Wtorek . 18.12.2018 . 14:33
   
 
 
 
  Polskie Araby

Ludzie i konie

 
 
facebook
polskiearaby.com
--
Pride of Poland - 49th Janów Podlaski Auction
Hanna Sztuka
Roman...
W rocznicę śmierci wspominamy Romana Pankiewicza, jeden z...
więcej
--
--
Kontakt
Wydawca:
Monika Luft
Opinie wyrażane w tekstach publikowanych w portalu polskiearaby.com są osobistymi ocenami autorów.
Dział techniczny:
Reklama:
nasz cennik
--
--
--
--
--
--
--
 
 
Pokochałam Michałów
 
Autor: Monika Luft | 2013-10-08 | Drukuj
 

W dniu jubileuszu 60-lecia Stadniny Koni Michałów rozmawiamy z panią MARIĄ JAWOROWSKĄ, żoną dyrektora Ignacego Jaworowskiego, autora sukcesów michałowskiej stadniny, którą kierował przez 44 lata. Państwo Jaworowscy przeżyli wspólnie równo pół wieku, od ślubu w 1954 roku do śmierci Dyrektora w 2004. Jak zgadzają się wszyscy, którzy kiedykolwiek mieli do czynienia z michałowską stadniną – nie byłoby Michałowa w dzisiejszym kształcie bez Państwa Jaworowskich. Poznali się tamże i stworzyli nie tylko przyjazny dom, ale przede wszystkim markę, która doceniana jest na całym świecie. Dyr. Jaworowski znany był z tego, że troszczył się o powierzony sobie majątek jak o własny. Wkładał w to całą swoją pasję i talent. Jak przyznają inni hodowcy, tempo postępu hodowlanego było w Michałowie wręcz niespotykane. Pani Maria zaś nie tylko gościła tłumnie przybywających do stadniny odwiedzających, ale często służyła pomocą pielęgniarską pracownikom i okolicznym mieszkańcom. Jako była sanitariuszka AK, opatrywała skaleczenia i robiła zastrzyki. Należy pamiętać, że punktu sanitarnego w Michałowie w tamtych czasach nie było, a komunikacja z Pińczowem też do łatwych nie należała – z rzadka jeździł tylko zdezelowany autobus. Wyniesione z czasów konspiracji umiejętności pani Marii często okazywały się nieocenione. W naszym spotkaniu w Michałowie uczestniczy także córka Państwa Jaworowskich, Dorota Janiszewska, z wykształcenia romanistka, podobnie jak jej siostra Agnieszka Rozwadowska. Pani Maria Jaworowska cieszy się dziś nie tylko wnukami, ale i prawnukami.

Monika Luft: Kiedy się Państwo poznali?

Maria Jaworowska: W 1953. Nie lubiłam przyjeżdżać do Michałowa, bo było tu brzydko. Wieś kojarzyła mi się z parkami, trawnikami, przyrodą. Tymczasem w Michałowie nie było nawet miejsca, gdzie można by sobie usiąść, posłuchać ptaków czy poczytać książkę. A tego oczekiwałam, jako dziewczyna z miasta, gdy przybywałam na wieś. Ale któregoś razu, latem 1953 roku, gdy plewiłam grządki w ogrodzie mojego wuja Franciszka Mieszkowskiego, który prowadził tutejsze gospodarstwo, przechodził obok wysoki, młody człowiek. Zaczęliśmy rozmawiać i okazało się, że ma przejść do Michałowa z końmi z innej stadniny – taki dostał nakaz z ministerstwa. Miał te konie przeprowadzić zresztą z bardzo ładnego miejsca – byłam tam kiedyś. Wspaniały, ogromny park, pałac... Tu zaś dookoła panowała bieda. Mój wuj był kiedyś w Legionach i zupełnie nie pasował do nowego ustroju. Szybko się go więc pozbyto. A my zostaliśmy, już jako małżeństwo. Pamiętam, że wśród kilku klaczy, które tu zastaliśmy, była robocza klacz tarantka. Mój mąż, bazując na tej jednej klaczy, odbudował hodowlę tarantów w Polsce. Miał niesamowitą miłość do koni i ogromny talent. Przecież te klacze arabskie, które tu przyprowadził, nie były specjalnie ładne. Może ze trzy były wysokiej jakości, ale reszta już niekoniecznie.

