Wtorek . 23.09.2014 . 16:19
   
 
 
 
  Polskie Araby

Ludzie i konie

 
 
facebook
polskiearaby.com
--
Arabian Horse Video Magazine: Polish Prestige Sale 1985 / Aukcja Polish Prestige 1985 Arabian Horse Video Magazine: Pokaz Narodowy 1985 / Polish National
Krzysztof Czarnota
Od Kowalczyka do Kamili
W miniony weekend w czeskim Moście Kamila Kart w pięknym stylu...
więcej
--
--
Kontakt
Wydawca:
Monika Luft
Opinie wyrażane w tekstach publikowanych w portalu polskiearaby.com są osobistymi ocenami autorów.
Dział techniczny:
Reklama:
nasz cennik
--
--
--
 
 
Jarczowce. Śladami Mlechy, Gazelli i Sahary
 
Autor: Krzysztof Czarnota | 2012-12-04 | Drukuj
 
Dawne Kresy Rzeczypospolitej zajmują w duszy Polaka miejsce szczególne. Dla pokoleń wychowanych na Sienkiewiczu, Mickiewiczu, Słowackim, jawią się niczym jakaś magiczna kraina, mlekiem i miodem płynąca, jako przedmurze chrześcijaństwa, miejsce naszych militarnych przewag, kolebka polskości. Dla miłośników i hodowców koni arabskich są jeszcze czymś więcej. Dawne Kresy ze swoim klimatem, przestrzeniami, sposobem życia, fascynacją Orientem, to niewątpliwie druga ojczyzna koni czystej krwi. Tam swój początek bierze cała nasza długa i bogata historia hodowli arabów. Stamtąd wywodzą się najwspanialsze, słynne na cały świat linie i rody, tam sprowadzano z pustyni najszlachetniejsze konie. Jest na dawnych Kresach, leżących dzisiaj na terenie Ukrainy, miejsce bliskie mi w sposób szczególny, dlatego co jakiś czas staram się tam zaglądać, mimo że od czasów jego świetności minęło ponad 150 lat, po wspaniałym pałacu i stajniach pozostała jedynie kupka gruzów, a mglistą pamięć o koniach czystej krwi zachowała jedynie stuletnia babcia, której ojciec opowiadał o JULIUSZU DZIEDUSZYCKIM*.

Podróż na Ukrainę to dla mieszkańca Unii Europejskiej wycieczka do trochę innego świata, czego namacalnym przykładem jest już sama granica. W Unii, wjeżdżając do innego kraju zwalniamy czasem do czterdziestu na godzinę i po sprawie. Tutaj, zwłaszcza w powrotnej drodze możemy czekać i czterdzieści godzin. Pół biedy, kiedy mieszkaniec „zgniłego zachodu” rodził się i wychowywał jeszcze w komunie, bo wówczas łatwiej odnaleźć mu się w tutejszych realiach, gdzie w dalszym ciągu niewiele da się zdziałać oficjalnie, ale za to wszystko da się załatwić. Kolejną niezbyt przyjemną niespodziankę stanowią tutejsze drogi – jeśli ktoś jest zdania, że w Polsce są kiepskie, niech pojedzie na Ukrainę.

Na takich ziemiach złych koni hodować niepodobna

Na początku października tego roku odwiedzałem Jarczowce po raz kolejny. Po obu stronach drogi, jak okiem sięgnąć, tysiące hektarów czarnoziemu. W tym miejscu przypominają mi się słowa jednego z wielkich miłośników koni orientalnych, który dobre sto lat temu pisał, że na takich przestrzeniach i takich ziemiach złych koni hodować niepodobna. Wjeżdżamy do szarej podolskiej wioski, jakich wokół wiele. Jeśli ktoś pamięta polskie wsie z lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku, to te ukraińskie wyglądają podobnie, tyle że dzisiaj. Szybko łapię orientację w terenie i po kilku minutach zatrzymujemy się przed cerkwią i cmentarzem. Grób rodu Dzieduszyckich w całości, w październikowym słońcu wygląda dziwnie znajomo, dookoła kwitną jesienne kwiaty. Płyta nagrobna jak przed laty łatana częściowo cementem, ale większość liter czytelna. Zapalamy znicz.

