Środa . 29.01.2020 . 03:29
   
 
 
 
  Polskie Araby

Hodowla

 
 
facebook
polskiearaby.com
--
LOT 5 - GALERIDA
Hanna Sztuka
Jeszcze Janów...
Ksawery Pruszyński, który służył w szeregach 1. Dywizji Pancernej...
więcej
--
--
Kontakt
Wydawca:
Monika Luft
Opinie wyrażane w tekstach publikowanych w portalu polskiearaby.com są osobistymi ocenami autorów.
Dział techniczny:
Reklama:
nasz cennik
--
--
--
--
--
--
--
 
 
235 lat polskiej hodowli prywatnej koni czystej krwi. Czy pamięć udało się wymazać?
 
Autor: Monika Luft | 2013-11-24 | Drukuj
 
W komunistycznej Polsce do wymazywania pamięci o minionych czasach zaangażowano całą państwową machinę. Mimo to pamięć przetrwała. Czy dziś to ważne, że SKOWRONKA sprzedano po udanym polowaniu na żubra, a w czasie okupacji hitlerowskiej wożono broń powozem zaprzężonym w cztery siwe araby? Ktoś powie: nie. Ale bez świadectw nie byłoby historii. A wielka historia powstaje z drobnych pozornie zdarzeń.


1778 rok – symboliczny początek


Powszechne przekonanie zagranicznych miłośników arabów jest takie, że polskie konie arabskie, zwane do dziś na świecie „pure Polish”, pochodzą ze stadnin państwowych, które dbają o najcenniejszy materiał hodowlany i o zachowanie ważnych linii i rodów. „W Hiszpanii panuje opinia, że polscy hodowcy prywatni nie dysponują dobrym materiałem hodowlanym, nie stać ich bowiem na najlepsze, drogie klacze oferowane przez stadniny państwowe podczas janowskich aukcji” – pisałam przed rokiem po powrocie z hiszpańskiego czempionatu narodowego. Warto więc może przypomnieć, że nie byłoby dzisiejszej hodowli państwowej bez hodowli prywatnej, niegdyś potężnej, potem mocno osłabionej przez I wojnę światową i rewolucję bolszewicką, a w końcu całkowicie zniszczonej na skutek kataklizmu II wojny światowej i działań władz komunistycznych.

To konie z prywatnych hodowli stanęły u podwalin współczesnych sukcesów koni z polskich stadnin państwowych. Konie arabskie, czy też – jak się je zwykło wówczas określać – orientalne, używane były w Polsce od XVI wieku, ale symboliczną datą uznaną za początek hodowli koni czystej krwi jest rok 1778, kiedy to hetman wielki koronny Franciszek Ksawery hrabia Branicki (1729–1819) założył stadninę w chutorze Szamrajówka. To „Najstarsza stadnina, hodująca najpierw konie orientalne, a następnie czystej krwi arabskiej, co do której zachowały się konkretne dane historyczne” – pisze w swym epokowym dziele „Dwa wieki polskiej hodowli koni arabskich (1778–1978) i jej sukcesy na świecie” prof. Witold Pruski. Wiek XIX to imponujący rozwój stadnin magnackich na wschodnich kresach Rzeczypospolitej. Sławuta książąt Sanguszków, mająca swą siedzibę w Chrestówce na Wołyniu, założona około roku 1506, to kolebka cennych rodzin żeńskich, w tym Szweykowskiej ~1803, Wołoszki ~1810, Ukrainki ~1815 czy Milordki ~1810. Biała Cerkiew Branickich to miejsce urodzenia klaczy Szamrajówka 1810, która stała się założycielką jednej z najcenniejszych rodzin żeńskich na światowej scenie hodowlanej, zwanej dziś „linią P”. Gdy tworzono dział koni arabskich w państwowej stadninie w Janowie Podlaskim (1919), kupowano konie właśnie u znanych hodowców prywatnych. „Konie arabskie czystej krwi w stadninie janowskiej wywodzą się ze słynnych stad hr. Dzieduszyckich i książąt Sanguszków” – pisał dyr. Andrzej Krzyształowicz w opublikowanej w 1948 r. broszurze „Charakterystyka Państwowej Stadniny w Janowie Podlaskim”. Wiele epokowych koni, znajdujących się w rodowodach dzisiejszych gwiazd w Polsce i na świecie, to konie pochodzące z polskiej hodowli prywatnej lub pozyskane przez prywatnych hodowców: antoniński Skowronek 1909 (Ibrahim or.ar – Jaskółka/Rymnik), białocerkiewski Ursus 1908 (Dahman Unir or.ar. – Hagar/Hamdani I), breniowski Amurath Sahib 1932 (Amurath II – Sahiba/Nana Sahib), czy sprowadzony z pustyni do Gumnisk Kuhailan Haifi or.ar.