M.L.: Czy pani miała wcześniej do czynienia z końmi?

M.J.: Urodziłam się w Warszawie, na ulicy Żurawiej, a potem mieszkałam z rodzicami we Lwowie. Ale w każdej wolnej chwili jeździłam do wuja Wojciecha Heydla, brata mojej matki, który miał majątek Brzózę pod Kozienicami. Tak więc uprawiałam konną jazdę od najmłodszych lat, aż do momentu upadku z konia już w Michałowie, kiedy to pozrywałam ścięgna. A upadłam specjalnie. Koń chciał zawrócić do stajni, bałam się, że poniesie i uderzę głową we framugę. Zleciałam i tak się skończyły moje konne popisy. Właśnie tam, w Brzózie, zastała mnie wojna. Do AK wstąpiłam w majątku moich wujostwa Skarbek-Borowskich w Minodze pod Krakowem.

M.L.: Co mąż opowiadał o swym dzieciństwie i młodości we Wrońskach niedaleko Płońska?

M.J.: To była rodzina ziemiańska. Mieszkali w niedużym domu, ale niedaleko innych członków rodziny. Obaj dziadkowie też mieli majątki w okolicy. Mąż od zawsze był bardzo blisko różnych zwierząt. W dzieciństwie nie jeździł dużo konno, bo jego rodzice obawiali się wypadku. Ale gdy już się usamodzielnił, jazda konna stała się jednym z jego ulubionych zajęć. Potem przyszła wojna i Niemcy zagarnęli wielkie obszary ziemi, w tym tereny pod Płońskiem. Cała rodzina musiała opuścić Wrońska. Mój mąż wylądował wtedy w Warszawie, jako 16-latek. Zdał maturę i zapisał się na tajne SGGW, które funkcjonowało pod przykrywką szkoły zawodowej w budynku Wolnej Wszechnicy przy ul. Banacha. Wykładali tam przedwojenni wykładowcy. Równocześnie wstąpił do Armii Krajowej. Brał udział w powstaniu warszawskim, walcząc m.in. pod Halą Mirowską, w oddziale Zagrobla. Stąd potem imię słynnej michałowskiej klaczy. Na szczęście, nie został ranny. Ale bardzo ciężko zachorował. Po powstaniu trafił na Lubelszczyznę, pracował u jakiegoś gospodarza. Mąż niechętnie opowiadał o swojej przeszłości, więc nie znam zbyt wielu szczegółów.

M.L.: Pani też działała w konspiracji.

M.J.: Tak, w AK kierowano mnie do rozmaitych zadań, przede wszystkim pielęgniarskich. Byłam też łączniczką. Ale nic specjalnego nie zdziałałam.

M.L.: Przemawia przez panią wielka skromność, ale my zdajemy sobie sprawę, co to wówczas znaczyło.

M.J.: Pamiętam, jak jechałam bryczką po broń z Minogi z moim wujem, wówczas bardzo młodym człowiekiem. Towarzyszyłam mu, by wyglądało to na zwykły spacer z dziewczyną. Raptem widzimy całe obozowisko Niemców. Wuj mówi: jeśli nas zatrzymają i zaczną grzebać, celuj w nogi, to trafisz w brzuch.... Na szczęście Niemcy w ogóle się nami nie zainteresowali. Potem jednak tragicznie się to wszystko skończyło. Oddziały partyzanckie karmiły się w tym majątku i Niemcy wreszcie to wykryli.

M.L.: Po wojnie pani mąż pracował najpierw w Racocie, potem w Posadowie, w Janowie Podlaskim i wreszcie w Klemensowie-Michalowie.

