Wtorek . 17.07.2018 . 01:53
   
 
 
 
  Polskie Araby

Czytelnia

 
 
facebook
polskiearaby.com
--
Emandoria, SK Michałów
Robert Raznowiecki
W czyjej służbie...
W czyjej służbie jest Marek Szewczyk? (bo na pewno nie pełnej i...
więcej
--
--
Kontakt
Wydawca:
Monika Luft
Opinie wyrażane w tekstach publikowanych w portalu polskiearaby.com są osobistymi ocenami autorów.
Dział techniczny:
Reklama:
nasz cennik
--
--
--
--
--
--
--
 
 
Jezupol i rodzina Dzieduszyckich we wspomnieniach „Podróżniczki”
 
Autor : Monika Luft | 2018-05-04 | Drukuj
 
     
 

Za sprawą Wydawnictwa Literackiego do rąk czytelników trafiły wspomnienia Ewy Dzieduszyckiej – przeszło pół wieku po ich spisaniu. Rzecz opatrzono tytułem „Podróżniczka”. Opracowaniem wspomnień z pietyzmem zajęły się wnuczka i prawnuczka autorki, Małgorzata Dzieduszycka-Ziemlińska i Dominika Dzieduszycka-Sigsworth. Tak powstał liczący blisko 600 stron tom, starannie wydany, ilustrowany zdjęciami pochodzącymi przede wszystkim z archiwów rodzinnych. Tom, który zainteresować powinien miłośników historii, w tym wielbicieli koni arabskich, zawsze szukających wzmianek na temat rasy będącej przedmiotem ich dociekań. Ewa z Koziebrodzkich Dzieduszycka (1879–1963), przedstawicielka świata, który bezpowrotnie odszedł w przeszłość, była bowiem świadkiem nie tylko dwóch wojen światowych, ale i rozkwitu, a następnie upadku stadniny w Jezupolu, będącej kontynuacją hodowli jarczowieckiej, rozsławionej przez stryjecznego dziada jej męża (hr. Władysław Dzieduszycki 1875–1940) – znanego czytelnikom niniejszego portalu Juliusza (1817–1885), tego samego, który w 1840 jeździł do Lwowa po Bagdada i który w 1845 z pustyni przywiózł do Polski Mlechę, Gazellę i Saharę. Tego, który najął młodego malarza Juliusza Kossaka, by malował jego piękne araby. Jak wiemy, panowie tak się zaprzyjaźnili, że spędzili w swoim towarzystwie ładnych parę lat, o czym do dziś krąży masa anegdot. Juliusz Dzieduszycki zmarł bezpotomnie, a stadnina przeszła w ręce jego bratanka, hrabiego Wojciecha Dzieduszyckiego, przyszłego teścia Ewy Dzieduszyckiej. I tak oto w jej wspomnieniach pojawił się Jezupol, gdzie mieszkała od swego zamążpójścia aż do drugiej wojny światowej.

 

Konie w życiu autorki były zresztą obecne od jej wczesnego dzieciństwa – nie z wyboru, ale dlatego, że były po prostu częścią codzienności. Ewa Koziebrodzka wychowała się w dworze, w którym w salonie na ogromnej ścianie rozpięty był haftowany złotem i srebrem namiot turecki zdobyty pod Wiedniem. „Doskonały obiekt dla dzieci do zabawy w chowanego”. Dziewczynka wyrosła na kobietę ciekawą świata, wybitnie wrażliwą na sztukę i piękno przyrody. W czasach jej młodości, nawet jeśli ktoś nie borykał się z kłopotami materialnymi, nie było mu wcale łatwo docierać do najdalszych zakątków globu. A Ewa Dzieduszycka, zaopatrzona w nieodzowne, jak pisała, „baedekery”, wykorzystywała każdą okazję, by zwiedzać kraje dalekie i bliskie, a swoimi doświadczeniami wkrótce zaczęła dzielić się z innymi, pisząc reportaże do takich czasopism jak wydawany w Warszawie od roku 1863 do pierwszych lat XX wieku „Wędrowiec”. Prowadziła również drobiazgowy dziennik, dzięki czemu po latach była w stanie odtworzyć szczegóły swych turystycznych wypraw, a także dzieje późniejszych dramatycznych, wojennych tułaczek całej rodziny. Jednak młode lata były dla autorki pasmem ekscytujących przeżyć. W epoce, gdy turystyka była niedostępnym dla większości ludzi zajęciem, Ewa Dzieduszycka realizowała się z pasją jako globtroterka. Podczas gdy jej mąż Władysław oddawał się działalności publicznej – był prezesem Rady Powiatowej w Stanisławowie, marszałkiem powiatu, wiceprezesem Towarzystwa Ziemskiego we Lwowie, a wreszcie posłem na Sejm (1930–35) – ona przemierzała świat wzdłuż i wszerz, znosząc, jeśli było trzeba, trudy i niewygody, które rekompensowała jej uroda odwiedzanych krain. Jeśli któryś z czytelników ma z czasów szkolnych uraz do opisów przyrody, będzie musiał podczas lektury „Podróżniczki” uzbroić się w cierpliwość, bo tych na kartach książki nie brakuje.