Potoccy i Antoniny. Skowronek ocalony dzięki polowaniu na żubra

Potomkowie rodzin, które zapisały piękne karty w historii polskiej hodowli koni czystej krwi, nadal pielęgnują pamięć o rodzinnej tradycji. MAREK POTOCKI, wnuk hrabiego Józefa Potockiego z Antonin (niegdyś letniej rezydencji książęcego rodu Sanguszków, potem siedziby młodszego syna Marii z Sanguszków Alfredowej Potockiej), chętnie dzieli się swoimi wspomnieniami. „W mojej rodzinie historia hodowli sięga pierwszych lat XIX wieku, czasów emira Rzewuskiego – mówi. – Ja sam nie miałem nic do czynienia z końmi, ale wiele zapamiętałem z dzieciństwa. Żywa jest w mojej rodzinie opowieść o sprzedaży Skowronka, która miała miejsce po jednym z polowań w Antoninach. Mój dziad Józef Potocki dał ogłoszenie w gazetach międzynarodowych, że sprzeda „prawo do zabicia żubra” (stary żubr zabijał bowiem młode byki). Odpowiedział Amerykanin o nazwisku Winans. Personel antoniński zorganizował profesjonalnie wystawienie wielkiego byka dla niego. Winans strzelał z winchestera. Kurz leciał z żubra jak ze starego dywanu, ale że żubr był ogromny i mocny, to nie padał. Gdy w końcu padł, mój dziad przyjął Winansa i oprowadził po stajniach. Ten się go spytał, czy nie ma na sprzedaż może jakichś roczniaków. Dziad pokazał mu Skowronka. I on go kupił od ręki! Czy się targowali? Wątpię, myślę, że on od razu zaoferował bardzo dobrą cenę. 2 tysiące dolarów w złocie, które zapłacił, to wtedy była ogromna suma. I tak Skowronek wyjechał do Ameryki*. Był tam stosunkowo krótko, do lat późnych dziesiątych, może do 1920 lub 21 roku. Później kupiła go znana hodowczyni arabów Lady Wentworth. Używała go jako reproduktora. Ojciec mój Roman Potocki powiedział, że brała 200 gwinei za udane pokrycie, co też było ogromną kwotą na owe czasy. Skowronek żył długo, do późnych lat 30, zakończył życie jako dostojny jubilat”. Gdyby nie owo pamiętne polowanie, być może Skowronek nie zostałby sprzedany i przepadłby jak wiele innych cennych koni w mającej nadejść pożodze...