M.J.: Jako człowiek z wykształceniem rolniczym, dostał pracę w stadninie w Racocie. Gdy zaczęły się powroty koni z wojennych tułaczek, dyr. Andrzej Krzyształowicz zaangażował go do pracy w Janowie Podlaskim. Potem okazało się, że araby rozdzielono do kilku różnych miejsc. Wtedy mój mąż znalazł się w Klemensowie-Michalowie. Jednak uznano, że są tam nieodpowiednie warunki klimatyczno-glebowe i zapadła decyzja o przeniesieniu ich tutaj, do Michałowa.

M.L.: Pani Urszula Białobok mówiła o nim, że miał wspaniałego „nosa hodowlanego”. To była wrodzona intuicja?

M.J.: Tak, niewątpliwie. On w ogóle lubił zwierzęta, nie tylko konie. W dzieciństwie, jadąc do pierwszej komunii ze swoją matką, zobaczył dziką kaczkę, która prowadziła kaczęta. Wyskoczył z bryczki, żeby pozbierać te kaczuszki i uchronić je przed przejechaniem... Kiedyś, pamiętam, przyniósł z pola chomika, wsadził do skrzynki i powiedział, że będziemy go chować. Wszystko było dobrze, ale chomik uciekł ze skrzynki i powędrował gdzieś pod podłogę. W dzień spał, za to w nocy straszliwie hałasował. Jakby kamienie przesuwał. A ponieważ domek był nieduży, a obok były mieszkania pracowników, mieli nam za złe, że nie mogli spać. Co jednak zrobić, żeby tego chomika stamtąd wyciągnąć? Wymyśliliśmy, żeby wysypać dróżkę z pszenicy. Pół nocy czuwałam ja, pół nocy mąż. Rano pszenica była zjedzona, a chomik nadal pod podłogą. Ale wreszcie udało się go złapać! Mój mąż wywiózł go do swojego kolegi do Bogusławic. Takich zabawnych historyjek było mnóstwo.

M.L.: Pani również ma wykształcenie zootechniczne?

M.J.: Tak. Ja zawsze bardzo lubiłam wieś. Dlatego też ukończyłam na UJ rolnictwo, a potem pracowałam w Instytucie Zootechniki.

M.L.: Wtedy, na początku, wszystko było przeciw państwu – nie tylko brzydota okolicy i bieda, ale ziemiańskie pochodzenie i wyższe wykształcenie, czyli coś, co w tamtym ustroju tępiono. I negatywny stosunek komunistycznych władz do arabów. Jak udało się państwu przetrwać szykany?

M.J.: Było wiele nieprzyjemnych sytuacji. Cały czas czyhano na jakieś nasze potknięcia, szukano czegoś, co można by mojemu mężowi zarzucić i pozbyć się go. Była tu np. chlewnia i któregoś razu padło kilka prosiąt. Potraktowano to jako sabotaż. Mąż został zamknięty w więzieniu w Pińczowie na 24 godziny. Na szczęście, udało się skutecznie zainterweniować. Ja pracowałam przedtem w Instytucie Zootechniki w Krakowie, którego dyrektorem był niejaki prof. Marchlewski, człowiek oczywiście partyjny. Mówiło się, że jest krewnym „tego” Marchlewskiego. Pojechałam tam i otrzymałam od niego świadectwo, że prosięta były prawidłowo żywione i traktowane jak należy. Wkrótce odbył się proces. Obrońca wyciągnął ten dokument i wszyscy ci partyjniacy zgłupieli. Przed takim autorytetem nie mieli nic do gadania i mąż został wypuszczony. Ale kłopoty z tutejszymi władzami wcale się nie skończyły, nękanie trwało nadal. Niemniej jednak, jakoś to wytrzymywaliśmy. Mąż miał poparcie w Warszawie, władze ze Zjednoczenia Hodowli i Obrotu Zwierzętami bardzo go doceniały i zawsze, jak coś się działo, ktoś przychodził na ratunek.