 

Nas jednak ciekawią przede wszystkim te fragmenty, które odnoszą się do koni arabskich. Do ślubu młodą parę wiózł zaprzęg pięknych siwych arabów, które „miały uprząż czerwoną, nabijaną złotymi blaszkami”, przywiezioną przez Juliusza Dzieduszyckiego wraz z końmi z Arabii. „Na koźle figurowało dwóch kozaków, w bardzo efektownej liberii (…) Sześciu innych tak ubranych kozaków, też na wspaniałych arabskich ogierach, eskortowało powóz mego narzeczonego” – wspominała autorka i trudno przy tym nie westchnąć: Ach, co to był za ślub! Telegram z gratulacjami nadszedł nie tylko z kancelarii cesarskiej, ale i od samego papieża. I tak, z przytupem, rozpoczął się „jezupolski” okres życia Podróżniczki. Jezupol do 1597 nosił ponoć nazwę Czesybiesy, od panującego we wsi obyczaju „wyczesywania biesów”, czyli okładania złoczyńcy kijami przez szpaler mieszkańców... Za życia autorki te swoiste „ścieżki zdrowia” należały już wyłącznie do legendy, a młodą żonę zachwyciła posiadłość z ogrodem i widokiem na „łąki, lasy, dwie ogromne rzeki i pastwiska, na których pasły się całe stada arabskich koni”. „Mój mąż miał tylko dwie pasje w życiu: gospodarstwo i konie – zwierzała się autorka. – Na gospodarstwie męskim się nie znałam, konie też mnie na tyle nie interesowały, aby całe dnie wśród nich spędzać”. Ewę bardziej pociągały biblioteka i podróże, ale przecież, znalazłszy się w tej, a nie innej rodzinie, od koni całkiem uciec nie mogła. Jej teść Wojciech, bratanek Juliusza, to jedna z najbarwniejszych postaci swej epoki; oryginał, dziwak i kpiarz – jak charakteryzują go autorki rozbudowanych przypisów – znany z fenomenalnej pamięci i erudycji, starannego języka i ciętego humoru, konserwatysta, który przepowiadał nadejście czasu manipulacji przez powierzchowną edukację i przez „najgłośniej krzyczące dzienniki”. Tymczasem młodej parze urodził się syn Juliusz, nazwany tym imieniem na cześć sławnego przodka. Matką chrzestną chłopca została pani Juliuszowa Dzieduszycka, czyli Zofia Bobrówna, do której skierował niegdyś swe strofy adorujący w swoim czasie jej matkę Juliusz Słowacki: „Niechaj mnie Zośka o wiersze nie prosi”... Według autorki, Zofia musiała być niezbyt szczęśliwa w małżeństwie, bowiem mąż jej „prowadził bardzo bujne życie”, jako „lew salonowy”, którego największym marzeniem było iść w ślady Emira Rzewuskiego. „Wyruszył więc z grubszą forsą naprzód do Egiptu, potem do Arabii, która była wówczas krainą pełną niebezpieczeństw i tajemnic, gdzie wojowniczy szejkowie strzegli pilnie swych stad”. Nie targował się o cenę konia, gdy mu się jakiś spodobał i „nie dał się nigdy nabrać na żadne macherki, którymi tak chętnie wschodni kupcy lubili nabierać obcego przybysza”. Kto ciekaw, jak ogier Abuheil trafił do Jarczowiec, mimo sprzeciwu szejka (Ewa Dzieduszycka „szejkami” nazywa wodzów arabskich plemion, a czasem po prostu Arabów), ten koniecznie powinien sięgnąć po „Podróżniczkę”! Dalej czytamy o tym, że Juliusz stajnię postawił w taki sposób, by można było do niej wejść bezpośrednio z jadalni; z salonu zaś wchodziło się wprost do źrebaków. W boksach dla ogierów postawiono lustra, w których konie mogły się przeglądać. Do stadniny zjeżdżali goście, którzy, zmęczywszy się oglądaniem koni, „kładli się na miękkich poduszkach i popijając węgierskie wina, palili nargile o smaku ambry albo fajki na długich cybuchach”. Jak widać, opowieści rodzinne pełne były odniesień do szalonych wyczynów Juliusza, który potrafił robić sobie żarty nawet z cesarskiego arcyksiążęcego brata, gdy ten zapragnął odwiedzić jego słynną stadninę. Tymczasem wątła i subtelna Zofia Bobrówna, „wyszedłszy za mąż, musiała mieszkać w najbliższym sąsiedztwie koni i hordy dzikich kozaków. Miała męża, który cały dzień ujeżdżał ogiery, a gdy przyjeżdżali goście, to rozmowa, zakrapiana obficie mocnymi trunkami, toczyła się tylko o zaletach lub wadach końskich”. Brzmi to dość znajomo dla tych, którzy dzielą życie z koniarzami, lecz nie podzielają ich pasji... Wiele się zmieniło, ale zamiłowanie do wielogodzinnego rozprawiania o koniach w środowisku arabiarzy przetrwało dziejowe zawieruchy.