Marek Potocki, urodzony w Warszawie (w Pałacu Potockich, gdzie dziś znajduje się Ministerstwo Kultury), do której powrócił po 40 latach spędzonych za granicą, ma dom pełen pamiątek. Gospodarz wielką dbałością otacza wszelkie ślady przeszłości, w tym doskonale zachowany numer pisma „Wieś Ilustrowana” z 1911 roku, gdzie zamieszczono obszerny reportaż o Antoninach. „Antoniny to księga kilku wieków, kilkunastu pokoleń (…) Mocarny szmat ziemi. Wytrzymał wiele, widział wiele. Chadzali po nim Ostrogscy, Zasławscy, Koniecpolscy, Wiśniowieccy, Potoccy, Sanguszkowie, Tyszkiewicze. Chadzał Sobieski i Żółkiewski. (…) Krążą więc wspomnienia o po-Mohortowych czasach, o emirze Rzewuskim, który tutaj często gęsto ze swą drużyną koszem zapadał” – rozpoczyna swą gawędę autor. Stadu antonińskiemu poświęcił wiele stron. „Podstawą jego była najczystsza, jaką wogóle mieliśmy w hodowli europejskiej, rasa wschodnia, troskliwie w ciągu lat z ogromnym nakładem kosztów sprowadzana i dobierana przez dawniejszego właściciela i założyciela tego stada ks. Romana Sanguszkę ze Sławuty, znanego szeroko znawcę i miłośnika koni w prawdziwie szerokim, wielkopańskim stylu”. Osobny akapit poświęcony został ojcu Skowronka Ibrahimowi 1899, sprowadzonemu ze Wschodu do Odessy, a następnie zakupionemu do Antonin: „Jest nieduży, ma wiele typu, odznacza się ładną szyją, głową, dobrem zaokrągleniem żeber. Linia grzbietu nie jest zupełnie prosta, ale nie wklęsła, kość nadpęcia krótka i szeroka, pęciny normalne, tylko prawa cokolwiek podana na zewnątrz, kolana nieco do siebie zbliżone”.

Los zgotował Antoninom tragiczny koniec. Opisała go w swojej książce „Pożoga”, wydanej w 1922 r., powieściopisarka Zofia Kossak-Szczucka (1889–1968), wnuczka malarza Juliusza Kossaka, jednego z najwybitniejszych polskich portrecistów koni, także arabskich. W 1918 roku na własne oczy widziała unicestwienie całości majątku, pałacu, pomieszczeń gospodarczych, w tym stadniny, przez maruderów powracających z frontu, podjudzanych przez bolszewickich prowodyrów. Tylko dwadzieścia urodzonych w Antoninach arabów umknęło zagładzie. Dr Edward Skorkowski we wstępie do I tomu „Polskiej księgi stadnej koni arabskich” (1926) pisał: „Ze stadniny antonińskiej pozostaje zaledwie to, co oddana swym pracodawcom służba ukryła w lasach przed rozjuszoną bolszewickimi zasadami tłuszczą. Obecnie ta reszta, po pozostaniu antonińskich włości po stronie sowieckiej, znajduje się w Beheniu na Wołyniu, majątku kupionym przed paru laty przez obecnych właścicieli stadniny antonińskiej Romana i Józefa hr. Potockich”. Zaledwie 21 lat po tych strasznych zdarzeniach, rodzina ponownie skazana została na tułaczkę. „Armia Czerwona doszła 19 września 1939 r. do naszego majątku na wschodzie. Płacąc złotem, udało nam się przedostać przez tzw. zieloną granicę, która przebiegała mniej więcej na Bugu między Niemcami i Rosją. Uciekliśmy do majątku mego dziada matczynego, ale i stamtąd trzeba było uciekać, kiedy gestapo wsadziło go do obozu. Wówczas pojechaliśmy do Łańcuta, gdzie zostaliśmy do 1945 roku. Wtedy znów musieliśmy uciekać. Z Polski wyjechałem w 1961 roku, mając lat 23” – wspomina Marek Potocki.

Braniccy i Biała Cerkiew. Arystokraci porwani przez beduinów

Nie tylko Antoniny padły ofiarą dziejowych klęsk, lecz także wiele innych stadnin, w tym zasłużona Sławuta. Dzień zagłady nastąpił 1 listopada 1917 r. Tak w „Księdze stadnej” opisał to dr Skorkowski: „Przestała istnieć sławna stadnina w Chrestówce, rozgrabiona przez hordy bolszewickie w roku 1917. Przestała istnieć wraz ze wspaniałą rezydencją polską na kresach Sławutą, na której gruzach, wierny do ostatka swej ziemicy, zginął nie szczędzony przez dzicz bolszewicką, ponad osiemdziesięcioletni starzec – Roman ks. Sanguszko”.