Dorota Janiszewska: Któregoś razu, podczas jakiejś rywalizacji między gminami, ojciec nie zgodził się na wykoszenie niedojrzałego zboża. Sytuacja zrobiła się wręcz dramatyczna. Dyr. Paweł Warchoł ze Zjednoczenia powiedział wówczas: jak wam się Jaworowski nie podoba, to ja go stąd zabieram razem z końmi. I wtedy wreszcie szykany ustały.

M.J.: Pomagało też to, że lubiliśmy to, co robiliśmy. Trzymaliśmy w domu wiele zwierząt: psy, koty, a przy domu gołębie, drób, bażanty, pawie, króliki, wszystko, co było można. Zdarzyły się nawet łabędzie koreańskie, przywiezione od jakiegoś hodowcy, ale niestety nie odchowały się. Koty musiały być trójkolorowe. Konie z chwili na chwilę robiły się ładniejsze i osiągały coraz lepsze wyniki na rozmaitych pokazach. Na początku oczywiście to Janów był najlepszy, my go po trochu goniliśmy, aż wreszcie mu dorównaliśmy. Mąż miał wielki zmysł nie tylko do hodowli, ale generalnie do rolnictwa. Gdy szefowie z Warszawy przyjeżdżali oglądać pola, okazywało się, że u gospodarzy wokół zboże rosło niższe niż w Michałowie. Wszystko było doskonale prowadzone. W pewnym momencie zarządzał jeszcze gorzelnią i stawami rybnymi. A oprócz tego uwielbiał gospodarstwo domowe.

M.L.: Czy bywało, że państwo dyskutowali? Czy mąż brał pani opinie pod uwagę?

M.J.: Nie, ja nie miałam nic do gadania. O wszystkim decydował mąż.

M.L.: Nie było takiego pomysłu, by również pani, wykształcony zootechnik, dostała pracę w Michałowie?

M.J.: Nie, to nie było wówczas możliwe, władze powiatowe nie zgadzały się. Ja byłam nauczycielką w zawodowych szkołach rolniczych. Z jedną ze szkół byłam szczególnie związana i bardzo wiele wysiłku włożyłam, by ją jak najlepiej rozwinąć. Szefom z kuratorium bardzo się to spodobało i zrobili mnie, ku mojej zresztą rozpaczy, wizytatorem. Musiałam jeździć po całym województwie, zwykle pekaesem. Autobus czasem przyszedł, czasem nie przyszedł. Nocowałam często w okropnych warunkach. Na dodatek miałam świadomość, że moje wizyty nie są przyjmowane z radością. Gdy przekraczałam próg, cała szkoła truchlała. Bo kto lubi kontrole? To mi w ogóle nie odpowiadało.

M.L.: Jak udawało się pani to wszystko łączyć? Wyjazdy służbowe, pracę w domu, przyjmowanie wizyt?

M.J.: Bez naszej gosposi Gieni, która była nadzwyczajna, na pewno by się to nie udało. Na początku nic nie umiała zrobić, ale potem się nauczyła. Jako matka nieślubnego dziecka była strasznie prześladowana w rodzinie. W tamtych czasach na wsi takie rzeczy były bowiem niedopuszczalne. Przeprowadziła się więc do nas. Nie bardzo było miejsce, znalazła sobie jednak jakiś kąt. Była niesamowicie do nas przywiązana i szalenie pracowita. Potrafiła zająć się inwentarzem, ugotować. Była też bohaterką wielu zabawnych historii. Przyjechali kiedyś przyjaciele mojego męża i musieliśmy zabić kurę. Leżała ta kura przygotowana na obiad. A wejście do domu było przez kuchnię. Znajoma wchodzi, nachyla się i mówi: o, jaka ładna kura! Na to Gienia: ona była ładna, ale nam przychorowała. Innego razu mnie nie było, a przyjechali koledzy męża i moja kuzynka na brydża. Miała nocować w Pińczowie. Raptem otwierają się drzwi, wchodzi Gienia i powiada: aleśta przeholowali, wszystkie autobusy do Pińczowa odeszły. Na to mój mąż: przecież to jest kuzynka mojej żony! A Gienia na to: ja wszystkie kuzynki pana żony znam!