W magnackim rodzie hrabiów Dzieduszyckich zamiłowanie do koni i ich hodowli przekazywane było niemal genetycznie. Na przestrzeni wieków, przedstawiciele tej rodziny prowadzili wiele stadnin rozsianych po terenach ówczesnej Galicji. Ich miłość, szczególnie do koni orientalnych, była tak ogromna, że żartowano czasem, iż Dzieduszyccy pochodzą od konia arabskiego.

Po Gazellę, Mlechę i Saharę. Fortuna i bankructwo

Najwybitniejszym hodowcą rodu okazał się Juliusz Dzieduszycki, właściciel legendarnych Jarczowiec. W roku 1845 hrabia Juliusz odbył niezwykle trudną, ryzykowną, ale nade wszystko historyczną wyprawę na pustynię, skąd na rodzime Podole przywiódł trzy klacze. Nazywały się Gazella, Mlecha i Sahara. Te trzy, zakupione od Beduinów, klacze stały się fundamentem polskiej hodowli koni arabskich, wnosząc nieoceniony wkład w hodowlę światową. Linie, które założyły, mimo upływu wieków czynne są do dziś, a przedstawicielki Gazelli, Mlechy i Sahary można spotkać pod każdą szerokością geograficzną – wszędzie tam, gdzie hoduje się konie czystej krwi. Klacze z tych linii wydały na świat konie, które bez przesady można nazwać ikonami rasy arabskiej, a imiona takie jak Bandola, Bask, Kwestura, Wiking, Mammona czy Monogramm znane są miłośnikom arabów na całym świecie.

Juliusz Dzieduszycki otrzymał Jarczowce w spadku po śmierci ojca w roku 1842, a wraz nimi 24 klacze czystej krwi arabskiej. Po jego powrocie z pustyni jarczowieckie stado zdobyło niesamowity rozgłos, a właściciel stał się wyrocznią i hodowlanym guru. Pan na Jarczowcach znał się na koniach i potrafił je hodować jak rzadko kto, w sprawach hodowlanych uznawał jedynie autorytet hrabiego Romana Sanguszki**, właściciela słynnego stada w Sławucie. Umiał żyć i chętnie z tego życia korzystał, niespecjalnie zresztą dbając o fortunę, co w późniejszym okresie doprowadziło go niemal na skraj bankructwa. Postać tę świetnie charakteryzują słowa Stanisława Witkiewicza: „Juliusz Dzieduszycki był jednym z tych niezwykłych ludzi, którzy rodzili się z duszą nadmiernie dzielną i szeroką na stosunki, w jakich wówczas społeczeństwo żyć musiało. Kraj roił się od oryginałów i dziwaków, których dziwactwa wydają się wypaczeniem silnych indywidualności, zmuszonych zużywać swój nadmiar sił w ciasnych warunkach, w jakich je zamykało życie. Są to ludzie stworzeni do życia w wieku na przykład XVII, stworzeni do uganiania się po niezliczonych owoczesnych polach bitew, do awanturniczych wypraw, do życia bez norm i granic, którzy muszą dookoła siebie czuć kraj otwarty na wszystkie strony, step bezmierny i swobodny, w którym drga lekkomyślna swawola żołnierza z fantazyi, junaka i wielkiego pana, nie liczącego się z fortuną, gdyż ma jej jeszcze za dużo lub nie ma jej wcale...”

Świetność stadniny w Jarczowcach trwała dobre ćwierć wieku i w owym czasie, a także sporo później, cytując za Stefanem Bojanowskim***: „Nie było w Galicji, a nawet i dalej, stajni wychowującej oryentalne konie, która by nie miała przynajmniej jednego reproduktora lub matki z jarczowieckiego stada”.

Pięć tygodni? Pięć lat!