W Białej Cerkwi Branickich, jak podał Skorkowski, ponad sześćdziesiąt klaczy arabskich poszło w 1918 r. pod karabin maszynowy – jako „końska arystokracja”. Prowadzona nieprzerwanie przez 115 lat (od 1803) białocerkiewska księga stadna, w której zapisywano stan liczbowy, pochodzenie poszczególnych koni i ewidencję sprowadzanych ogierów, zaginęła.

„Tak przepadł dorobek kilku pokoleń hodowców z lat 1778–1918 i wszystko należało rozpocząć od nowa” – podsumował swój arcykrótki rozdział poświęcony temu okresowi prof. Witold Pruski , a dr Skorkowski stwierdził: „Zaledwie 10% przedwojennego stanu naszej hodowli arabskiej zostało uratowane: z przeszło 500 klaczy matek naszych stadnin arabskich – zaledwie 56 zostało wpisane do Działu I. Polskiej Księgi Stadnej koni arabskich. Te 56 klaczy to podwalina hodowli polskiego araba, z której się ona odrodzi – bo zginąć nie może, skoro dała Melpomenę i Skowronka”.

Rodzina Branickich dziś już nie hoduje koni. „Pamięć o hodowli koni arabskich w mojej rodzinie wciąż jest żywa, ale jest to już raczej poziom legend, często pozbawionych szczegółów – mówi ADAM RYBIŃSKI, potomek Branickich z Wilanowa i założyciel fundacji Adama i Beaty Branickich, której celem są m.in. badania historyczne, także na temat hodowli koni arabskich. – Wiem z tradycji rodzinnej, że do chutoru Szamrajówka trafiły między innymi konie z Egiptu, sprowadzone przez gen. Józefa Zajączka, który towarzyszył Napoleonowi Bonaparte w czasie jego słynnej wyprawy. Takie były początki. Później, w poszukiwaniu koni czystej krwi, na Półwysep Arabski zapuszczali się wnukowie hetmana – Władysław i Konstanty Braniccy. W czasie jednej z tych wypraw zostali porwani przez beduinów i w niewoli spędzili kilka trudnych tygodni. Na szczęście chodziło o okup, więc gdy udało się przekazać pieniądze, zostali uwolnieni i wrócili do Polski z zakupionymi końmi. Braniccy hodowali nieprzerwanie araby do czasu rewolucji październikowej, kiedy to zarekwirowane zostały ich ukraińskie majątki. Z tego co mi wiadomo, nie udało im się wtedy sprowadzić do Polski białocerkiewskich arabów, by kontynuować prace hodowlane”.

Rodziny magnackie, o rozgałęzionych europejskich koneksjach, były często ze sobą spokrewnione i służyły sobie nawzajem wsparciem. „Do I wojny było 8, 10, może 12 rodów, które żeniły się między sobą. Decydowała o tym, po pierwsze, ranga nazwiska, po drugie, majątki. Znana była odpowiedź mojej praprababki na pytanie jej 14-letniej córki: komu pani matka mnie przeznacza? Niech się panienka nie zajmuje rzeczami, które panienki nie powinny interesować” – przytacza rodzinną anegdotę Marek Potocki. Rody te przetrwały jednak nie tylko dzięki związkom krwi, ale i wielkiej życiowej zaradności. „Mówiło się o moich przodkach, że jeździli ciągle do Monte Carlo i przegrywali całe fortuny. To nieprawda. Mój dziad Józef był wyjątkowo bystrym człowiekiem, bardzo umiejętnie prowadzącym interesy. Konie to może nie był wielki dochód, ale to był jednak dochód. Tylko jeśli z góry zakładał, że coś ma być jedynie wydatkiem, to takim było. Ogrodził np. w Antoninach 10 tys. hektarów lasu (nazwał ten obszar Pilawinem, od naszego herbu Pilawa) i zebrał tam zwierzynę leśną typową dla tej części Wołynia. Była cała ekipa leśniczych, która się tymi zwierzętami opiekowała. Wszystko to zostało zabite w 1918 roku. Chciałem podkreślić jednak fakt, że to był człowiek, który znał wartość pieniądza i jeżeli coś robił, to musiało to przynosić większy lub mniejszy dochód”.