M.L.: Nasi rozmówcy często wspominali Państwa gościnność. Np. Marek Grzybowski mówił tak: „Z Michałowa wyjeżdżało się nakarmionym i pełnym wrażeń”.

M.J.: To karmienie gości było strasznie trudne, bo przecież w tych czasach nie było nic do jedzenia. Naprawdę nie pamiętam, czym ja tych ludzi karmiłam! Był ogródek, był kurnik... Trzeba było kombinować. Specjalnością naszej kuchni były zapiekanki.

M.L.: Jednak udawało się zadowolić nawet tych gości, którzy na co dzień opływali we wszelkie zbytki.

D.J.: Ojciec uwielbiał pokazywać konie, a potem przyprowadzać gości do domu. I na początku ci wszyscy goście mieli kłopoty żołądkowe, zanim przyzwyczaili się do polskiej kuchni. Kiedyś razem z Urszulą pojechałyśmy na zarybiony staw rybny łowić ryby. Siedziałyśmy tam cały dzień, nic nie złowiłyśmy. Za to złapała nas potworna burza i mama przyjechała nas szukać... Innym razem, na przyjazd Mike'a Nicholsa, ugotowałyśmy brokuły z ogródka. Gdy wjechały na stół, okazało się, że jest w nich pełno liszek. Jednak mimo wszelkich wpadek goście uwielbiali przychodzić do domu, bo mieli okazję poradzić się ojca w sprawach hodowlanych. On większości z nich po prostu ustawiał hodowlę. Pamiętam np. pana Lipko, hodowcę amerykańskiego pochodzenia. Miał klacz, od której urodziło się przepiękne źrebię. Zrobiło potem niesamowitą karierę finansową. A połączenie to doradził ojciec. Był człowiekiem niezwykle towarzyskim, dowcipnym, bardzo lubił ludzi – potrafił rzucić wszystko, jak przyjeżdżali goście i chodzić z nimi godzinami po stajniach. I ludzie wyjeżdżali z Michałowa oczarowani końmi, gościnnością i urokiem ojca.

M.L.: Jednak gościnność wymagała czasem od państwa wielkich poświęceń.

M.J.: Przyjechał pewnego razu, w latach 80., piosenkarz ze Stanów, Kenny Rogers, i miał razem z całą kompanią oglądać Michałów w Wielki Piątek. I ja się uparłam, że żadnego mięsa na stole nie będzie. Wymyśliłyśmy sałatki, jakieś ryby. A on wszedł i... pamiętam jak dziś: spojrzał, wykrzywił się, powiedział „do widzenia” i wszyscy poszli.

M.L.: Tyle przygotowań na nic? Nie było pani przykro?

M.J.: Gdzie tam! Bardzo byłam zadowolona.

M.L.: Pani mąż przyciągał ludzi, znany był z otwartości, potrafił się dogadać niemal w każdym języku.

M.J.: Niemiecki znał z wojny, francuskiego uczył się w dzieciństwie, natomiast po angielsku mówił bardzo słabo. Owszem, znał bardzo dobrze całe „końskie” słownictwo. Nie miał jednak żadnych zahamowań, żeby się porozumiewać. Wynikały z tego różne zabawne nieporozumienia, ale tak czy inaczej ta jego językowa odwaga była szalenie pomocna.

M.L.: „Wysoki, przystojny, arystokratycznie wyglądający mężczyzna ubrany w granatowy, polski, wojskowy mundur i czapkę, z laską w ręku” – tak wspominała pierwsze spotkanie z nim Kay Sharpnack-Patterson, potem częsty gość w Michałowie.

