji, której pejzaż, pomimo zniesienia pańszczyzny i rozwoju przemysłu, zmienił się bardzo niewiele. Po stepach ciągle galopowały stada koni. W tym najpiękniejsza ich wersja. Arabska.


Kossak, którego w malarskie arkana wprowadzał Piotr Michałowski, też właściciel stadniny, początkowo posługiwał się techniką akwareli. Po zgłębieniu wiedzy malarskiej – w czym pomogły godziny spędzone w petersburskich galeriach, podróże na Węgry i do Wiednia, obfitujące w obcowanie ze sztuką, a zwłaszcza gruntowne studia malarskie w Paryżu, gdzie znalazł mentora i przyjaciela w osobie Horacego Verneta (1789–1863), niezrównanego batalisty – zaczął używać farb olejnych. Lecz zanim do tego doszło, Kossak skosztował innych technik ilustracyjnych. Zapoznał się z dagerotypią, jak w chwili narodzin definiowano fotografię. Aby udoskonalić ówczesne zdjęcia masowo stosowano retusze. I tym zajął się przyszły „ułan z pędzlem”, jak nazywał go generał Bolesław Wieniawa-Długoszowski*, w stołecznym zakładzie Józefa Giwartowskiego. Nie było to jedyne źródło utrzymania Juliusza. Dorabiał do domowego budżetu jako ilustrator książek, a także prasy stołecznej: „Kłosów”, „Przeglądu Tygodniowego”, „Przyjaciela dzieci”. Kilka lat spędzonych na warszawskim bruku, gdzie skrył się po udziale w galicyjskim epizodzie Wiosny Ludów, zaowocowało koneksjami ze studentami stołecznej Akademii Sztuk Pięknych: braćmi Maksymilianem i Aleksandrem Gierymskimi, Józefem Brandtem, Henrykiem Siemiradzkim. Znajomości kontynuował potem w monachijskich bierstubach, dyskutując tam po zajęciach u Franza Adama, wykładowcy w mekce malarstwa drugiej połowy XIX stulecia, bawarskiej Akademii Sztuk Pięknych.

 

Po powstaniu styczniowym (1863), chcąc uniknąć edukacji potomstwa w zrusyfikowanych przez carskiego zaborcę szkołach, przeprowadził się wraz z rodziną do Krakowa. Zakotwiczyli w dworku z czasem zwanym Kossakówką, progi którego wielokroć przekraczały tuzy polskiej kultury: Adam Asnyk, Stefan Żeromski, Stanisław Witkiewicz, Henryk Sienkiewicz, Teofil Lenartowicz, Henryk Rodakowski, Józef Chełmoński, Wojciech Gerson, Jan Matejko, Jacek Malczewski.

 

Leitmotiw na czterech kopytach

 

Konie stanowią symbol twórczości Juliusza Kossaka (jego syna Wojciecha i wnuka Jerzego także; ten ostatni – zdaniem córki – niekiedy kopiował prace przodków). Rumaki były obecne w scenach rodzajowych, obyczajowych, historycznych, batalistyce, wizerunkach arystokracji i ziemiaństwa (Fredrów, Gniewoszów, Tyszkiewiczów, Branickich, Lipskich, Morstinów, Potockich, Sanguszków). Często bywał w najsłynniejszych stadninach arabskich swej epoki: Sławucie, Jarczowcach, Gumniskach, Białej Cerkwi, Szamrajówce, Janiszówce i Uzinie. Ich lokatorzy stali się Kossakowym znakiem rozpoznawczym. Nierzadko niezmiernie zresztą konkretnym, czego dobitnym dowodem poczet rumaków arabskich – ozdób zabużańskich stad: „Koń kasztan Carogród”, „Siwy ogier arabski Obejan”, „Koń Oleś”, „Siwa klacz Gulda” czy bodaj najsławniejszy „Farys”.

 

Ogier ze strzałką na czole i białymi skarpetkami przeskakuje koński szkielet leżący na ogarniętej zapadającymi ciemnościami pustyni. Niesie w siodle ubranego w galabiję jeźdźca, składającego się do strzału z łuku. Pościg, którego się domyślamy, nie jest jedynym zagrożeniem. Jałowy krajobraz urozmaicają kołujące na nieboskłonie sępy oraz kłęby kurzu, zwiastujące piaskową burzę.