 

Ewa Dzieduszycka któregoś razu znalazła na strychu w Jezupolu wielką paczkę z misternie wykonanymi uprzężami, uzdami nabijanymi srebrem i haftowanymi czaprakami, na spodzie której spoczywał cały plik rysunków i akwareli Juliusza Kossaka; były tam podobizny klaczy i ogierów. Skarby te, wywiezione do Lwowa, przetrwały pierwszą wojnę światową, ale przepadły ostatecznie podczas drugiej wojny, zrabowane najprawdopodobniej przez hitlerowskiego zbrodniarza Pietera Mentena, który na grabieży dzieł sztuki, głównie z Polski, zbił wielki majątek i który znalazł się po wojnie na liście najbogatszych Holendrów. Zanim jednak do tego doszło, Jezupol kultywował tradycje jarczowieckie, łącznie ze zwyczajem ujeżdżania ogierów przez właścicieli stadniny. Czynił to Wojciech Dzieduszycki, czynił i Władysław. „Nasza stajnia była równie komfortowa co w Jarczowcach, tylko bez luster – pisała autorka w swych wspomnieniach. – Jedyną kobietą, jaką znałam, która równie namiętnie interesowała się końmi i była pierwszorzędnym ich znawcą, to ciotka mego męża, tak zwana ciocia Florcia”. Mowa tu o Florentynie Dzieduszyckiej, pani na Jabłonowie, po mężach kolejno: Czartoryskiej, Wolniewiczowej, a wreszcie Cieńskiej. Gdy Ewa Dzieduszycka pojechała kiedyś z mężem odwiedzić ciocię Florcię, była świadkiem przeglądu hodowlanego arabskiego stada: „Mój mąż, jako pierwszorzędny fachowiec, osądzał, które z nich zostawić na chów, a które sprzedać lub wybrakować”. Musiała się ogromnie wówczas wynudzić, ale i tak „przyjemnie mijał czas”... Przyjemnie przede wszystkim na licznych podróżach, do których, jak już wiemy, autorka miała wielkie zamiłowanie; z ochotą podziwiała rozliczne „osobliwości” w odwiedzanych dalekich stronach. Pewnego razu, po powrocie do domu, dowiedziała się, że mąż jej, zgodnie z rodzinną tradycją, zapragnął zakupić kilka ogierów z Arabii. Tak rozpoczęła się wielka wyprawa obojga do Indii (po której powstała książka „Indye i Himalaje. Wrażenia z podróży”, 1912), jako że to w Bombaju mieli arabscy właściciele zgromadzić kilka tysięcy koni na sprzedaż. Liczne były przygody małżonków, zanim dotarli do wysepki, na której koczowali Arabowie wraz z końmi. Opis targów przejdzie zapewne do klasyki literatury o tematyce „arabskiej”! Dość powiedzieć, że według autorki, bądź co bądź hrabiny, ludzie ci „żyli swobodnie z dnia na dzień, nie znając co to praca, co troska (…) Była w nich jakaś powaga, niefrasobliwość i uprzejmość nieco pańska”. „Ci ludzie mają czas i nic innego do roboty, tylko palić fajki i pić kawę – uprzedzał przybyszów znajomy konsul. – Stawiają horrendalne ceny w nadziei, że może kupujący da się nabrać”. Dopiero więc w drodze powrotnej udało się stronom dojść do porozumienia: „Były zaklinania, obrazy honoru, znów przeprosiny i serdeczne wynurzenia o stałej przyjaźni”. W wyniku owych pertraktacji sześć pięknych ogierów stało się własnością małżonków Dzieduszyckich. Długą podróż morską przetrwały dzięki... pilzneńskiemu piwu. Tę oryginalną kurację zaaplikował koniom kapitan statku; najzabawniejsze, że podziałała. Był w tej stawce ogier Hermit or.ar.* (ur. 1895), dzielny wyścigowiec, który niestety uległ podczas wyładunku groźnej kontuzji; a także Enis i Koheilan or.ar**., które przyciągały potem do Jezupola, jak relacjonowała autorka, tłumy zaciekawionych koniarzy.