M.J.: To nie był mundur wojskowy, lecz stadninowy. A laskę rzeczywiście zabierał, gdy szedł do koni, bo posługiwał się nią do ich ustawiania. Dostał ją kiedyś w prezencie. Była elegancka, z rogowym wykończeniem. Nie rozstawał się też z furażerką. Jeśli ktoś miał wątpliwości, czy go rozpozna, wystarczyło uprzedzić: to ten pan w furażerce.

M.L.: „Częścią michałowskiej magii były spacery po stajniach wzdłuż rzędów pięknych, siwych klaczy o wielkich, czarnych oczach śledzących każdy nasz ruch” – wspominała dalej Kay Patterson. Czy pani też odbywała takie spacery?

M.J.: Rozmaicie. Wieczorem rzeczywiście zwykle chodziłam do stajni. W ciągu dnia miałam jednak pracę w domu albo ogrodzie. Trudno było znaleźć na wszystko czas.

M.L.: Dyr. Białobok mówił nam: „Hodowla nie lubi sentymentów”. Pani Urszula Białobok przyznała z kolei, że jest bardzo sentymentalna. Czy pani mąż przywiązywał się do koni?

M.J.: Oczywiście, bardzo się przywiązywał. Codziennie był pod stajniami, gdy wracały z pastwiska. Każdego wieczoru musiał wszystko obejrzeć, taki był rytuał. Przyglądał się, rozmyślał, planował połączenia. Był przy narodzinach źrebiąt, znał je wszystkie doskonale i rozpoznawał bezbłędnie. Rozróżniał je „po twarzach”. Nigdy nie pomylił dwóch koni, nawet jeśli były do siebie bardzo podobne. Na nic się zdawało zamienianie ich miejscami, on nie dawał się na to nabrać.

M.L.: Pani Patterson opowiadała też, że niełatwo było przekonać męża do sprzedaży koni. „Musieliśmy prosić go przez kilka lat, rok po roku, o tę samą klacz, zanim ewentualnie uległ i postanowił zgłosić ją na coroczną aukcję, abyśmy mogli licytować się o nią z innymi hodowcami”.

M.J.: Miał zasadę, że nie sprzedawał najlepszych koni. Gdy ktoś przyjeżdżał z zagranicy i chciał oglądać konie, najlepsze chował.

M.L.: Słynna była sprawa niedoszłej sprzedaży klaczy Wizja. Jej kupno załatwił sobie amerykański hodowca Eugene LaCroix w Zjednoczeniu, ale klacz, po sprzeciwie Dyrektora, wróciła do Michałowa.

M.J.: Pamiętam, jak przyjechała z dwuletniej dzierżawy z USA, gdzie zdobyła czempionat. Wspaniała klacz, choć ja akurat najbardziej lubiłam siwe saklawi. A ona była skarogniada. Ze Stanów wróciła jednak chora.

M.L.: Inną ulubienicą dyrektora była klacz Estebna, Czempionka Europy '73. To był pierwszy wielki międzynarodowy sukces Michałowa. Jak Państwo go uczcili?

M.J.: Chyba nigdy nie było specjalnego fetowania, wracało się po prostu do pracy.

M.L.: Miała pani swoje ulubione konie?

M.J.: Takim „moim” koniem była klacz Emanacja. Bardzo piękna. Troszkę długa – tylko to jej miałam za złe. Wspaniale pokazał ją Tadeusz Wojtal w Wels w Austrii. Wygrała Puchar Narodów w Aachen w 1998 r.

M.L.: Pani zadaniem było nadawanie imion źrebakom. Gdzie szukała pani inspiracji?