 

Akwarela powstała w roku 1881 z inspiracji wierszem Adama Mickiewicza „Farys, kasyda na cześć emira Tadż-ul-Fechra ułożona, Janowi Kozłow na pamiątkę przypisana” (1828). Poeta dedykował utwór hrabiemu Wacławowi Rzewuskiemu, który w 1817 r. na czele orszaku Kozaków, w towarzystwie lekarza, sekretarza, tłumacza i weterynarza wyruszył na orientalną wyprawę w poszukiwaniu koni czystej krwi arabskiej. Chciał nimi obdzielić stadniny cara Aleksandra I, królowej Wirtembergii oraz własną, w Sawraniu na Podolu. Ekspedycja, poprzez Bałkany i Konstantynopol, dotarła do Aleppo. Stamtąd skierowała się ku Libanowi, Syrii, Jordanii, by po wielu niebezpiecznych przygodach i zabawnych perypetiach dotrzeć do Półwyspu Arabskiego. Rzewuski zaskarbił sobie zaufanie, w końcu i przyjaźń przywódców wielu szczepów beduińskich, uczestniczył nawet w ich wyprawach wojennych. Beduini nadali mu zaszczytny tytuł Tadż Fahr Abd el Nischaane („Wieniec Sławy”) i doprowadzili do kolebki rasy arabskiej, tam gdzie nie postała stopa Europejczyka. Hrabia nabył stado liczące przeszło sto koni i większość z nich zdołał dowieść na rusińskie stepy. Ów tabun stanowił zaczyn polskiej hodowli koni czystej krwi, która szybko stała się naszym znakiem firmowym. Juliusz Kossak bacznie śledził jej rozwój, dokumentując przy pomocy palety i sztalugi kolejne jej etapy.

 

Inne znamienite płótno artysty przedstawia ogiera Bagdad. Jak pisał w roku 1904 r. Stefan Bojanowski („Sylwetki koni orientalnych i ich hodowców”): „Juliusz Dzieduszycki dostał od ojca Kazimierza na kupno pełny trzos dukatów w złocie, zabrał wszystkie swoje pieniądze i pojechał powozem czterema cugowymi końmi do Lwowa. Zobaczywszy Bagdada tak się zapalił, że dał za niego wszystkie dukaty, które od ojca otrzymał, i te, które ze swojej zabrał szkatuły, a było ich podobno dość sporo, sprzedał cztery konie, powóz, dery i bat bogato srebrem okuty, ażeby żądaną za konia uzupełnić sumę i sam na Bagdadzie do Jarczowiec wierzchem przyjechał, a furman pieszo do domu powrócił”.

 

Syn Bagdada i Gazelli or.ar. Pielgrzym 1851 sprzedany został do stadniny w Babolnie, gdzie jego imię zmieniono na Bagdady. I taki podpis figuruje na owym obrazie, ale podobno nie odpowiada prawdzie. Malarz przebywał w Jarczowcach w latach 40. XIX wieku, a więc w czasie, gdy był tam i Bagdad, u schyłku życia zaś (wedle Kazimierza Olszańskiego, autora monografii „Juliusz Kossak”), artysta malował z pamięci, powtarzając dawne motywy. Tym samym możemy domniemywać, iż portret Bagdada znajdujący się dziś w rękach prywatnych, rzeczywiście przedstawia ogiera, sprzedanego Juliuszowi Dzieduszyckiemu.

 

Spuścizna Juliusza stanowi de facto kolosalny zbiorowy obraz wielkości i piękna kultury rycerskiej i szlacheckiej. Oraz – co niemniej istotne – Polski konnej.

 

Spod młotka na ściany

 

Warsztatowe walory dorobku Kossaka, ich patriotyczny rezonans, jeszcze za życia (co wcale nie takie częste) zagwarantowały artyście estymę i splendor. A końskie malowidła na zamówienie zapewniły fortunę. Kossakówka stała się prawdziwym salonem elit artystycznych Krakowa i Galicji. Ambicją zaś niejednego nuworysza było powieszenie konnej akwareli Juliusza w saloniku lub gabinecie. I tak jest do dziś.

 

Sceny konne i kompozycje batalistyczne Juliusza Kossaka nieodmiennie emocjonują kolekcjonerów. Od pierwszych aukcji sztuki wyceniane są wysoko. „Farysa” wylicytowano w Agrze z wyw. 39 tys. do 50 tys., a „Zaprzęg czterokonny” (41 x 79,5), przed laty ozdoba zbioru ordynata chorostkowskiego hr. Wilhelma Siemieńskiego-Lewickiego, osiągnęła zaś pod młotkiem 70 tys. (z wyw. 60 tys.).

 

-----------------------------------------------
*Romuald Romański „Generał Bolesław Wieniawa-Długoszowski. Polityk czy lew salonowy?”, wyd. WSiP

 

Pobierz bibliografię w formacie .pdf

Czytaj także:

Wybrałem kawałek własnej ziemi, wolność i konie. Wywiad z prof. Andrzejem Strumiłłą

Jarczowce. Śladami Mlechy, Gazelli i Sahary

Zofia Kossak-Szczucka: Być biernym, to współuczestniczyć w złu

Kim był Gliocco, sprzedawca Bagdada

Koń, który nie śpi. Rozmowa z prof. Ludwikiem Maciągiem


Artykuł w wersji angielskiej do pobrania jako PDF»

 
 
  Publikowanie tekstów oraz zdjęć z portalu polskiearaby.com na innych witrynach czy też w prasie drukowanej
wymaga każdorazowo pisemnej zgody wydawcy portalu.
 
 
   
  --