 

Kolejna związana z końmi podróż miała miejsce w lecie roku 1911, a była to wyprawa na wystawę rolniczą w Wiedniu. Z tej okazji zakupiono ogromną ilość jednakich uprzęży, a także różowych (!) koców na konie. Nagrody odbierała osobiście Ewa Dzieduszycka, a było ich co niemiara: złocone puchary, srebrne statuetki koni, listy pochwalne. Pierwszą nagrodę otrzymała klacz Pomponia*** 1902 (Zagłoba – Kadisza/Kalif), praprawnuczka importowanej przez Juliusza Gazelli or.ar. i prawnuczka Krzyżyka or.ar, a z ogierów – sprowadzony z Indii Hermit. „Nikt z nas nie przypuszczał, że za trzy lata wrócimy doń (do Wiednia), ale już nie w tak pogodnym, wesołym nastroju, lecz jako uciekinierzy z rodzinnego kraju, w którym zaczęły się krwawe boje”. Epoka „przyjemnego mijania czasu” nieubłaganie dobiegała końca.

 

O początku tego końca pisała Ewa Dzieduszycka tak: „Zarekwirowano nam automobil, zarejestrowano i zabrano konie, wojsko młóciło i rekwirowało zboże, za które dawano bezwartościowe bony”. Gdy rodzina powróciła po pewnym czasie do majątku, nie poznała Jezupola: „Na folwarku musiały gospodarować dzikie hordy. Śliczne araby może już ciągnęły armaty, bo zostało po nich tylko wspomnienie”. Ocalał śnieżnobiały Mazepa I (Mazepa – Łania/Al-Nabi), „z delikatną skórą, pokrytą niebieską siecią żyłek”, wywieziony wcześniej w głąb Węgier, jak zanotowała w swym dzienniku Myszka Bochdan, siostrzenica Ewy Dzieduszyckiej. Konie arabskie opuściły Jezupol już na zawsze, a tamtejsza hodowla stała się częścią historii. Oczywiście na tym nie kończą się wspomnienia „Podróżniczki”, która niejedno jeszcze przeżyła. Tragiczne losy jej rodziny to kolejne świadectwo zagłady świata ziemiaństwa i stadnin kresowych. A był to świat barwny, zaludniony przez nie lada „oryginałów”, których portrety z wdziękiem nakreśliła autorka (ot, choćby anegdota o bardzo zamożnych małżonkach, którzy mieszkali na takim odludziu, że aby się dostać do kościoła w niedzielę, musieli wyjeżdżać z domu w piątek i dopiero we wtorek byli z powrotem, by znów w piątek wyruszyć na niedzielną mszę).

 

Kilka słów należy poświęcić stylowi pisarskiemu Ewy Dzieduszyckiej, w którym znać oczytanie, publicystyczny temperament i silną osobowość. To nie była mdlejąca raz po raz słaba kobietka, lecz osoba uparta, lubiąca przeprowadzać swoją wolę, lecz jednocześnie próbująca wyjść poza punkt widzenia zadziwionej „dzikimi krajami” arystokratki-turystki. A przy tym „Podróżniczka” to niewątpliwie wciągająca opowieść autorki zręcznie władającej nienaganną, uroczo staroświecką polszczyzną. Dla każdego, kto miałby ochotę zagłębić się w świat dawnych ziemiańskich rodów – lektura obowiązkowa.

 

 

Podróżniczka, Ewa Dzieduszycka, Wydawnictwo Literackie 2018, str. 597

 

* Hermit sprzedany został w 1912 do Radowiec.

**Córkami Koheilana or.ar. były: Gazella II, Mlecha i Zulejma (ta ostatnia od Pomponii).

***Pomponia ocalała z pożogi (wraz z kilkumiesięcznymi Zulejmą, Gazellą II i Mlechą), a po wojnie, z córką Boną po Mazepa I (ur. 1920) trafiła do Janowa, gdzie w 1922 dała wybitną Dorę, protoplastkę Monogramma. Od Pomponii i Zulejmy wywodził się również epokowy Ofir.

 

 

Czytaj także:

Jarczowce. Śladami Mlechy, Gazelli i Sahary

Pędzel z końskiego włosia. 3 lutego mija kolejna rocznica śmierci Juliusza Kossaka

 
     
 
  Publikowanie tekstów oraz zdjęć z portalu polskiearaby.com na innych witrynach czy też w prasie drukowanej
wymaga każdorazowo pisemnej zgody wydawcy portalu.
 
 
   
  --