M.J.: Głównie w różnych encyklopediach, ale na ogół, gdy coś czytałam, podkreślałam słowa na „E”. Bo z tymi nazwami było najtrudniej. Emigracja, Emigrantka, Emanacja to wszystko moje pomysły. Ale też Wilejka, Wilia, Wiaźma. Tę ostatnią klacz również bardzo lubiłam. Może nie była najpiękniejsza, ale miała wspaniały ruch. Zależało mi na ładnych nazwach dla koni. Te, które do nas przyszły w '53 z poprzedniej stadniny, miały okropne imiona, np. Gastronomia.

M.L.: Gwarny, Probat, Nabor, Negatiw, Comet, Monogramm – wszystkie te ogiery okazały się znaczące, bądź wręcz epokowe. O którym z nich dyr. Jaworowski miał najlepsze zdanie?

M.J.: Nabor i Comet były na pewno jego faworytami. Monogramm okazał się świetnym pomysłem. Wszystkim się ogromnie podobał, choć ja muszę powiedzieć, że mnie nie bardzo. Ale przyznaję, że jedno co miał, to doskonały, zupełnie niesamowity ruch, który przekazywał potomstwu.

M.L.: Czym była dla pani męża hodowla?

M.J.: Absolutnie całym życiem. I to na okrągło. W domu też zawsze chciał mieć zwierzęta. Ale oczywiście najważniejsze były konie.

M.L.: Dyr. Białobok mówił: „Hodowla koni jest bardziej zajęciem zbiorowym niż indywidualnym”. Jak mąż dobierał współpracowników?

M.J.: Dobierał ich sobie raz na zawsze. Urszula jest w Michałowie od 44 lat! Doskonale znała się na koniach, także na bydle. Potem przyszedł pan Białobok i też został. Ich było wtedy dwóch, stażystów. Mąż od razu wiedział, że ten drugi nie bardzo się nadaje. Jak przechodził na emeryturę, powiedział, że przekazuje panu Białobokowi całe gospodarstwo, a przede wszystkim hodowlę.

M.L.: Dyr. Jaworowski wiele podróżował. Towarzyszyła mu pani w tych podróżach?

M.J.: Pod koniec lat 70. Pattersonowie zaprosili nas do USA i zorganizowali nam pobyt. Zwykle przy takich okazjach na zaproszeniach się kończyło, ale tym razem było inaczej. Mieliśmy odwiedzić trzy różne miejsca podczas tej podróży. Gdy tak o tym rozmawialiśmy w Michałowie, ktoś zauważył: Ale oni nie mówią po angielsku, więc jak to będzie? Znalazła się inna osoba, która powiedziała: Mary speaks excellent English! To była przesada, w mojej rodzinie uczyliśmy się francuskiego i to tym językiem biegle się posługiwałam, nie angielskim, chociaż Stany odwiedziłam kiedyś już wcześniej. Mój ojciec Wacław Lednicki*, były profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego, rusycysta, uniknął aresztowania po wkroczeniu Niemców, bo miał jesienią '39 wykłady w Brukseli. Wyemigrował potem do Stanów, był profesorem w Berkeley. Czesław Miłosz przejął katedrę slawistyki właśnie po nim.

M.L.: Jak wspomina pani tamtą wspólną wyprawę do USA?

M.J.: Pamiętam, że zaginął bagaż mojego męża. Syn naszych gospodarzy, nie zdając sobie sprawy z polskich realiów, zbagatelizował sprawę: nic nie szkodzi, pojedziemy do sklepu i wszystko sobie kupicie! Oczywiście nie wchodziło to w grę, mieliśmy po 5 dolarów w kieszeni. Wtedy on dał mężowi swoje rzeczy, wyposażył go we wszelkie niezbędne ubrania. Ja z kolei miałam wszystko prócz butów. Zostały mi jedynie ohydne, peerelowskie kłapcie. Pomyślałam, trudno, nie będę się tym przejmować. A nasi gospodarze mieli też 12-letnią córeczkę. Ona bardziej przeżywała to, że nie mam butów, niż ja. I oddała mi swoje sandałki. Mieliśmy sporo takich przygód. Ale potem mąż już sam jeździł po świecie.