II wojna światowa. Broń w powozie ciągniętym przez araby

Przesunięcie granic po I wojnie zdecydowało o tym, że wiele stadnin, zwłaszcza kresowych, już się nie odrodziło. Powstawały nowe stadniny, np. pp Bąkowskich w Kraśnicy, gdzie urodziła się Bałałajka 1941, matka Baska i Bandoli, zwanej „królową polskich arabów”. Czasem z resztek, które udało się uratować z dziejowej katastrofy, próbowano odtworzyć dawną potęgę.

Roman Sanguszko z Gumnisk zaangażował wielkie środki, by przywrócić świetność swej hodowli. Po I wojnie ocalało zaledwie 8 klaczy matek i 3 ogiery. W 1930 zarządzający stadniną Bogdan Ziętarski udał się na wyprawę do Arabii, skąd przywiózł m.in. ogiera o epokowym znaczeniu – Kuhailana Haifi or.ar. 1923, wyszukanego u beduinów Ruala. Jego syn Ofir (uważany za najlepszego jego potomka) dał tzw. „wielką czwórkę”, czyli Wielkiego Szlema, Witraża, Witezia II i Wyrwidęba. Wielki Szlem dał z kolei Czorta, ojca El Paso. Witraż zasłynął jako ojciec Celebesa i Baska. Drugi import, Kuhailan Afas, wsławił się jako przodek Cometa 1953.

Adam Rybiński opowiada: „Do hodowli arabów wrócił mój dziadek, Adam Branicki. Do swojego majątku Roś, na dzisiejszej Białorusi, sprowadził konie arabskie i zaczął prace nad stworzeniem stada. Konie arabskie pojawiają się we wspomnieniach z dzieciństwa mojej babci, Beaty Branickiej. Były one symbolem piękna i wakacji spędzanych przez nią w Rosji. Kilka arabów mieszkało również w ich rodzinnym Wilanowie. Służyły jako konie pod siodło. Oprócz tego znane były w całej Warszawie siwe arabki, które ciągnęły wielkie wilanowskie lando. W czasie okupacji moim dziadkom zarekwirowano samochód. W efekcie moja mama z siostrami jeździły tym landem do szkoły. Mama bardzo wstydziła się tego przed koleżankami i wymagała, by powóz zatrzymywał się gdzieś za rogiem, tak by koleżanki i nauczyciele nie widzieli, jak wysiada z wielkiego, zdobnego w herby powozu z innej epoki. Powozu, dodajmy, zaprzęgniętego w cztery siwe konie arabskie. Historia ta ma swoją drugą stronę. Powóz, ze względu na swoje gabaryty i niezwykłość, stał się świetną przykrywką do transportu broni dla polskiego podziemia czy rannych w czasie okupacji. Niemieccy żołnierze czuli respekt przed tym dziwnym wehikułem i przepuszczali go bez rewizji. Te same konie arabskie ciągnęły już nie lando, ale furmankę, kiedy moich dziadków wyrzucono z Wilanowa w 1945 roku”.

Za żelazną kurtyną. Próba wymazania pamięci

II wojna światowa przesądziła definitywnie o końcu pewnej epoki i podziale Europy. Wojenne losy polskich arabów to temat wielu artykułów i książek. Po wojnie stadniny państwowe i ludzie z nimi związani bez wątpienia odegrali wielką rolę w odbudowie hodowli koni czystej krwi w Polsce. Ich zasługi są nie do przecenienia.

Niemniej jednak to właśnie państwo przyczyniło się do kolejnych nieszczęść, które spadły na kraj i oczywiście na hodowlę pod rządami nowego systemu. Na mocy specjalnego dekretu gospodarstwa rolne o powierzchni powyżej 50 ha (w 3 województwach – powyżej 100 ha) upaństwowiono. Nastał czas krwawych represji, prześladowań osób o innych poglądach, odbierania własności, upaństwawiania ziemi, fabryk, domów. Sądy skazywały ludzi, którzy walczyli z niemieckim okupantem. Urząd bezpieczeństwa bezwzględnie rozprawiał się z politycznymi przeciwnikami reżimu. „Żelazna kurtyna” na długie lata odcięła Polskę od demokratycznego świata.