W tym czasie hucznie przyjmowano w Jarczowcach wielu wspaniałych ludzi, stadninę wizytował między innymi cesarz Franciszek Józef, a wyjeżdżając był oczarowany i zachwycony. Swoją karierę rozpoczynał tu najwspanialszy polski malarz koni Juliusz Kossak, który – jak wieść niesie – przyjechał do Jarczowiec na kilka tygodni, a został pięć lat, malując i portretując najcenniejsze arabskie konie. Niezwykle ciekawa jest historia poznania obu panów. Po powrocie z pustyni Dzieduszycki chciał, aby ktoś namalował przywiezione konie, ale malarze odmawiali, twierdząc, że bydląt portretować nie będą. Pewnego razu, kiedy zrezygnowany siedział w łaźni we Lwowie, obok dość głośno zachowywało się kilku rozbawionych studentów. Jeden z nich rzucił mimochodem: szkoda, że nie ma z nami Julka, pięknie by nas namalował. Na co inny odpowiedział, że przecież Julek tylko konie maluje... Kossak miał wówczas 21 lat i tak rozpoczęła się jego wielka kariera. Hrabia Juliusz był osobą niezwykle towarzyską, nieustannie organizował konne polowania, w których pustynne wierzchowce musiały udowodnić swoją szybkość i wytrzymałość. Uganiano się tedy konno po niezmierzonych podolskich stepach za wilkami, zającami i wszelką zwierzyną. Słynął również jako niezmordowany jeździec, który jednego dnia potrafił pokonywać konno, o jednym tylko popasie, dystans 140 km. Okoliczna szlachta z upodobaniem naśladowała zarówno metody hodowlane hrabiego, jak i też sposób użytkowania koni arabskich, dzięki czemu kresowe araby słynęły z niewiarygodnej wytrzymałości i twardości. Wybitny hodowca nie zapominał również o typie i urodzie swoich koni. Jak ogromną siłę genetyczną miały jego araby najlepiej świadczy fakt, że półtora wieku później, wywodząca się z linii Gazelli klacz Kwestura wygrywa Czempionat Świata, a reprezentujący tę samą linię wałach Nobby, który dwukrotnie wygrywa Mistrzostwa Świata, a także zdobywa mistrzostwo i wicemistrzostwo Europy, jest najwybitniejszym koniem w historii rajdów długodystansowych.

Mogiła i stosik gruzu

Juliusz Dzieduszycki, jeden z najlepszych hodowców koni arabskich w Polsce zmarł w roku 1885 bezpotomnie, a stadnina przeszła w ręce jego bratanka hrabiego Wojciecha Dzieduszyckiego. Po powrocie ze słynnej wyprawy do Arabii, hrabia Juliusz wybudował nowy pałac i luksusowe stajnie, do których wjeżdżało się wprost z podolskiego stepu. Od tego czasu przez Jarczowce przetoczyły się dwie wojny światowe, a wraz z nimi komuniści, nacjonaliści, hitlerowcy i Bóg wie kto jeszcze. O dawnej świetności tego miejsca świadczy dzisiaj tylko mogiła na cmentarzu i stosik gruzu w miejscu, gdzie niegdyś stał wspaniały pałac. Kiedy ostatnio siedziałem tam na ruinach pałacowych piwnic, zastanawiałem się, jak to jest, że w takiej np. Austrii czy Francji, szabla powieszona na ścianie jakiegoś zamku dwieście lat temu, wisi tam do dzisiaj, a tutaj nie pozostał nawet kamień na kamieniu... Na szczęście zostały konie. Przedstawiciele Sahary, Mlechy i Gazelli stoją dzisiaj w naszej stajni położonej tuż za Zamościem, w miejscu gdzie zaczynały się legendarne Kresy Rzeczypospolitej. Do Jarczowiec stąd jakieś 230 km. Marzy mi się czasem, żeby pojechać tam konno i tak po prostu stanąć nad mogiłą pana Juliusza z arabami, których pra... prababki hrabia przywiódł niegdyś z pustyni.
________________________________________________

*Juliusz Dzieduszycki (1817-1885), ziemianin, hipolog. W 1840 odbył słynną, pełną przygód wyprawę po ogiera Bagdad do Lwowa, a w 1845 do Arabii, skąd przywiózł klacze Gazella, Mlecha i Sahara. Więcej: Kim był Gliocco, sprzedawca Bagdada

**Roman Sanguszko (1800-1881), właściciel Sławuty na Wołyniu, jednej z najstarszych i najważniejszych stadnin magnackich w Rzeczypospolitej. Własną księgę stadną założono tam już w 1820 roku. Więcej: Mleko wielbłądzic dla ogiera, kamizelki pancerne dla beduinów

***Stefan Bojanowski (1850-1910). Oba cytaty pochodzą z jego książki „Sylwetki koni oryentalnych i ich hodowców”, 1906.
 
 
  Publikowanie tekstów oraz zdjęć z portalu polskiearaby.com na innych witrynach czy też w prasie drukowanej
wymaga każdorazowo pisemnej zgody wydawcy portalu.
 
 
   
  --