M.L.: Znany był z przywiązania do porządku. P. Urszula Białobok mówiła: „To Szef mnie nauczył, że jak się wchodzi do stajni, konie muszą być tak ustawione, żeby był piękny obraz”. „Szef uczył nas, że nawet wykaz musi być napisany elegancko, ładnym pismem, a pieczątki mają być dobrze przybite – że to też pracuje na dobre imię firmy”.

M.J.: To wszystko prawda, ale nie w życiu prywatnym. W swoim pokoju mąż miał dramatyczny, nieopisany bałagan, ale utrzymywał, że on w tym bałaganie ma metodę i sprzeciwiał się wszelkim porządkom. Niczego nigdy nie wyrzucał, twierdził, że tylko dzięki takim ludziom jak on istnieją muzea.

D.J.: Dla mojego ojca najważniejsze były konie, potem mama, potem przerwa, potem psy i dopiero my. Jak myśmy chodziły do szkoły, to były feudalne układy, do dziś w okolicy mówi się o Michałowie „dwór”, chociaż tu dworu nie było. „Dworusy” to ci, którzy tu pracują, a myśmy były „dworzanki”. W szkole ani moja siostra Agnieszka, ani ja nie dostawałyśmy złych stopni. Nauczyciele się bali, że dyrektor przyjdzie i zrobi awanturę. Tymczasem noga mego ojca nie przestąpiła progu szkoły w Michałowie. O niczym takim nie mogło być mowy, ojciec nie miał na to czasu.

M.L.: Kay Patterson tak podsumowała swe wspomnienie o nim: „Mario – kochamy Cię i zdajemy sobie sprawę, jak ważną rolę odegrałaś w tej historii...” Z dzisiejszej perspektywy: więcej było trudu, czy więcej radości?

M.J.: Po tych początkowych trudnościach, nękaniach, bardzo pokochałam Michałów. Spędzały tu z nami wakacje nasze córki, potem wnuki, a jest ich ośmioro. Właściwie chowały się u nas. Teraz mam trzech prawnuków i szykują się następne.

-----------------------------------------------------------------------

* Wacław Lednicki (1891–1967) – polski literaturoznawca i krytyk literacki. Jego ojciec Aleksander Lednicki był polskim adwokatem i politykiem w Rosji. Po rewolucji październikowej Wacław przeprowadził się do Polski. W 1928 został profesorem Uniwersytetu Jagiellońskiego. W latach 1940-1944 był profesorem literatury na Uniwersytecie Harvarda, a w latach 1944-1962 na Uniwersytecie Kalifornijskim w Berkeley. Położył zasługi jako współzałożyciel Polskiego Instytutu Naukowego w Nowym Jorku. Uniwersytet Berkeley nadał mu tytuł doktora honoris causa (1963). Polish Institute of Arts and Sciences of America od 1995 przyznaje nagrodę jego imienia w dziedzinie humanistyki (The Waclaw Lednicki Humanities Award).

 

Czytaj także:


60 lat Michałowa, czyli o stadninie, która potrafi zarobić nawet na deficycie

Hodowla nie lubi sentymentów – wywiad z dyr. Jerzym Białobokiem

Firma jest najważniejsza – wywiad z p. Urszulą Białobok

Z kamienia w dynamit – o Mariuszu Liśkiewiczu, michałowskim trenerze i prezenterze

Wspomnienie o Ignacym Jaworowskim - Kay Sharpnack-Patterson

Throat cutting business – biznes podrzynania gardeł. Wywiad z Markiem Grzybowskim, ktory przez 23 lata organizował i prowadził aukcję Polish Prestige

Artykuł w wersji angielskiej do pobrania jako PDF»

 
 
  Publikowanie tekstów oraz zdjęć z portalu polskiearaby.com na innych witrynach czy też w prasie drukowanej
wymaga każdorazowo pisemnej zgody wydawcy portalu.
 
 
   
  --