Próbowano również wymazać pamięć o poprzednich czasach. O zagładzie, jaka dokonała się w latach 1917–1918, nie wolno było mówić. Charakterystycznym świadectwem tego podejścia jest cytowane wcześniej dzieło prof. Witolda Pruskiego (wyd. 1983). Rozdział „Zniszczenia spowodowane przez pierwszą wojnę światową” zajmuje w nim niecałą stronę druku! Cenzura zezwoliła jedynie na zdanie: „Po odzyskaniu przez Polskę suwerenności państwowej w 1918 r. znalazły się na jej terenie w nikłej ilości konie ze Sławuty i Antonin, natomiast nie pozostało nic ze stadnin białocerkiewskich i innych kresowych”. Nie ma nawet wzmianki o zniszczeniach i mordach, jakich dopuścili się bolszewiccy najeźdźcy.

Władysław Gomułka i nienawiść do koni

Nowa władza z niechęcią patrzyła na hodowlę koni czystej krwi. Koń arabski uważany był za burżuazyjny przeżytek, kaprys byłej klasy panującej, dobro luksusowe, które nikomu w nowym, proletariackim ustroju, nie jest potrzebne. Doceniano jedynie konie pociągowe, jako niezbędne w rolnictwie i transporcie – pod warunkiem, że nie należały do prywatnych właścicieli. Niezależnie od swego pochodzenia, ocalałe po wojnie zwierzęta stały się własnością państwową.

Anna Bąkowska, właścicielka stadniny w Kraśnicy, odzyskała co prawda swoje dwie niezwykle cenne klacze, w tym Bałałajkę 1941, ale obie zabrano wkrótce do PSK Albigowa. „Szczęśliwym zbiegiem okoliczności stało się pozyskanie siwej klaczy Bałałajki” – pisał o tym zdarzeniu prof. Witold Pruski w rozdziale poświęconym Albigowej. „Pozyskanie” dla wtajemniczonych oznaczało po prostu zwykłą kradzież. Anna Bąkowska co prawda, jako jedyna spośród hodowców prywatnych, wywalczyła od państwa odszkodowanie, ale wyniosło tyle, ile kosztował wówczas koń roboczy. W 1948 r. Annę, wraz z córką Ewą, aresztowano pod zarzutem pomocy Armii Krajowej.

Inny legendarny polski hodowca, Bogdan Ziętarski, został skierowany do pracy przy koniach roboczych w PGR Milicz. Zmarł w zapomnieniu w 1958 roku.

Nie sposób policzyć, ile cennych koni przepadło w stadninach państwowych, teoretycznie mających dbać o ich przetrwanie, z winy komunistycznych zarządzeń. Klacze stadne miały tam przydzielane „etaty”. Wiele koni nie otrzymało żadnej szansy i trafiło po prostu do rzeźni. Jak twierdzi Anna Dębska, rzeźbiarka i hodowczyni, która latami walczyła o uratowanie choć niektórych cennych egzemplarzy, miał w tym swój udział sekretarzujący partii komunistycznej Władysław Gomułka (lata 1956-1970), który z sobie tylko znanych przyczyn nienawidził koni.

Dopiero rok 1986 przyniósł przełom. Po raz pierwszy polski prywatny hodowca dostał zgodę na kupno klaczy na janowskiej aukcji. Krystyna Duda nabyła klacze Wiklina 1983 i Aktorka 1984. Ale choć od tej pory hodowcy prywatni mogli już „oficjalnie” posiadać araby, minęło jeszcze sporo lat, zanim hodowla prywatna w Polsce ilościowo przebiła państwową. Na to, by rywalizować jakością, hodowcy prywatni ciężko pracują, nawiązując do spuścizny swych wielkich poprzedników. I wszystko wskazuje na to, że tym razem polska hodowla prywatna czystej krwi ma szansę w pełni się odrodzić. Marek Potocki podsumowuje: „Państwo z założenia zapewnia hodowli stabilność, której prywatni właściciele dać nie mogą, bo często następne pokolenie nie chce kontynuować dzieła rodziców. Ale wszystko zależy od tego, jakie to państwo i jaki system. W normalnych okolicznościach państwo, np. w Anglii, w Kanadzie, czy w Stanach Zjednoczonych, honoruje własność prywatną. W takich systemach, jak hitleryzm czy komunizm, wszystko jest niszczone. Mam nadzieję, że w Polsce już się to nie powtórzy”.

----------------------------------------------
* Źródła historyczne nie potwierdzają faktu wyjazdu Skowronka do Ameryki. Tak jego historię opisuje Carol W. Mulder w "The Crabbet Influence" 05/06 1989 (cytat za crabbet.com):
Skowronek was taken to England in 1913, at age 5, by Walter Winans, an American who was a Hackney exhibitor, game hunter, and artist. Mr. Winans had originally gone to Poland to hunt game at Count Potocki’s private animal park, Pilawin, located north of Antoniny. While with the Potockis he tried to buy a team of half-Arabian driving horses. When that proved impossible he bought Skowronek instead, at the suggestion of Count Roman Potocki. The price was 150 pounds. Later, at Crabbet, Skowronek’s stud fee was 120 pounds – nearly the amount of his original price. Mr. Winans used Skowronek as a hack and as a model for his bronzes.
In 1914, when Skowronek was 6, he was sold to Mr. Webb-Ware who also used him as a hack. In 1919, at age 11, Skowronek became the property of H.V. Musgrave Clark and was used at stud for the first time. Mr. Clark also entered Skowronek in Arabian classes in some shows; in this way he came to the attention of some other English Arabian breeders, including Lady Wentworth of Crabbet Stud.
In 1920, when Skowronek was 12, Lady Wentworth acquired Skowronek and he eventually became almost legendarily famous. Mr. Clark always felt that Lady Wentworth purchased Skowronek by ruse. He [Clark] seems to have sold the horse – whose potential he, himself, obviously failed to recognize – to an American agent for export, but the export order was canceled and Clark found Lady Wentworth the owner of Skowronek. Lady Wentworth must be given full credit for recognizing the touch of greatness in Skowronek and for providing him with his opportunity to prove himself. Up to 1920, when she acquired him, nobody in his life had fully perceived his worth to the Arabian breed. As for her manner of buying Skowronek – Lady Wentworth may have felt it was her only way to get the horse for, if Clark had known of her desire to own him, he may have taken a closer look at the horse for himself or may perhaps even have not wanted to let his rival Arabian breeder own Skowronek. In any case, Lady Wentworth’s purchase of Skowronek was a point of a bit contention forever after between the two parties.

---------------------------------------------------
Inne źródła (poza wymienionymi w tekście)
Anna Dębska, “Samo życie”
Roman Pankiewicz, “Polska hodowla koni czystej krwi arabskiej 1918–1939”
Aleksandra Ziółkowska-Boehm, „Dwór w Kraśnicy i hubalowy Demon”

Czytaj także:
Jarczowce. Śladami Mlechy, Gazelli i Sahary
Śladami dawnych stadnin i ich hodowców. Dobużek i Władysław Kołaczkowski
Mleko wielbłądzic dla ogiera, kamizelki pancerne dla beduinów. Nieznane szczegóły podróży Bogdana Ziętarskiego i Carla Raswana po konie na pustynię w 1930/31 roku
Zofia Kossak-Szczucka: Być biernym, to współuczestniczyć w złu
Kim był Gliocco, sprzedawca Bagdada

Artykuł w wersji angielskiej do pobrania jako PDF»

 
 
  Publikowanie tekstów oraz zdjęć z portalu polskiearaby.com na innych witrynach czy też w prasie drukowanej
wymaga każdorazowo pisemnej zgody wydawcy portalu.
 
 
   
  --